„Korczak. Próba biografii”

„Okazuje się, że Stary Doktor, choć pozornie wśród nas obecny, nikomu nie jest potrzebny. I coraz bardziej się oddala. Nie ma już prawie ludzi, którzy go pamiętają i dla których tak wiele znaczył. Młodzi widzą w nim męczennika, którego, da Bóg, nikt już nigdy nie będzie musiał naśladować. Człowiek z krwi i kości zamienił się w pomnik” pisze Joanna Olczak-Ronikier we wstępie do napisanej przez siebie biografii Janusza Korczaka. W kolejnych rozdziałach autorka pomaga mu zejść z marmurowego cokołu. Pokazuje go nie tylko jako znakomitego pedagoga, lekarza, pisarza, ale również jako zwykłego człowieka, który miał swoje słabości i lęki.

Opowieść o życiu Korczaka zaczyna się… w połowie XVIII wieku, gdy na świat przyszedł jego pradziadek. Jego rodzina pochodziła z Hrubieszowa, jednego z wielu małych, żydowskich miasteczek. „Żydowska społeczność w takich miasteczkach żyła we własnej dzielnicy, odgrodzona od chrześcijańskich sąsiadów niewidzialnym murem rygorystycznych przepisów religijnych.” Oba światy – żydowski i chrześcijański – istniały obok siebie, ale nie razem ze sobą. Różniło je zbyt wiele. W takim świecie urodził się Hersz Goldszmit, dziadek Korczaka, którego wczesne dziecięce doświadczenia znajdą później odzwierciedlenie w twórczości wnuka. Matka Hersza zmarła dość wcześnie, ojciec podróżował od wsi do wsi próbując zarobić na swoje i dzieci utrzymanie. Chłopcem opiekował się jedynie starszy brat, którego wkrótce zabrano do wojska. Mały Hersz został zupełnie sam. Jak więc się to stało, że dekretem z 28 grudnia 1838 roku uzyskał na Uniwersytecie Lwowskim „stopień lekarza chirurga II rzędu, upoważnionego do wszelkiej praktyki lekarskiej i do czynienia dochodzeń sądowo-lekarskich”? Jego życiowa droga jest już dziś nie do odtworzenia, ale z pewnością nie brakowało mu zapału, ambicji i na pewno dużo szczęścia.

„Korczak miał świadomość, że nie spadł na ziemię z gwiazd. Że jego pasje medyczne, społeczne, pedagogiczne nie wzięły się znikąd. Musiało w historii Hersza być coś, co go osobiście dotykało, skoro tak bardzo chciał ją opowiedzieć. Czy imperatyw służby dzieciom nie zrodził się pod wpływem rodzinnych opowieści o trudnym, samotnym dzieciństwie dziadka? Jak to się stało, że wnuk tak dobrze rozumiał nieszczęście, jakim jest sieroctwo? Sam przecież nie zaznał tego losu.” – pyta autorka książki. Ale na to pytanie trudno znaleźć dziś odpowiedź.

W 1844 roku w Hrubieszowie przyszedł na świat syn Hersza, Józef Goldszmit. Jego późniejsze życiowe wybory, sposób, w jaki będzie utrzymywał relacje z synem, znacząco wpłyną na postawę Janusza Korczaka. Józef studiował w Warszawie na wydziale prawa i administracji. Miał również ambicje literackie. Pisywał do różnych czasopism. Po studiach stał się ekspertem od rozwodów. Zarabiał znakomicie. W 1874 ożenił się z Cecylią Gębicką. Rok później urodziła im się córka Anna.

„Jutro kończę 63 albo 64 lat. Ojciec przez parę lat nie wyrabiał im metryki. Przeżyłem z tego powodu kilka ciężkich chwil. – Mama nazwała to karygodnym niedbalstwem: jako adwokat powinien był ojciec sprawy metryki nie odwlekać” – pisał Korczak w pamiętniku prowadzonym w getcie. Wiadomo, że urodził się 22 lipca. Nie wiadomo jednak czy było to w 1878, czy 1879 roku. Jego dzieciństwo mogłoby wydawać się szczęśliwe, jednak rodzicielska miłość zastąpiona przez opiekę kolejnych nianiek i bon nie dawała poczucia bezpieczeństwa. Wydaje się, że mały Henryk nie był również świadom swego żydowskiego pochodzenia. „Pod kasztanem pochowany był w wacie, w blaszanym pudełku od landrynek pierwszy mój zmarły, bliski i kochany, na razie tylko kanarek. Jego śmierć wysunęła tajemnicze zagadnienie wyznania. Chciałem na jego grobie postawić krzyż. Służąca powiedziała, że nie, bo on ptak, coś bardzo niższego niż człowiek. Płakać nawet grzech. Tyle służąca. Ale gorsze to, że syn dozorcy domu orzekł, że kanarek był Żydem. I ja. Ja też Żyd, a on – Polak, katolik. On w raju, ja natomiast, jeżeli nie będę mówił brzydkich wyrazów i będę mu posłusznie przynosił kradziony w domu cukier – dostanę się po śmierci do czegoś, co wprawdzie piekłem nie jest, ale tam jest ciemno. A ja bałem się ciemnego pokoju. – Śmierć. – Żyd. – Piekło. Czarny, żydowski raj. – Było co rozważać” – napisał później w pamiętniku.

