Jestem Polakiem z bólem

Samuel Willenberg, chociaż mieszka w Izraelu, często bywa w Polsce. Ma tu wielu przyjaciół i znajomych. Mimo że ma już 88 lat, wciąż jest bardzo zajęty. Ciągle się z kimś spotyka, dzwoni, załatwia ważne sprawy, a nawet pisze kolejną książkę. Każdego dnia, jak podkreśla, wraca jednak pamięcią do czasu, kiedy był więźniem obozu śmierci w Treblince.

Perec Willenberg był utalentowanym artystą plastykiem. Organizował wystawy z Romanem Kramsztykiem, Stanisławem Wyspiańskim, Jackiem Malczewskim i Leonem Wyczółkowskim. Jego największą pasją było jednak tworzenie nowego żydowskiego stylu w sztuce. – Ponieważ w synagogach nie można było malować twarzy, mój ojciec postanowił użyć hebrajskich liter – wspomina Samuel Willenberg, pokazując zdjęcie, na którym Perec Willenberg stoi na rusztowaniu tuż po sufitem jednej z ozdabianych przez siebie synagog. – W czasie wojny, gdy mój ojciec ukrywał się w Warszawie, udawał niemowę. Nie chciał, żeby zdradził go niewłaściwy akcent. Przed kim udawał? No, przecież nie przed Niemcami, którym jego akcent był całkowicie obojętny i nigdy nie rozpoznaliby, że rozmawiają z Żydem.

Gdy Perec Willenberg ukrywał się we wrześniu 1944 roku w piwnicy domu przy ul. Marszałkowskiej 60, postanowił nad drzwiami namalować głowę Jezusa. W tle znalazł się krzyż i napis „Jezu ufam Tobie”. Niektórzy twierdzą, że to właśnie ten Jezus uratował budynek przed zniszczeniem w trakcie bombardowania. Perec używał wtedy fałszywego, aryjskiego nazwiska – Baltazar Pękosławski. Jeszcze w czasie wojny zarabiał na życie malując obrazy o charakterze religijnym. Gdy po ucieczce z Treblinki Samuel odnalazł ojca, ten powiedział mu: „Pomyśl Samku, jakie dziwne są koleje życia ludzkiego. Ja, który swoje życie poświęciłem na tworzeniu stylu żydowskiego, stylizując hebrajskie litery. Ja, który malowałem synagogi, dekorując ich plafony w stworzonym przeze mnie stylu. Ja, który lubowałem się w malowaniu typów żydowskich, maluję teraz Jezusy i Matki Boskie”. – Tato, ty nadal malujesz Żydów – odpowiedział mu wtedy Samuel.

Jezus Willenberga z piwnicy przy Marszałkowskiej miał zostać przeniesiony do nowego Muzeum Historii Żydów Polskich. Ostatecznie znajdzie jednak swoje miejsce w Muzeum Powstania Warszawskiego.

Samuel Willenberg pochodzi z Częstochowy. Wspomina, że przed wojną nie miał tam do czynienia z incydentami o charakterze antysemickim. Nieco inaczej sytuację w mieście oceniał Herszl Szperling, który z częstochowskiego getta trafił do Treblinki, skąd również uciekł w czasie buntu więźniów. – To miasto Szperlingowie znali dobrze – podkreśla Mark Smith, autor „Treblinka Survivor” napisanej na podstawie wspomnień Szperlinga. – Herszl i jego rodzina często przyjeżdżali tu ze swoimi wozami i końmi na czwartkowy rynek, tak jak i setki innych handlarzy z okolicznych wiosek. Czasami Icchak, ojciec Herszla, przyjeżdżał sam ze zwierzętami lub zabierał ze sobą Herszla, żeby mógł mu pomagać. Innym razem Gitel i Frumet (matka i siostra Herszla) dołączały do nich, co było okazją do odwiedzenia krewnych. Według spisu powszechnego w Częstochowie w tamtym czasie mieszkało wielu Szperlingów i Goldbergów – to nazwisko panieńskie Gitel. Rynek odbywał się tu w każdy czwartek z konkretnego powodu – aby Żydzi, którzy w znacznej mierze zajmowali się handlem mogli przygotować się na szabas następnego dnia. Klientami Icchaka byli handlarze końmi i koszerni rzeźnicy, kupujący towar wprost od niego na rynku, na którym znajdowała się nawet koszerna rzeźnia. Gitel często kupowała tu produkty na rodzinny szabat i późnym popołudniem wracała do Kłobucka, w którym mieszkali, z dużą ilością pakunków. Handel nie odbywał się jedynie wtedy, gdy jego termin pokrywał się z katolickimi świętami. Biznes rozkręcał się na dobre wraz z pielgrzymami, którzy przybywali z każdej części Polski, aby zobaczyć Czarną Madonnę; z nimi przybywali również fanatycy, którzy atakowali Żydów, będąc pod wpływem wypitej wódki oraz demonicznych kazań katolickich księży. Cały ten odwieczny tryb życia został zniszczony przez niemiecką inwazję.

Sytuacja częstochowskich Żydów zmieniła się znacznie po wybuchu wojny. W United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie znajdują się zdjęcia pochodzące z albumu jednego z członków Wehrmachtu. Na jednej z tych fotografii widać grupę Żydów stojących z podniesionymi do góry rękoma na ulicy Strażackiej w Częstochowie. Obecni tam żołnierze zaganiają kolejne ofiary do tej grupy. Jeden z Niemców spogląda spokojnie w stronę aparatu i uśmiecha się. Scena ta rozegrała się na początku września 1939 r.

