Pamięć, brzemię i uwolnienie

„Kto walczy z Żydami, walczy z diabłem” pisał niemiecki „Der Sturmer” tuż po ogłoszeniu ustaw norymberskich. Gdy sytuacja w Niemczech pod koniec lat trzydziestych zaczęła być dla Żydów niezwykle trudna, Polska wprowadziła prawo, które uniemożliwiało im schronienie się w Rzeczypospolitej.

Pierwszy „legalny” bojkot sklepów żydowskich w Niemczech przeprowadzono już w 1933 roku. Cztery lata później przyjęto ustawy o obywatelstwie Rzeszy i ochronie niemieckiej krwi oraz czci. Po dokonaniu Anschlussu Austrii również tam zaczęło dochodzić do pogromów i brutalnych ataków. Polska obawiała się powrotu Żydów, którzy mogliby tutaj właśnie schronić się przed prześladowaniami. Dlatego też 31 marca 1938 roku wydano ustawę o pozbawieniu obywatelstwa, która obejmowała rozproszonych w różnych krajach polskich obywateli, którzy nie utrzymywali kontaktu z ojczyzną lub działali na jej szkodę. Zamknęło to wielu osobom drogę ucieczki z ogarniętych antysemicką falą Niemiec.

Rząd niemiecki nie zwrócił uwagi na polską ustawę i postanowił pozbyć się polskich Żydów, wysyłając ich na granicę polsko-niemiecką. 26 października 1938 roku Reinhard Heydrich wydał zakaz pobytu w Niemczech Żydom polskiego pochodzenia. Następnego dnia władze deportowały 17 tysięcy Żydów w pobliże przejść granicznych z Polską, która jednak swych dawnych obywateli przyjąć nie chciała. Wielu z nich mieszkało w Niemczech od tak dawna, że nie potrafiło nawet mówić po polsku. Ci ludzie stali się w tym momencie bezpaństwowcami. Nigdzie nie było dla nich miejsca.

W tym tłumie polskich Żydów znalazła się rodzina Grynszpanów. Młoda Ester Beile napisała do swego brata, który przebywał w Paryżu i dzięki temu uniknął deportacji, o ciężkim położeniu rodziny i trudnych warunkach, w których muszą teraz żyć. Herschel Grynszpan nie mógł pozostać obojętny na list siostry. Wzburzył go on do tego stopnia, że zastrzelił sekretarza Ambasady Niemieckiej w Paryżu Ernsta von Ratha. Czyn ten nie mógł przejść bez echa. Nazistowskim władzom posłużył jako pretekst do rozpoczęcia akcji, nazwanej później nocą kryształową.

Wydarzenia z 9 na 10 listopada zostały przedstawione jako „gniew ludu” i odpowiedź na zamach w ambasadzie. W rzeczywistości brali w nich udział członkowie policji kryminalnej i porządkowej oraz SS i SA w cywilnych ubraniach. „Volkischer Beobachter” pisał wówczas: „strzały w Ambasadzie Niemieckiej w Paryżu rozpoczynają nie tylko nowy rozdział w postawie wobec kwestii żydowskiej, lecz mogą być także sygnałem dla tych za granicą, którzy dotąd nie zorientowali się, że na przeszkodzie porozumienia narodów stoi tylko międzynarodowy Żyd”. Nie tylko wybijano szyby, rabowano i niszczono mienie, palono synagogi, ale również upokarzano Żydów i ich zabijano bez poniesienia później żadnych konsekwencji.

Ludność generalnie negatywnie oceniała pogrom, jednak nikt nie odważył się głośno protestować przeciwko gwałtom dokonywanym na żydowskich sąsiadach. Nie pomogło nawet duchowieństwo. Biskup Teophil Wurm zapewniał ministra sprawiedliwości Rzeszy: „z długoletniego doświadczenia mogę powiedzieć, że nie ma niemal stanu, który byłby bardziej wolny od żydowskiej istoty i bardziej był gotów do angażowania się w sprawy narodu i ojczyzny aniżeli stan ewangelickich księży”. Biskup krajowy Martin Sasse stwierdził, że „narodowy socjalizm rozpoznał w porę niebezpieczeństwo i w pełni odpowiedzialnych zmaganiach ogłosił najostrzejszą walkę o niemiecką wspólnotę przeciw żydowsko-bolszewickiej bezbożności”.

Dla władz nazistowskich brak otwartego potępienia i jakichkolwiek protestów stanowił oznakę akceptacji tego typu działań przez społeczeństwo. To społeczeństwo musiało po II wojnie światowej stanąć przed wieloma trudnymi wyzwaniami. Próba pogodzenia się z historią była długą i wyboistą drogą. Podzielony po wojnie kraj nie mógł w pełni pracować nad własną przeszłością i zbiorową pamięcią. W 1995 roku prezydent RFN Roman Herzog powiedział: „Nie jestem pewien, czy znaleźliśmy już właściwe formy upamiętniania przeszłości dla przyszłości. (…) Upływ pięćdziesięciu lat od końca nazistowskiego reżimu nie może oznaczać końca pamięci. (…) Potrzebujemy żywej formy pamięci. Ona musi wyrażać żal z powodu cierpienia i utraty, ale jednocześnie musi ożywiać czujność i mobilizować do walki przeciw powtórce, odsuwać niebezpieczeństwa. Dla mnie jest właściwe wszystko, co budzi w naszych dzieciach i wnukach odpowiedzialność za demokrację, wolność i godność człowieka, fałszywe zaś jest to, co w ostateczności prowadzi tylko do tymczasowego efektu alibi”.

Anna Wolff-Powęska „Pamięć, brzemię i uwolnienie. Niemcy wobec nazistowskiej przeszłości (1945-2010), wyd. Zysk i S-ka Wydawnictwo

Katarzyna Markusz