Sokołów. Getto, które było naszym domem

Kupcy, rzeźnicy, kuśnierze, właściciele małych sklepów – około 6000 żydowskich mieszkańców Sokołowa Podlaskiego 22 września 1942 r. zostało zebranych przez nazistów na Małym Rynku. Później załadowano ich do wagonów i odesłano do Treblinki. Zapraszam wszystkich, którzy chcieliby uczcić ich pamięć do wzięcia udziału w ceremonii, która odbędzie się 22 września w Sokołowie. To będzie pierwsza taka uroczystość w tym mieście – pisze Katarzyna Markusz.

21 września 1942 r. odbywało się święto Jom Kipur. Część Żydów pracujących w pobliskich gospodarstwach i wsiach przybyła do Sokołowa, aby świętować z rodzinami i znajomymi. Następnego dnia wczesnym rankiem zostali oni zaskoczeni przez Niemców i Ukraińców, którzy przystąpili do likwidacji getta.

– We wtorek o 5-tej rano przybiegła do mnie teściowa – wspominał później ten dzień Josef Kopyto. – Krzyknęła: Czego śpisz, łapią ludzi. Zerwałem się i wybiegłem na miasto. Widzę, że ludzie znowu biegają jak zatruci. Miasto było okrążone. Nie miałem możliwości uciekać. Pobiegłem do drugiego getta. Chciałem przeskoczyć przez płot, ale niedaleko stał żandarm i chciał do mnie strzelać. Już słychać było strzały. Przypomniałem sobie, że Symche Sendler mówił mi kiedyś, że już dawno zrobił u siebie w domu kryjówkę. Pobiegłem do niego. W sieni spotkałem jego córeczkę. Zamykała drzwi na kłódkę. Spytałem ją: gdzie tatuś. Powiedziała: nie wiem. Wybiegłem na podwórko. Spotkałem siostrę żony i dwóch braci. Teściowej już nie widziałem. Weszliśmy do jednego domu na pierwsze piętro. Na parterze znajdowało się biuro oczyszczania miasta. Dom ten znajdował się na granicy getta. Tylne wejście tego domu prowadziło do getta. Stałem kilka minut i postanowiłem znowu zejść. Znów poszedłem do Sendlera. Wszedłem do sieni i zacząłem szukać kryjówki. Nagle pod schodami w sieni zobaczyłem szparę. Wsadziłem palce do tej szpary i podniosłem małe drzwiczki. Wlazłem do kryjówki. Nikogo tam nie było. Ze mną do tej kryjówki wszedł jeden młody człowiek z żoną i dwuletnim dzieckiem. Powiedziałem im, że się tu nie zmieścimy. Wówczas ten mężczyzna powiedział: Pan to też tu nie będzie. Ludzi tych nie znałem. Byli przyjezdni z Kalisza. Tymczasem dziecko zaczęło płakać. Wówczas on powiedział do żony: Idź połóż gdzieś dziecko. Wówczas kobieta wyszła z kryjówki i położyła dziecko na placu Jojny Szpadla 50 metrów od kryjówki. Słyszałem płacz dziecka jak krzyczało: „mamo”. Kryjówka ta była bardzo mała. Nie można było siedzieć i nie można było przewrócić się z boku na bok. W środku kryjówki leżał duży kamień. Leżeliśmy skurczeni wkoło kamienia.

Tego dnia schronienia szukał również mały Aaron Elster. – Widzę młodą matkę, karmiącą piersią niemowlę, gdy nagle po drugiej stronie zatłoczonego pokoju wybucha płaczem inny noworodek – wspomina w swojej książce „I still see her haunting eyes”. – Ukrywający się ludzie nakazują młodej matce uciszyć dziecko. Głos noworodka słychać jednak nadal. Starsi nalegają, by matka stłumiła wybuch płaczu dziecka. Boją się, że w przeciwnym wypadku gestapo odnajdzie nas i wszyscy zostaniemy zamordowani. Intensywnie nalegają. Płacz dziecka staje się coraz głośniejszy. Wszyscy są coraz bardziej wzbudzeni i niespokojni. Nie wierzę własnym oczom. Oszalała matka kładzie dłoń na ustach i nosie córki, zaciskając je. Nóżki dziecka zaczynają gwałtownie wierzgać i kopać aż przestają się ruszać. Cisza wypełnia pokój, gdy dziecko chwyta ostatni oddech i nagle opada bezwładnie. Łzy napływają mi do oczu i natychmiast zastanawiam się, czy moja mama zrobiłaby mi to samo. Patrzę, lecz nie odczuwam wiele emocji związanych ze śmiercią. Czuję tylko ulgę, że nie zostaniemy odkryci. Moje ciało nadal drży z przerażenia, gdy spoglądam na tatę i jasne jest, że nikt nie powie nic o czynie matki. (…) Młodzi i starzy są bici gumowymi pałkami. Ukraińcy pędzą nas pod ściany korytarza. Ci, którzy nie poruszają się wystarczająco szybko są bici, a pewna kobieta, idąc za wolno, zostaje postrzelona w głowę. Patrzę jak tarza się we własnej krwi. Kolejną kobietę przyciśnięto do ścian. Szukam mamy, ale nigdzie jej nie ma. Wtedy dostrzegam strażnika, który popycha ją korytarzem i zabiera od nas. Tata chwyta mnie za ramię a Sara płacze i trzyma się jego płaszcza. Staram się patrzeć w dół, nie ważąc się spojrzeć na tych ludzi nawet przez chwilę. Być może, jeśli będę się tak wpatrywał w ziemię, stanę się niewidzialny. Pod żadnym pozorem nie patrzeć w ich oczy. Modlę się, by mnie nie widzieli. Moje ciało znowu drży, modlę się by obudzić się z tego okropnego koszmaru. Zostajemy wypchnięci z korytarza budynku, wepchnięci na ulicę wypełnioną chaotycznymi krzykami i wrzaskach bólu. Patrzę się na getto, które było kiedyś naszym domem. Zabici leżą na bruku, a ukraińscy żołnierze, policja i gestapo kierują naszym marszem na rynek w centrum miasta.

Spotkajmy się na Małym Rynku o godz. 18. Każdy kto ma na to ochotę może złożyć kwiaty, zapalić znicz w pobliżu dawnej synagogi. Przeczytamy kilka relacji opowiadających o tamtym dniu. Później przejdziemy na stary cmentarz żydowski, gdzie odmówiony zostanie kadysz.

Katarzyna Markusz