Samuel Willenberg chętnie dzieli się swoimi wspomnieniami. Opowiada o życiu w Częstochowie, sytuacji po rozpoczęciu wojny, pobycie w obozie w Treblince. – O, tu pani dotknie – pokazuje mi miejsce na swoich plecach. – Czuje pani dziurę? To od kuli.

Na początku wojny 16-letni Samuel wstąpił do wojska. Chciał bronić swojej ojczyzny. Walczył nie tylko z Niemcami, ale również Armią Czerwoną. Wziął udział w potyczce w okolicach Chełma. – Gdy jechaliśmy pociągiem, nagle padł strzał – wspomina. – Na szczęście nie doznałem poważnych uszkodzeń. Najpierw leżałem w szpitalu, później opiekowała się mną w domu matka.

Samuel Willenberg przyznaje, że nie ma dnia, aby nie myślał o swoich wojennych przeżyciach. Te wspomnienia są z nim przez cały czas. Za każdym razem, gdy wspomina swoje siostry, w jego oczach pojawiają się łzy. Ostatni raz widział Itę i Tamarę w Częstochowie, gdzie Samuel z matką i siostrami, udając pielgrzymów, wynajęli pokój. Wkrótce matka z synem musieli jechać do Opatowa po trochę rzeczy i środków do życia. Gdy wrócili, okazało się, że dziewczynki zostały zabrane przez Niemców. „Staliśmy przy drzwiach w tym mrocznym i cuchnącym korytarzu i nie wiedzieliśmy, co mamy zrobić ze sobą. Uświadomiliśmy sobie, że ja straciłem siostry, a mama swoje dwie córki. Patrzyliśmy na siebie w niemej rozpaczy, bezradnie, nie wiedząc dokąd pójść, do kogo zwrócić się o pomoc” – wspomina ten dzień w swojej książce „Bunt w Treblince”.
Później, będąc już w obozie śmierci, Samuel Willenberg zajmował się sortowaniem odzieży. Pewnego dnia wśród sterty ubrań zauważył palto swojej siostry. – Tamara urosła i palto zrobiło się za krótkie – wspomina. – Mama doszyła jej więc takie zielone paski materiału na rękawach. To właśnie dzięki temu poznałem jej palto.
Wtedy Willenberg zrozumiał, że jego siostry z częstochowskiego więzienia zostały przewiezione do obozu w Treblince. Tutaj zginęły.

– W Polsce więcej mówi się o Holocauście niż w Izraelu – uważa Samuel Willenberg. – To wszystko przecież właśnie tu się odbywało. Wszyscy wiedzą, co to Treblinka, Oświęcim. Wprawdzie na meczach niektórzy krzyczą coś o Żydach, np na Widzew, który z Żydami nie ma nic wspólnego. Co ja mogę na to powiedzieć? Ręce opadają. Człowiek chce kochać Polskę, bo tu się urodził, a okazuje się, że nawet ten mały pomnik w Jedwabnem komuś przeszkadzał. Takie rzeczy wynikają z braku kultury.

Samuel Willenberg wraz z rodziną mieszka w Izraelu. Często przyjeżdża do Polski, ale nie chciałby mieszkać tu na stałe. – Podziwiam wszystkich Żydów, którzy tu jeszcze siedzą – wyznaje. – Przecież istnieje Izrael to trzeba tam jechać. Dobrze się czuję w Polsce, często tu przyjeżdżam, ale nie wyobrażam sobie, że miałbym tu żyć, mieszkać na stałe. Dlatego podziwiam wszystkich Żydów, którzy żyją w Polsce. Izrael to nasza ojczyzna, zresztą jedna z najpiękniejszych. Człowiek może tam się czuć stuprocentowym obywatelem.

Podczas ostatniej wizyty w Warszawie Willenbergowie wzięli udział w koncercie kończącym Festiwal Singera. – Byli tam również Polacy, bili brawa, Gołda Tencer otrzymała podziękowania, ale jaka to garstka przyszła. Może tysięczna część Warszawy. Ja żyję w Izraelu, bo jestem Żydem – podkreśla Samuel Willenberg. – Polska nie jest krajem dobrym dla Żydów i nigdy nie będzie. Myśmy przeżyli Holocaust i dlatego jesteśmy tak silni. Jeśli padnie Izrael, padnie cała Europa.

Samuel Willenberg ma polskie obywatelstwo. – Jestem Polakiem, ale Polakiem z bólem, bo walczyłem w 1939 r., później w Powstaniu Warszawskim oraz w Puszczy Kampinoskiej. I co z tego? Na ulicy wprawdzie nie słyszy się krzyków, czy zaczepek, ale co wezmę gazetę do ręki to czytam o antysemityzmie. Kocham Polskę. Kocham polskie lasy. Jak na nie patrzę to zaraz się zastanawiam, czy dobrze byłoby się tu ukryć, czy nie. W Izraelu mam moje wnuki, ale wspomnienia z mojej młodości mam tu – w Polsce. Kiedy chodzę ulicami na każdym kroku rozpoznaję znajome miejsca – byłem na tej ulicy, w tamtym lesie, tu była gorzelnia, a tam walczyłem na barykadzie. Chodzę więc i wspominam. Spotykam się też z kolegami z Powstania. Oni zawsze wiedzieli, że jestem Żydem. Wszyscy w AK wiedzieli.

Katarzyna Markusz