Pobytu w szkole nie wspominał Henryk zbyt dobrze. Raziła go przemoc fizyczna stosowana wobec uczniów. Schronienie przed tym światem znajdywał w domu. „Tatuś wymykał się z synkiem na lody do cukierni, czasem przeprawiali się łodzią na Saską Kępę – miejsce podmiejskich wycieczek. Spotykali tam – niby przypadkiem – jakąś panią. Wtedy zostawiał chłopca pod opieką miejscowego piaskarza, a sam szedł na spacer z tą panią, o czym mamie nie należało mówić” pisze Joanna Olczak-Ronikier. Mały Henryk nie dostrzegał w tym nic złego. Uwielbiał ojca i to jego postać przywołuje często w późniejszych wspomnieniach. Gdy Henryk miał 12 lat, jego ojca zabrano do szpitala psychiatrycznego. Zdiagnozowano u niego początki obłędu. Skąd wzięła się choroba? W tamtych czasach przygodne stosunki seksualne prowadziły do syfilisu, na który nie znano lekarstwa. Infekcja atakowała również mózg.

Choroba ojca oznaczała poważne kłopoty całej rodziny. Znany adwokat stracił swoich klientów. Goldszmitowie musieli zmienić mieszkanie. Matka zaczęła też wyprzedawać co cenniejsze rzeczy oraz przyjmować uczniów na stancję. Henryk udzielał prywatnych korepetycji. Kilka miesięcy po śmierci ojca, prawdopodobnie samobójczej, zaczął też pisywać do prasy. Jego debiut to felieton „Węzeł gordyjski” w humorystycznym czasopiśmie „Kolce”. Gdy wysyłał swoje dramaty „Którędy?” oraz „Zwykłe dzieje” na konkurs ogłoszony przez Ignacego Paderewskiego, użył pseudonimu „Janasz Korczak”. Pierwszy ze zgłoszonych przez niego utworów zdobył wówczas wyróżnienie. W informacji prasowej jako autora podano Janusza Korczaka. W ten sposób narodził się jego pseudonim literacki.

Jednak młody chłopak nie może myśleć wyłącznie o pracy i nauce. „Nie był wcale świętym młodziankiem” – pisze autorka biografii. – „Kusiła go ciemna strona życia: wyprawy w środowiska lumpenproletariatu warszawskiego, gdzie wśród wykolejeńców i „sprzedajnych kobiet” można było zaznać dekadenckich dreszczy.” Podczas tych eskapad prawdopodobnie wydarzyło się coś, co zaważyło na dalszym życiu uczuciowym Henryka. „Igor Newerly sugeruje, że tam na Solcu narodziła się jedyna miłość Henryka do siedemnastoletniej Wikty, córki Wilczków, zatrudnionej w krawieckim magazynie i opisanej z czułością w „Dziecku salonu”. Miłość odwzajemniona, ale pozbawiona jakichkolwiek perspektyw i dramatycznie zakończona przez skutek tej miłości: dziecko – niechciane, nienarodzone, może narodzone i porzucone. Tylko raz w życiu, w getcie, w „Pamiętniku” Korczak napisał szczerze o swoich sprawach erotycznych. Tłumaczył w niezwykłym u niego grubiańskim tonie, że nie miał czasu na dziewczęta, bo „juchy zachłanne i na noce łase, no i rodzą dzieci. Paskudny obyczaj. Raz mi się zdarzyło. Pozostał niesmak na całe życie. Dość mi tego było. I gróźb, i łez”. Kto groził? Kto płakał? Nie wiadomo”.

Zanim Henryk Goldszmit skończył medycynę na Uniwersytecie Warszawskim zaczął wyjeżdżać jako opiekun na kolonie do Michałówki. W 1905 roku otrzymał dyplom lekarza. Zaczął pracę w szpitalu dziecięcym imienia Bersonów i Baumanów. W tym samym roku został powołany do wojska i wyjechał do Mandżurii. Rok później wrócił do Warszawy, pracy w szpitalu oraz pisania. W swoich tekstach stał się bardziej odważny. Krytykował Marię Konopnicką, arcybiskupa Wincentego Popiela, Henryka Sienkiewicza „i całe społeczeństwo, które nie umie znaleźć kierunku działania, tylko miota się wśród bezładnej plątaniny błazeństwa, tchórzostwa, kłamstwa, chciwości i robionej powagi, histerycznych, nieugruntowanych nadziej i zasmarkanego dąsania to na lewo, to na prawo – wśród znużenia jednych i jałowej plątaniny drugich […]”.

