Przypomnieć o korzeniach

„Grzybowska? Rybowska? Nie, Rogowska!” Starszy mężczyzna rozmawia przez telefon ze swoim kuzynem, który próbuje wytłumaczyć mu, gdzie mieszkała jego rodzina. To profesor Aaron Seidenberg, który przyjechał do Sokołowa Podlaskiego nie tylko po to, aby szukać śladów własnych korzeni, ale również, by sprawdzić, jak wygląda pamięć o żydowskiej historii miasta. Rodzina Seidenbergów (Zajdenbergów) od pokoleń związana była z Sokołowem Podlaskim. Jak wynika z książki adresowej z 1929r. Zalman Zajdenberg na ulicy Długiej prowadził skład drzewny. Inny z jego krewnych miał sklep z towarami żelaznymi. – W tym sklepie zaopatrywał się mój ojciec – wspomina mieszkający w Sokołowie Zbysław Wójcik. – Myślę, że sporo starszych osób może pamiętać tę rodzinę. A już na pewno pamiętają felczera Wąsa.

Aaron Wąs to dziadek Aarona Seidenberga ze strony matki. W Sokołowie zajmował się nie tylko leczeniem ludzi. Prowadził również zakład fryzjerski przy ulicy Rogowskiej (obecnie Wilczyńskiego). Po wybuchu wojny został w mieście, aby pomagać ludziom w getcie. – Po powstaniu getta sytuacja strasznie się pogorszyła – wspominał Josek Kopyto tuż po wojnie (zeznanie nr 4085 w archiwum ŻIH). – Ludzie zostali wysiedleni ze swoich mieszkań. Nie było gdzie ich ulokować. Dano im pomieszczenia w bóżnicach i innych instytucjach. Ciasnota i brud spowodowały wybuch tyfusu. Pomocy lekarskiej udzielał dr Olster z okolic Łodzi i felczer Aaron Wąs. Przychodził również do getta powiatowy lekarz Polak dr Nowak. Byli również sanitariusze z Kalisza. Porządnym człowiekiem był dr Olster oraz felczer Aaron Wąs. Antysemitą był dr Nowak, który wyznaczał kary za nieprzestrzeganie czystości.

– Zalman był wujem mojego ojca – mówi Aaron Seidenberg. – Sądziłem, że nikt z tej rodziny nie przeżył wojny, jednak kilka lat temu udało mi się odnaleźć jego wnuka, który mieszka w Izraelu.

Zalman zginął 22 września 1942 r., czyli pierwszego dnia likwidacji getta w Sokołowie. Dowodem na to jest krótka notatka zamieszczona w 1946 r. w „Monitorze Polskim”, w której „Oddział Hipoteczny Sądu Grodzkiego w Sokołowie Podlaskim obwieszcza, że zostało otwarte postępowanie spadkowe po Zalmanie-Szmulu, synu Judy-Hersza, zmarłym 22 września 1942 roku w Sokołowie i Chanie-Brusze, córce Chaima-Jankla ze Szpadlów, zmarłej w styczniu 1943 roku w Sokołowie, małżonkach Zajdenberg, współwłaścicielach nieruchomości miejskiej w Sokołowie, oznaczonej Hipotecznym Nr 198 (…)”. A co stało się z ojcem Aarona? Rodzina Wąsów nie pochodziła z Sokołowa. Przyjechali tutaj przynajmniej dziesięć lat przed wojną. Zajdenbergowie mieszkali tu od dawna. Rodzice Aarona ślub wzięli w sokołowskim getcie. Później uciekli do Warszawy. Może sądzili, że tam będzie im łatwiej przetrwać? W warszawskim getcie 17 marca 1943 roku urodził się Aaron. W 1942 r. z warszawskiego getta do obozów śmierci, głównie do Treblinki, wywieziono około 300 tysięcy Żydów. Kolejna akcja wysiedleńcza odbyła się w styczniu 1943 r. po tym jak Himmler dokonał tam osobistej inspekcji. 19 kwietnia wybuchło powstanie w getcie. To niemal cud, że Aaronowi i jego matce udało się przeżyć. Co stało się z jego ojcem? Wiadomo, że zginął, ale okoliczności jego śmierci nie są dokładnie znane.

Matka Aarona uciekła z getta, jednak ukrywanie się po aryjskiej stronie z niemowlęciem nie było łatwe. Oddała go do Domu Małego Dziecka im. ks. Gabriela Piotra Baudouina. Stamtąd został adoptowany przez rodzinę z Torunia. Tam właśnie odnalazła go matka tuż po wojnie. Aaron Seidenberg jest historykiem, nauczycielem akademickim, osobą znaną w Izraelu. Historia własnej rodziny, ale również całej żydowskiej społeczności Sokołowa jest dla niego niezwykle ważna. Dlatego postanowił przyjechać tu po raz kolejny na początku maja. Naszym przewodnikiem po Sokołowie był Zbysław Wójcik, który urodził się tu w 1930 r. i doskonale pamięta, jak miasto wyglądało przed wojną. Chętnie też spotyka się z każdym, kto chciałby tę historię poznać. Pokazał nam pomnik za ulicą Piękną. – To tu zginęło dwustu młodych Żydów, którzy zajmowali się porządkowaniem getta po jego likwidacji – wspomina. – Niemcy przyprowadzili ich tu, zabili, a ciała zakopali. Nie byli im już potrzebni, bo skończyli swoją pracę w opuszczonym getcie. Wiosną 1944 r., gdy zbliżali się Rosjanie, Niemcy wykopali ciała i je spalili. Zajęło im to około dwóch tygodni. W ten sposób chcieli zatrzeć po sobie ślady.

Dziś w tym miejscu znajduje się betonowa płyta postawiona przez ocalałych sokołowskich Żydów, którzy po wojnie znaleźli się w Łodzi.

Pan Zbysław pokazał nam też Mały Rynek ze stojącym tam dawnym domem modlitwy, mieszkanie Nachuma Lewina, szefa sokołowskiego Judenratu, taras przy Szewskim Rynku zbudowany z kamieni pochodzących z cmentarza żydowskiego, budynek Beit Midraszu, który wkrótce zostanie rozebrany, miejsce, w którym kiedyś stała synagoga, szkołę żydowską, przekształconą później w siedzibę partii Poalej Syjon oraz stary cmentarz żydowski. Żadne z tych miejsc nie jest oznakowane, brakuje tablic informujących o ich przeszłości. Bez przewodnika trudno byłoby poruszać się po mieście. Historia sześciu tysięcy sokołowskich Żydów powoli odchodzi w zapomnienie. Tablica pamiątkowa znajduje się jedynie na starym cmentarzu. Czy tę sytuację można zmienić? Co zrobić, aby miasto przypomniało sobie o swoich żydowskich korzeniach?

Katarzyna Markusz