Stacja Treblinka

Richard Glazar, czeski Żyd, który trafił do obozu śmierci w Treblince, jak wielu innych ocalonych z Holocaustu nie był w stanie nosić w sobie strasznych wspomnień z „fabryki śmierci”. W 1997 r. popełnił samobójstwo. W tym roku jego książka po raz pierwszy ukazała się po polsku. Glazar był przede wszystkim Czechem. Żydowskie pochodzenie nie stanowiło dla niego czegoś szczególnie istotnego. Tuż przed zakończeniem wojny przebywał w Niemczech. Gdy wkroczyli tu Amerykanie, oficerowie dokładnie sprawdzali wszystkich zgłaszających się do nich ludzi. „To już koniec, oni nam nie dowierzają! A ten chce nas jeszcze egzaminować z hebrajskiego. Mój świętej pamięci dziadku, wyliczyłeś mi wszystkie popełnione przeze mnie grzechy wtedy, kiedy na Rosz Haszana, na żydowski Nowy Rok, pojawiłem się w synagodze z Pepinem Horakiem, gojem, obaj bez nakrycia głowy, żuliśmy końską kiełbasę (…). Pomóż mi, proszę, teraz – niech sobie przypomnę. Jak to było, jak to wtedy brzmiało, kiedy w piątek wieczorem składano Mu dziękczynienie?”

Richard Glazar trafił do Treblinki. Sortował rzeczy należące wcześniej do ofiar obozu śmierci. Obserwował tę śmierć każdego dnia. I dzięki niej sam mógł przeżyć. Gdy trafił do Treblinki, nie od razu dotarło do niego czym jest to miejsce. Ludzie, którzy przybyli transportem z Czech mieli się rozebrać, umyć i udać dalej do obiecanej pracy. Jednak Glazar, wraz z kilkoma innymi osobami, został wyciągnięty z szeregu. Natychmiast kazano mu zabrać się do pracy – sprzątania i sortowania rzeczy pozostawionych na placu. Nie miał czasu zastanowić się nad tym, co się tu dzieje. Nie wiedział co stało się z ludźmi, którzy poszli dalej. „Tojt, ale tojt” – wyjaśnił mu jeden z więźniów przebywających w obozie dłużej. – „Za dwa, trzy dni, jeżeli przeżyjesz i przyjdziesz do siebie, dowiesz się, że w Treblince jest wszystko – wszystko – tylko nie ma życia”.

W takim właśnie miejscu, gdzie każdy z więźniów żył z wyrokiem śmierci, którego wykonania mógł spodziewać się w każdej chwili, Glazar spędził kilka długich miesięcy. Uciekł podczas powstania 2 sierpnia 1943 r. Swoje wojenne losy dokładnie spisał w książce, której polski tytuł brzmi „Stacja Treblinka”. Treblinka była tylko jedną ze stacji w jego długiej życiowej drodze, ale chyba tą najważniejszą, o której nie był w stanie zapomnieć. Wydawało się, że po wojnie w pewnym stopniu doszedł do siebie. Spisał wspomnienia, udzielał wywiadów, spotykał się z ludźmi. Był świadkiem, niezwykle ważnym świadkiem, tamtych wydarzeń. A jednak cierpienie, jakiego doświadczył w obozie śmierci nie opuściło go do końca. Tydzień po śmierci żony popełnił samobójstwo, skacząc z okna na czwartym piętrze żydowskiego domu seniora w Pradze. Jego córka do dziś nosi pierścionek z brylantami, które zabrał ze sobą uciekając z Treblinki. Postanowił, że przeżyje poza obozem radząc sobie sam i nie sprzeda tych kamieni. Stały się one bolesną pamiątką i symbolem jego największego cierpienia.

W ramach festiwalu Warszawa Singera 3 września o godz. 14 w Austriackim Forum Kultury (ul. Próżna 8) odbędzie się spotkanie „Richard Glazar o Treblince – światowa literatura a Żydzi polscy”. Spotkanie poświęcone będzie nowej edycji serii „Żydzi polscy”, klasyki źródłowej literatury żydowskiej XX w. W trakcie spotkania rozmowa z udziałem prof. Jacka Leociaka (Instytut Badań Literackich PAN) i Zbigniewa Gluzy (prezes Ośrodka KARTA, wydawca serii „Żydzi polscy”).

Katarzyna Markusz