Korczak szybko zyskał rozgłos jako pisarz. Tym samym stał się popularnym lekarzem. Gdy chodził na prywatne wizyty, pytano go również o twórczość literacką. Daleko mu jednak było do celebryty. Wygłaszał odczyty, jeździł na kolonie, obserwował swoich małych podopiecznych i pisał. „Cichy, szary polski wyraz: „smutno” jest po żydowsku też: „smutno”. I kiedy dziecku polskiemu czy żydowskiemu źle się dzieje na świecie – tym samym wyrazem myśli, że mu – smutno” – napisze w książce „Mośki, Joski i Srule”. Po powrocie z kolonii wyjechał do Berlina, aby tam uczyć się dalej pod okiem specjalistów. Wiosną 1908 roku wrócił do Polski i znów pojechał na kolonie, tym razem z polskimi dziećmi. Swoje notatki z tego pobytu przeczytał Janinie Mortkowiczowej, przyszłej babce autorki jego biografii. Ta zdecydowała się wydrukować je w wydawnictwie prowadzonym wraz z mężem Jakubem. Pierwszy odcinek „Mośków…” ukazał się w styczniu 1909 roku w „Promyku” i okazał się ogromnym sukcesem. „Nikt jeszcze nie pokazywał żydowskich dzieci jako pełnoprawnych, pełnokrwistych bohaterów literackich. Nagle stały się bliskie (…). Niektórzy krytycy przyznawali otwarcie, że nawet w antysemickich środowiskach młodzi czytelnicy nabierali sympatii do Mośków, Josków i Sruli” – pisze Joanna Olczak-Ronikier. Kilka miesięcy później zaczęto publikować „Józki, Jaśki i Franki”. Bohaterowie obu opowieści niewiele się od siebie różnili. I to właśnie chciał pokazać Korczak. Kilka kilometrów od miejsca gdzie odbywały się kolonie, podczas II wojny światowej Niemcy stworzyli obóz śmierci Treblinka. Mośki, Joski i Srule z tej samej stacji, z której wyjeżdżały wcześniej na wakacje, pojechały w swoją ostatnią podróż.

W 1907 roku warszawscy Żydzi powołali do życia Towarzystwo „Pomoc dla Sierot”. Rok później jego członkiem został Henryk Goldszmit. To tu poznał Stefanię Wilczyńską. „Ona go pokochała. To nie jest tajemnica. Pisali o tym, mniej lub bardziej oględnie, ci, którzy ich znali. Była młodziutka, młodsza od niego o osiem lat. To naturalne, że mimo swoich społecznych pasji tęskniła do uczucia, choć zapewne ukrywała te tęsknoty przed światem i przed sobą. A on? (…) Młodzieńcza przygoda, zakończona niechcianą ciążą dziewczyny, była przeżyciem, o którym nigdy nie zapomniał. Obłęd ojca i strach przed dziedzicznym obciążeniem niewątpliwie zaważyły na jego psychice” – czytamy w biografii Korczaka.

Gdy powstała Komisja Budowania Domu Sierot Henryk Goldszmit zdecydował się objąć kierownictwo tej placówki. 7 października 1912 roku dzieci przekroczyły próg swojego nowego domu. Z początku nie było łatwo. Dzieci, jak to dzieci, lubiły rozrabiać, odkręcać krany, sprzątać tak, żeby kto inny musiał po nich poprawiać. Szybko jednak Doktor i panna Stefa zrobili z tego miejsca prawdziwy dom, gdzie dzieci nauczyły się wypełniać swoje obowiązki. Stworzyli jedną, wielką rodzinę. Gdy w 1914 roku wybuchła I wojna światowa doktor Goldszmit pojechał na front. W Kijowie poznał Marynę Falską, która prowadziła internat dla polskich uczniów szkoły rzemieślniczej. Pomógł jej w organizacji życia podopiecznych. To ona została później kierowniczką Naszego Domu w Pruszkowie.

Do Warszawy doktor wrócił w czerwcu 1918 roku. Wkrótce opublikował pierwszy tom cyklu „Jak kochać dziecko”. Sytuacja w kraju nie była łatwa. Partie kłóciły się ze sobą, kraj był wyniszczony przez wojnę, fabryki zdewastowane, brakowało pracy, pieniądze traciły na wartości. Stosunki polsko-żydowskie były coraz gorsze. Dochodziło do pogromów nazywanych „wystąpieniami antyżydowskimi”. W 1920 roku został skierowany do pracy w szpitalu epidemiologicznym na Kamionku w Warszawie. Tam zaraził się tyfusem plamistym. Matka zabrała go do domu, aby lepiej się nim opiekować. Wkrótce i ona się zaraziła. Zmarła 11 lutego 1920 roku. Pochowano ją w najdalszej części cmentarza przy ulicy Okopowej, tam gdzie chowano zmarłych na choroby zakaźne. Nie spoczęła obok męża w Głównej Alei. Jej grobu do tej pory nie odnaleziono. Doktor Goldszmit wyzdrowiał. Po śmierci matki zamieszkał na stałe w Domu Sierot.

