„Spowiedź” Calka Perechodnika

Calek Perechodnik, z wykształcenia agronom, w czasie wojny policjant żydowski w Otwocku, w 1943 roku ukrywał się po aryjskiej stronie Warszawy. Jego żona i córka zginęły w Treblince. On postanowił spisać swoje wspomnienia, które zadedykował sadyzmowi niemieckiemu, polskiej podłości oraz żydowskiemu tchórzostwu. Pisząc swoją „Spowiedź” Perechodnik nie miał nadziei na to, że uda mu się przeżyć wojnę i tekst opublikować. „Zaprowadzą mnie pewnego pięknego dnia na pole, każą wykopać grób dla siebie samego, rozebrać się, położyć się do środka i zginę szybko śmiercią od kuli rewolwerowej. Ziemia zostanie wyrównana, a rolnik polski przyorze, zasieje żyto czy też pszenicę na tym miejscu” – pisze już na samym początku. Dlatego skończone dzieło przekazał zaufanemu Polakowi. Rękopis po wojnie trafił w ręce Pejsacha Perechodnika, brata autora.

Calek urodził się w Warszawie 8 września 1916 roku „z rodziców, ot, najbardziej przeciętnych, zwykłych Żydów z tak zwanej średnio zamożnej klasy”. Jego dzieciństwo było w miarę spokojne. Pod względem materialnym niczego mu nie brakowało. Być może dlatego, że rodzice większość swego czasu poświęcali pracy, nie mieli zbyt dobrego kontaktu emocjonalnego z dziećmi. Calek nie mógł studiować na Uniwersytecie Warszawskim, ponieważ większość uniwersytetów ograniczała ilość studentów pochodzenia żydowskiego. Wyjechał więc do Francji, gdzie nie istniało rozróżnienie między narodowością a obywatelstwem. W 1937 roku jako dyplomowany inżynier wrócił do Polski. Od razu po przyjeździe udał się do komisji wojskowej. „Dostałem kategorię A, ale ponieważ Polska była na tyle silnym mocarstwem, miała taką potężną armię, tylu wykształconych i dyplomowanych inżynierów – oficerów, moja osoba okazała się zbyteczną. Zresztą, co tu owijać w bawełnę, dano mi nadliczbówkę – mnie, mojemu bratu, również inżynierowi, moim wszystkim kolegom Żydom z wykształceniem średnim oraz wyższym – a to dlatego, że nie chciano mieć oficerów Żydów w Armii Polskiej”.

W 1938 roku Perechodnik ożenił się z Anną Nusfeld, współwłaścicielką kina Oaza w Otwocku. Oboje postanowili zostać w Polsce i próbować tutaj urządzić sobie wygodne życie. W 1939 roku Niemcy przygotowywali się do wojny. Co robili w tym czasie Polacy? „Leży przede mną kalendarzyk Samoobrony Narodowej na rok 1939 (…). Kalendarzyk ten znalazłem w mieszkaniu Polki, które mnie obecnie przechowuje. Całe szczęście, że ona nie umie czytać” – pisze autor. Gdyby umiała, przeczytałaby, że „Żyd to wróg śmiertelny Kościoła i Wielkiej Polski”, „zło Polski dzisiejszej w żydostwie ma swe główne siedlisko”.

Perechodnik wraz z bratem, ojcem oraz wujem po wybuchu wojny udali się na wschód. Liczyli na to, że zostaną przyjęci do wojska. Tak się jednak nie stało. Wkrótce na Polskę napadli sowieci. Jak zareagowali na to Żydzi? „Pierwszym uczuciem była niezmierna radość; nie ma się, zresztą, czemu dziwić. Z jednej strony wkraczał Niemiec, głosząc hasła bezlitosnego wyniszczenia i wymordowania wszystkich Żydów. Z drugiej zaś strony wkraczał bolszewik z hasłem, że dla niego wszyscy ludzie są równi wobec prawa. Nie było co tu porównywać. Żydzi się cieszyli, a ja między nimi” – wspomina Perechodnik. Jednak nie wszyscy chcieli zostać na terenach okupowanych przez Rosję. Brat i wuj Perechodnika zostali w Słonimiu, on zaś w październiku wrócił do Otwocka. Z czasem, jak większość Żydów, musiał sprzedać swój majątek lub przekazać to, co się dało Polakom, licząc na odzyskanie dobytku po wojnie. „Wprawdzie nie wszyscy mieli początkowo zamiar zabrać te dobra, ale jeśli chodzi o Otwock, to prawie 99 procent interesów zostało przepisanych na imię Polaków. Żyd w miesiąc później z nich grosza nie widział, tak samo było przeważnie z mieszkaniami, meblami itd.”

