Niepamięć

NiepamiecFotKM

Michaela Traisona poznałam w Krakowie podczas 21. Festiwalu Kultury Żydowskiej. Jest on jedną z osób zaangażowanych w przyznawanie nagrody „Chroniąc pamięć”. Zaprosiłam go do Sokołowa, żeby mógł zwiedzić to miasto i zobaczyć jak wygląda pamięć o dawnych jego mieszkańcach. Spotykamy się w czwartek, który to jest w Sokołowie dniem targowym. Mieszkańcy okolicznych wsi przyjeżdżają na rynek, aby kupić lub sprzedać najróżniejsze towary. Kiedyś odbywało się to w samym centrum miasta, przy pomniku księdza Brzóski. To w tym miejscu w czasie wojny Niemcy powiesili tabliczkę z napisem „Psom i Żydom wstęp wzbroniony”. Teraz rynek przeniesiono nieco na ubocze, tuż przy ulicy wiodącej do Treblinki.

Jest piękny, słoneczny dzień. Idealny na zwiedzanie miasta. Jednym z pierwszych budynków, które pokazałam Michaelowi jest… centrum handlowe Diament. W miejscu, w którym ono stoi przed laty znajdowała się synagoga. Dziś pozostały po niej jedynie zakopane głęboko w ziemi fundamenty, które sięgają sąsiedniego sklepu meblowego. No i gwiazda, bo tuż przy wejściu do budynku na podłodze umieszczono gwiazdę Dawida wraz z informacją, że w tym miejscu stała synagoga, którą Niemcy zniszczyli w 1939 r. Data jest wprawdzie błędna, ale właścicielowi nie można odmówić dobrych chęci oraz odwagi. Po przeciwnej stronie ulicy Magistrackiej remontuje on budynek, w którym kiedyś mieścił się Beit Midrasz. Chce na jednej ze ścian umieścić tablicę z informacją o tym miejscu, żydowskiej społeczności Sokołowa oraz rabinie Morgensternie. Michael Traison chciał włączyć się w ten projekt. – Nie potrzebuję na to pieniędzy – zapewnia pan Janusz, właściciel budynku. – Powiedźcie mi tylko, co ja mam tam napisać.

Z kolejnym domem modlitwy w Sokołowie sytuacja wygląda nieco inaczej. Budynek znajduje się między ulicą Długą, a Małym Rynkiem. Po obu jego stronach w czasie wojny znajdował się mur getta. Wewnątrz dziś już nic nie przypomina o jego poprzednim przeznaczeniu, może poza całkowicie zabudowanym babińcem. Na dole znajduje się duży sklep z ubraniami. Wśród sukienek i płaszczy dostrzegamy rudowłosą sprzedawczynię w średnim wieku. – Czy pani wie, co tu się mieściło przed wojną? – pytam.
– Ja nic nie wiem, ja tu za krótko pracuję – odpowiada. – Właściciel wynajmuje pomieszczenie od GS-u, a ja tu nigdy nic nie widziałam – mówi, gdy próbuję się dowiedzieć, czy natrafiła kiedyś na jakieś dziwne malowidła na ścianach lub może znalazła książki lub dokumenty pisane tajemniczym językiem. Niestety, sprzedawczyni nie zna historii tego miejsca.
„Był Sądny Dzień. Ludzie kryli się po domach i cicho się modlili” – wspominał po wojnie jeden z mieszkańców miasta, Josek Kopyto. – „Modlono się w betmedresz na Małym Rynku przy ul. Długiej. Jakiś Niemiec przechodzący tamtędy usłyszał odprawianie nabożeństwa. Zaczął strzelać do kobiet, które modliły się na górze. Trafił w jedną kobietę, która siedziała na oknie. Spadła na wąską małą ulicę i po 20 minutach umarła. Zrobiła się straszna panika. Każdy bał się wyjść na ulicę. Pomału ludzie wycofali się z bożnicy do domów.”

Sprzedawczyni kieruje nas do biura GS-u, które znajduje się przy Małym Rynku. Ten budynek również ma ciekawą historię. Sądzę, że to właśnie tutaj znajdowało się biuro Judenratu. „W 1940 r. zwiększyła się ilość żebraków” – relacjonował po wojnie Szepsel Grynberg. – „Życie skupiało się na Małym Rynku, gdzie na placu znajdował się Judenrat. Czekano na nowiny.”
– Ja nic nie wiem co tam było – mówi szefowa GS-u.
– A w tym budynku? – pytam o prawdopodobną siedzibę Judenratu.
– To była prywatna własność. Ja nic nie wiem.

Michael, którego zainteresowała historia domu modlitwy, zaproponował, że ufunduje tablicę, którą będzie można powiesić na jednej ze ścian. Pytamy więc szefową GS-u o taką możliwość. – Możecie państwo podanie do nas złożyć, ale my się na to na pewno nigdy nie zgodzimy – podkreśla.
– Po co mam składać podanie, skoro ona od razu wyrzuci je do śmietnika – stwierdza Michael. Rozmawiamy po angielsku i nie wydaje się, aby któraś z osób obecnych w budynku nas rozumiała. Wychodzimy na zewnątrz i patrzymy w stronę domu modlitwy. Z siedziby GS-u po chwili wyłania się jakaś kobieta. Zauważa nas i odchodzi w drugą stronę. Przed jednym ze sklepów znajdujących się w domu modlitwy stoi dwóch mężczyzn. Podchodzi do nich i zaczynają rozmawiać patrząc na nas. Michael zaczyna się śmiać. – To zupełnie tak, jakby cofnąć się w czasie o 20, 30 lat – mówi. – Wtedy ludzie w Polsce bezpodstawnie obawiali się, że Żydzi, którzy tu przyjeżdżają odbiorą im ich domy.

Postanowiliśmy przy jednej ze ścian domu modlitwy postawić zapalony znicz. W pobliżu stało kilku mężczyzn. – Powiedz im, co tu się kiedyś znajdowało – zachęca mnie Michael. Jednak jeden z mężczyzn rozmowę o historii miasta zaczyna od czegoś innego. – Proszę pani, ja to swój dom kupiłem – podkreśla. – Mam na to papiery. Kupiłem. Nie pamiętam jak ona się nazywała, ta właścicielka, ale kupiłem od niej dom. A burmistrz to mój kolega. Możecie do niego iść.
Kiedy tłumaczę te słowa Michaelowi, ten zaczyna się śmiać. – Widzisz? Cofnęliśmy się w czasie o 20 lat…

Katarzyna Markusz