Światu było mało wojen i rozlewu krwi. Znów rozpoczęły się walki. Tym razem Polska miała się przeciwstawić rozlewowi bolszewizmu na całą Europę. Kolejna wojna podsycała nastroje antysemickie w kraju. W sierpniu kilkanaście tysięcy wojskowych żydowskiego pochodzenia zamknięto na kilka tygodni w obozie wojskowym w Jabłonnie pod Warszawą. Podejrzewano ich o sprzyjanie Sowietom. Tylko dlatego że byli Żydami. Joanna Olczak-Ronikier nie tylko szczegółowo opisuje życie Starego Doktora. Przedstawia też epokę, w której żył oraz wydarzenia, których był świadkiem, lub choćby czytał o nich w codziennej prasie. Dokładnie opisane zostały okoliczności zamordowania prezydenta Gabriela Narutowicza w 1922 roku. Mówiąc o tych wydarzeniach trudno nie wspomnieć o antysemityzmie. W tym samym czasie Janusz Korczak próbował namawiać „dzieci polskie, aby nie biły dzieci żydowskich”. Autorka biografii porusza też sprawę przynależności pedagoga do ruchu masońskiego. Ta kwestia jednak, ze względu na obowiązującą poszczególnych członków ruchu tajemnicę, jest jedną z najmniej znanych spośród wielu działalności Korczaka. Niezwykłym przedsięwzięciem było zaś powołanie do życia „Małego Przeglądu”, pisma redagowanego przez dzieci i dla dzieci.

Korczak, tak kochany i uwielbiany przez wielu, był również często krytykowany. „Napadali na niego wszyscy. Żydzi tradycyjnie o to, że polonizuje dzieci. Polacy i Żydzi asymilowani o to, że niepotrzebnie utrwala w wychowankach poczucie żydowskiej tożsamości, utrudniając integrację z polskim społeczeństwem. Syjoniści, bo nie agitował za wyjazdem do Palestyny. Komuniści, bo nie wzywał do walki z kapitalizmem” – przypomina Joanna Olczak-Ronikier.
Janusz Korczak większości z nas kojarzy się jednak przede wszystkim ze Starym Doktorem, który troskliwie opiekował się swoimi dziećmi w getcie. Nie opuścił ich nawet w tej ostatniej drodze na Umschlagplatz, skąd stłoczone w bydlęcych wagonach odjechały do obozu śmierci w Treblince.
Po przeprowadzce do getta Dom Sierot znalazł się najpierw na ulicy Chłodnej, a później w przechodnim budynku na Siennej 16/ Śliskiej 9. „Gmach przetrwał powstanie w getcie, powstanie warszawskie i wyburzanie miasta przez hitlerowców. Był tak dobrze zachowany, że jeszcze po wojnie mieścił kilka instytucji. Został rozebrany, jak większość okolicznych budynków, na początku lat pięćdziesiątych, podczas plantowania terenu wokół budowanego Pałacu Kultury i Nauki. Ogromną, pustą przestrzeń, na której wzniesiono pałac, nazwano placem Defilad. Na skwerze przy placu, naprzeciwko teatru Lalka, stanął w roku 2003 pomnik Korczaka otoczonego dziećmi. Wmurowana w ziemię tablica informuje, że powstał staraniem fundacji Shalom i Polskiego Stowarzyszenia imienia Janusza Korczaka. Ani słowa, że w tym właśnie miejscu był dom, z którego Doktor, Stefania Wilczyńska, wychowawcy i wychowankowie wyruszyli w ostatnią drogę” – pisze autorka biografii.

Do wagonu pierwszy wszedł Janusz Korczak. Za nim 200 dzieci. Wśród nich: Albert, Jerzy, Genia, Felunia, Sabinka, czterech Moniusiów, Marylka, Zygmuś, Semi, Abrasza, Hanka, Aronek, Jakub, Marceli, Szlama, Szymonek, Natek, Mietek, Leon, Szmulek, Abuś, Rita, Mendelek Nadanowski, pani Blimka, pani Saba, panna Nacia, pani Rózia, Dora Solnicka, Róża Azrylewicz-Sztokman, mała Romcia, Heniek, stary Henryk Asterblum i Stefania Wilczyńska.

Katarzyna Markusz