W sierpniu 1940 roku Perechodnikom urodziła się córka, Athalie. Niedługo później rodzina przeniosła się do getta. „Widząc, że wojna się nie kończy i żeby być wolnym od łapanek do obozów, wstąpiłem w szeregi Ghetto-Polizei w lutym 1941 roku.” Życie w getcie na początku nie było zbyt uciążliwe. Ci, którzy mieli pieniądze radzili sobie dość dobrze. Z czasem pojawiało się coraz więcej biednych ludzi, którzy umierali z głodu.
Perechodnik w niezwykły sposób analizuje przyczyny wybuchu wojny między Niemcami a Rosją. Kpi z antysemickich argumentów, jakoby alianci prowadzili wojnę jedynie po to, aby umożliwić „międzynarodowemu żydostwu” opanowanie całego świata. „Skoro cały świat oszalał i sam dobrowolnie chce się poddać pod jarzmo żydowskie, świętym obowiązkiem Niemców jest wytępić przynajmniej tych wszystkich Żydów europejskich. Zresztą, będzie to sprawiedliwą karą na Mośkach siedzących w gettach środkowoeuropejskich za to, że podszczuli i nakazali swemu żydowskiemu prezydentowi Rooseveltowi wystąpić orężnie przeciwko Niemcom (…). Świat będzie wtedy zbawiony, odrodzony, nikt już wojen nie będzie prowadził, Wielkie Niemcy będą uratowane, kultura europejska ocalona, religia chrześcijańska będzie mogła się spokojnie rozwijać, ludzie stanął się lepsi, nie będzie złodziejstw, morderstw ani pijaństwa. Powstanie nowy, idealny świat.”

Perechodnik pisał te słowa, nie mając nadziei na własne ocalenie. Jego żona i córka już nie żyły. Ich prochy pochłonęła ziemia w Treblince. On sam jeszcze się ukrywał, ale chyba nie zależało mu już na przeżyciu. Stracił nadzieję, że świat może po takiej tragedii wrócić do normy. On sam nie miał już do kogo wracać. Jego zdaniem Niemcy atakując Polskę zdawali sobie sprawę z tego, że Polacy nie będą im przeszkadzać w „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”. Dodatkową zachętę stanowiła możliwość wzbogacenia się na pozostawionym przez Żydów mieniu. Sami Żydzi nie chcieli wierzyć w to, że Niemcy mogą dokonywać aktów eksterminacji na masową skalę. Nawet jeśli dochodziły do nich słuchy o mordach dokonywanych w poszczególnych miejscowościach, nie dopuszczali do siebie myśli, że to samo może wydarzyć się i w ich mieście. To typowa postawa, która powtarza się niemal w każdej relacji z Zagłady.

Autor opisuje likwidację getta warszawskiego, samobójstwo Adama Czerniakówa, prezesa Judenratu oraz sytuację żydowskich policjantów. „Jeśli kogoś sumienie dręczy, to zagłusza je wódką”. Perechodnik pisze, że żydowscy policjanci również ulegli pokusie rabowania cudzego mienia. Zajmowali nawet cudze mieszkania, każąc lokatorom wynieść się gdzie indziej, oczywiście bez mebli i dobytku. Podobnie było z Polakami, którzy przychodzili do getta w Otwocku przez spodziewanym „wysiedleniem”. „Moja dozorczyni, Stefanowa Demeruk, kobieta, która się prawie wychowała razem z żoną, też przylatuje, ale bynajmniej nie po to, żeby zapewnić nas, że możemy na nią liczyć w razie potrzeby. Ponieważ, jak daje nam to wyraźnie odczuć, my już i tak jesteśmy żywymi trupami, to kto jest godzien odziedziczyć po nas nasze rzeczy, zwłaszcza pościel? (…) Odchodzi mocno zdziwiona i oburzona, że daliśmy jej tylko na odczepnego czarną spódnicę.”

