Zagłada domu Trynczerów

Gniewczyna to niewielka wieś na Podkarpaciu. Mieszkający w niej Żydzi niczym nie różnili się od swoich katolickich sąsiadów. Mieli te same problemy, klepali tę samą biedę. A jednak zostali przez ludzi, których znali całe życie uwięzieni i poddani brutalnym torturom. Gdy odebrano im wszystko, co odebrać się dało, powiadomiono niemieckie władze, które dokonały egzekucji. Tadeusz Markiel był wtedy dzieckiem, ale zagładę gniewczyńskich Żydów zapamiętał dobrze. W opuszczonym domu Trynczerów, który obrała sobie na tymczasową siedzibę straż pożarna, miejscowi urządzili więzienie. Trzymali tam wyłapanych w okolicy Żydów. Na ich życiu im nie zależało. Nie chcieli jednak tak od razu oddawać ich w ręce Niemców.

Przez kilka dni torturowali mężczyzn i gwałcili kobiety po to, aby uzyskać dokładne informacje o rzeczach, jakie ci pochowali u innych mieszkańców wsi. Na cierpienie swoich rodziców patrzyły dzieci. Sam Markiel również wszedł na chwilę do tego domu. Słyszał stłumione jęki i nie odważył się wejść dalej niż do sieni. Wspomnienia tamtych strasznych dni długo nosił w sobie. Nie chciał zapomnieć. Czuł, że jest coś winnym ofiarom swoich sąsiadów. Chciał opowiedzieć ich historię po to, aby nie została ona zapomniana. „Dobrzy ludzie są słabi” stwierdza Markiel. Słabi byli Żydzi, którym w domu Trynczerów wlewano wodę do nosa, bito i poddawano torturom. Słabe były ich żony, które gwałcono w pokoju obok, a one tłumiły bolesne krzyki, żeby nie wystraszyć swoich dzieci czekających za ścianą.

Dwie z tych kobiet próbowały ucieczki. Miały nadzieję znaleźć pomoc u innych mieszkańców wsi. Jedna z nich udała się nawet do proboszcza. Niestety, próby te nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Znęcanie się nad Żydami trwało aż do chwili, gdy ci powiedzieli swoim oprawcom o wszystkich miejscach, w których ukryli swoje ubrania, rzeczy, kosztowności. Wtedy nie byli już potrzebni. Nie mogli jednak odejść wolno. Jako świadkowie mogli stać się w późniejszym okresie niebezpieczni. Oprawcami byli przecież porządni obywatele, którzy nie mieli ochoty w przyszłości tłumaczyć się przed sądami. Ochotnicza Straż Pożarna, jak pisze Markiel, „zamiast gasić pożary i ratować ludzi, kolaborowała z Hitlerem w prześladowania żydowskich sąsiadów”.

Wkrótce powiadomiono niemieckie władze o złapaniu grupy Żydów w Gniewczynie. Te przysłały swoich przedstawicieli, którzy mieli problem „załatwić”. Wszystkich, kobiety, mężczyzn i małe dzieci, zastrzelono na miejscu i pochowano we wspólnej mogile tuż za domem. „Pozostało po zamordowanych rodzinach żydowskich osiem domów, teraz już zasiedlonych przez sąsiadów, gdzie długo po tym opukiwano ściany i zrywano podłogi w poszukiwaniu ukrytych pieniędzy tych nędzarzy i gdzie rozpruwano ciepłe jeszcze pierzyny, poduszki i kołnierze ubrań w poszukiwaniu złotych pierścionków i łańcuszków na szyję. Pozostał jeszcze przyodziewek, buty, dziecięce buciki i zabawki, Żydom już niepotrzebne, więc niechby nasze dzieci coś na tym skorzystały – myśleli sąsiedzi”.

Świadectwo spisane przez Markiela jest wstrząsające. Był jedną z wielu osób, które obserwowały egzekucję, ale jedyną, która nie pozwalała, aby o tej tragedii zapomnieć. Markiel pragnął, aby nazwiska wszystkich ofiar zostały upamiętnione. Chociaż nie postawiono im żadnego pomnika, to książkę napisaną przez Markiela można za taki pomnik uznać. Jego relacja jest bardzo emocjonalna, przepełniona złością na sprawców tamtej tragedii sprzed lat. Markiel czuł się źle, ponieważ on wojnę przeżył, a małe dzieci przetrzymywane w domu Trynczerów zostały rozstrzelane. Współcześni „mieszkańcy [Gniewczyny] wystawiają dwa barwne oddziały wielkanocny turków trzymających wartę w kościele przy grobie Jezusa-Żyda sprzed dwu tysięcy lat, a nie pamiętają o postawieniu warty w miejscach męczeństwa jego rodaków, gniewczyńskich Żydów, których tu i teraz wydali całymi rodzinami na śmierć po łapance, gwałtach, torturach i rabunkach, chociaż nie musieli tego czynić”.

Nie musieli, ale zrobili i z pewnością chcieliby o tym już zapomnieć. Markiel był jednak nieugięty. Chciał, żeby jego wspomnienia ujrzały światło dzienne. Badania dotyczące tej miejscowości i tragedii, jaka się w niej rozegrała przeprowadziła też Alina Skibińska. Ich rezultat można przeczytać w drugiej części książki. Dokładne przeszukiwanie poszczególnych archiwuw pozwoliło ustalić lub potwierdzić nazwiska większości ofiar.

Markiel wspomina też o zabójstwach innych Żydów złapanych we wsi. Za każdym razem krytycznie wyraża się o swoich sąsiadach. „Tu go zastrzelił żołnierz Wehrmachtu. Chrześcijanin jak wszyscy Niemcy, zastrzelił niewinnego Polaka religii żydowskiej doprowadzonego na śmierć przez innego Polaka, sąsiada religii katolickiej”. „Zagłada domu Trynczerów” powinna stać się lekturą obowiązkową w szkołach średnich. Nie tylko dlatego, że opowiada o wyjątkowo brutalnej zbrodni, ale głównie dlatego, że mówi o niej człowiek, który przestał solidaryzować się ze swoimi znajomymi i sąsiadami. Jako katolik wyznaje grzechy społeczności, w której wyrastał i szuka przebaczenia.

„Jakie to ma znaczenie, czy zrobili to z chciwości? Zagłada domu Trynczerów” Tadeusz Markiel, Alina Skibińska, wyd. Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

Katarzyna Markusz