Perechodnik, mimo że był policjantem, nie czuł się do końca bezpieczny. Myślał o ulokowaniu córki w którejś z polskich rodzin. Dziewczynka miała blond włosy i niebieskie oczy. Jej szanse na przeżycie były bardzo duże. Jednak ojciec nie zrobił dostatecznie dużo, aby pomysł ten zrealizować. Również jego żona chciała mieć możliwość zabezpieczenia się na przyszłość. Prosiła, aby wyrobił dla niej Kenkartę. Wymagałoby to sprzedaży kilku rzeczy w celu zdobycia gotówki. Perechodnik nie chciał tego robić. Wolał wierzyć w niemieckie zapewnienia. „Czy tę winę odkupię kiedyś, o Boże?” – pyta. To, co pisze później o swoim rozstaniu z żoną, o jej ostatniej podróży do obozu śmierci w Treblince oraz o sytuacji w getcie, gdzie później mordowano ukrywających się Żydów to jeden z najbardziej przejmujących opisów Zagłady. Wstrząsające świadectwo człowieka, który stracił już wszystko i nie ma nadziei na lepsze jutro. Wie, że jego przeznaczeniem jest śmierć. Nie ucieka od niej, nie broni się przed nią. Czeka na nią tak jak i pozostali Żydzi w otwockim getcie. Ani o sobie, ani o pozostałych Żydach nie myśli już, jak o istotach ludzkich. „Nie trzeba obmyć trupów według rytuału żydowskiego, owinąć je w białe prześcieradła, włożyć do skrzyni, zaznaczyć miejsce, gdzie są pochowane, ani też zmówić modlitwy za spokój ich dusz. Nie, tego wszystkiego już nie potrzeba. Boże, czyż ja wiecznie będę naiwny? Toć to nie ludzi się chowa, nie ludzi się grzebie, tylko Żydów, więc po cóż te ceregiele?”

Gdy w otwockim getcie zostali już tylko ukrywający się w piwnicach ludzie oraz żydowscy policjanci, zaczęli do niego wchodzić Polacy. „Całe getto jest wciąż otoczone przez motłoch polski, który co chwila wskakuje przez parkan, siekierami otwiera drzwi i wszystko rabuje. Czasami potykają się o ciepłe jeszcze trupy, ale nie szkodzi. Nad trupami ludzie biją się, jeden drugiemu wyrywa poduszkę czy też garnitur. A trup? No, jak trup – leży spokojnie, nic nie mówi, nikomu nie przeszkadza i nikomu się nie przyśni! To i sumienie mają Polacy czyste (…). Wchodzimy do mieszkania Grynkorna, spotykamy tam Polaka, który już wszystko do worka zapakował. Jest zły i zdziwiony, jakim prawem Grynkorn mu przeszkadza, ale nie mając rady zostawia worki i ucieka przez parkan. Przy parkanie stoi Zygmunt Wolfowicz, serce ma zbolałe, przed chwilą jego mieszkanie zostało zrabowane. Niemcy zabrali mu rodzinę, Polacy zaś majątek cały.”

Perechodnik opisuje chciwość polskich sąsiadów, ale i naiwność oraz głupotę Żydów. Przytacza historię żydowskiej grupy złapanej na polu przez Niemca, który kazał wszystkim położyć się i zaczął do nich strzelać. Gdy zabił kilka osób, skończyły mu się naboje. Posłał chłopca do pobliskiego posterunku, aby mu je przyniósł. Zanim dostał nowe naboje minęło 30 minut. W tym czasie stał bezbronny, sam jeden, nad grupą ludzi leżących twarzami do ziemi. Dlaczego żadna z tych osób nie wstała? Dlaczego nie walczyli o swoje życie? Przecież mogli uciec, szukać schronienia w lesie lub u polskich gospodarzy. A jednak nic nie zrobili. Przez 30 minut czekali spokojnie na swoją śmierć.

Swoje zapiski Perechodnik traktuje jak symboliczny pomnik, który wystawia żonie, córce oraz w pewnym sensie również sobie. Liczy, że dzięki publikacji tego pamiętnika ludzie w nim opisani nie pozostaną jednymi z kilku milionów zamordowanych w czasie wojny Żydów. Przestaną być anonimowymi ofiarami. Dlatego autor tak dokładnie stara się opisać wszelkie aspekty wojennego życia. Nie oszczędza ani siebie, ani innych osób. O kobiecie, która obiecała ukryć jego kuzynkę, ale nie dotrzymała słowa pisze: „Ot, zwykła moralna kurwa, ale z manią udawania porządnego człowieka”. Polacy jednak szybko nauczyli się jak na wojnie mogą skorzystać, zachowując przy tym czyste sumienie. „W Warszawie powstał nowy zawód: tropiciele Żydów, ale bynajmniej nie należy rzucać kamieniami w tych ludzi, że pracują oni w służbie niemieckiej. O nie, oni pracują tylko i wyłącznie dla własnych i to szlachetnych celów: chcą ulżyć Żydom, oczywiście kieszeniom żydowskim, szlachetna i lukratywna praca”. Nie wszyscy jednak zachowywali się w ten sposób. Nie każdy mógł przechowywać u siebie Żydów, ale niektórzy zgadzali się przynajmniej przechować u siebie ich rzeczy. „Wszak każdy Polak miał choć jednego przyjaciela Żyda, który go prosił ze łzami w oczach o łaskę ulokowania rzeczy u niego. Wspaniałomyślnie zgadzano się, a jeśli Żyd okazał się grzecznym, to wyjechał do Treblinki i sprawa była wyjaśniona. Majątek się powiększył, sumienie czyste, tout va tres bien”. Perechodnik dostrzega jednak i pozytywne postawy. Opisuje przypadek braci X (nie podaje ich nazwiska), którzy przed wojną byli zagorzałymi antysemitami. Zwalczali Żydów na tyle, na ile było to możliwe. Teraz, gdy zobaczyli, jak Niemcy systematycznie mordują ich znajomych, sąsiadów, tylko dlatego, że maja niewłaściwe pochodzenie, całkowicie zmienili swe postępowanie. Obaj braci zaangażowali się czynnie w pomoc Żydom podczas wojny. Ten przypadek, podkreśla Perechodnik, był niestety odosobniony. Jego zdaniem nie musieli masowo ukrywać Żydów w swoich domach. Wystarczyłoby, gdyby tylko nie zabraniali im się ukrywać, a nawet poruszać swobodnie po ulicach.

A jednak Perechodnik znalazł w Warszawie dla siebie miejsce, w którym ukrywał się przez wiele miesięcy. To tutaj zdecydował się spisać swoje wspomnienia. Mimo, że nie wierzył, iż uda mu się przeżyć, jego marzeniem była zemsta dokonana na Niemcach. Jego zdaniem w ramach sprawiedliwości dziejowej powinno się Niemców „wysiedlić” do tej samej Treblinki, w której zginęło tak wielu Żydów. „W życiu nie podniosłem ręki na bliźniego, ale czuję, że wtedy wodę bym przestał pić, piłbym tylko krew niemiecką, zwłaszcza małych dzieci. Za mą córeczkę, za wszystkie dzieci żydowskie wziąłbym odwet stokrotny”. Dwukrotnie w swoich wspomnieniach Perechodnik wspomina też, że gdyby nie konieczność obrzezania, wielu Żydów miałoby szansę się uratować, ponieważ zdjęcie spodni było często jedynym dowodem na ich żydowskość. Również partie polityczne nie zachowały się jego zdaniem należycie. „Przeklęty niech będzie Bund, który nakazywał robotnikom Żydom walczyć o lepszy byt robotnika żydowskiego na miejscu, a zabraniał mu emigrować do Palestyny. Gdzie jesteście przywódcy Bundu? (…) Przeklęta niech będzie Aguda z jej fanatyzmem, z jej przywódcami, którzy również rozbijają się teraz w Ameryce, podczas gdy naród żydowski, otumaniony przez nich, zginął w Treblince” – pisze.

Calek Perechodnik zmarł w październiku 1944 roku. Wiadomo, że wcześniej chorował na tyfus. Ukrywał się w bunkrze wraz z grupą innych ludzi. Część z nich zginęła z rąk szabrowników. Jeśli Calek nie zmarł wcześniej na tyfus, to z pewnością zginął wraz z pozostałymi członkami tej grupy. Wiadomo też, że spisał drugą część swoich pamiętników. Podczas powstania warszawskiego walczył w szeregach AK. Drugą część swoich zapisków ukrył w gruzach domu pani Heli, która przez wiele miesięcy ukrywała jego i innych Żydów. Pierwszą część przechowywał u siebie adwokat Władysław Błażewski, który wielokrotnie pomagał Perechodnikowi w czasie wojny. Gdy już po wojnie Pejsach Perechodnik wrócił do Polski odzyskał dziennik przechowywany przez adwokata, natomiast brulionów ukrytych pod gruzami domu nie udało się odnaleźć.

„O jedno tylko proszę: wykonajcie ludzie wiernie mój testament zemsty i wspomnijcie choć czasami świetlaną postać mej żony Anki i anielski wygląd mej córeczki Athalie. Cóż one zawiniły, że padły ofiarą sadyzmu niemieckiego, (…) podłości polskiej, (…) tchórzostwa żydowskiego? A ja? Ja obecnie muszę iść moją drogą, drogą cierniową, drogą bez sławy i z refrenem na ustach, zol zajn az majn szyf wet kajn breg nit dergejn.”

Katarzyna Markusz
Foto: Wikimedia Commons