Historia jednego życia

Ludwik Hirszfeld był wybitnym naukowcem, lekarzem, badaczem. Swoje życie poświęcił wielkiej pasji – immunologii. To on oznaczył grupy krwi oraz stworzył system pozwalający we właściwy sposób kształcić przyszłych lekarzy, biologów, a nawet chemików. Ukrywając się w czasie wojny po aryjskiej stronie, zaczął pisać wspomnienia, które miały być protestem przeciwko złu i okrucieństwu, jakie zalały Europę.

W 1943 roku Hirszfeld, namówiony przez żonę, postanowił spisać swoją biografię. Obszernie opisuje w niej studia w Niemczech oraz Szwajcarii. Praca naukowa pochłaniała go w tym czasie całkowicie. Wspomina wprawdzie, że zakochał się i ożenił, ale imienia swojej żony już nie wymienia. Życie prywatne zdaje się dla niego nie istnieć. Z radością zaś wspomina swoich kolegów i profesorów, ludzi, z którymi przyszło mu pracować. „Tak, szczęśliwa była moja młodość, gdyż spotykałem ludzi dobrych i mądrych. I nikt nie pytał nikogo, kto go rodził i skąd pochodzi. Dla nich młody, który chciał pracować, był jak rzadka odmiana kwiatu, którą pielęgnować należy, by kwitła na chwałę i pożytek człowieka. Dopiero później nadszedł czas, że ludzie, którzy winni byli być rzecznikami nauki, woleli, by największe odkrycia nie zostały dokonane, jeśli dokonać ich mieli ludzie odmiennej rasy”.

Niezwykle ważne były prowadzone przez niego badania nad grupami krwi. Pierwszą wojnę światową wykorzystał do uzupełnienia tych badań. Będąc na froncie stykał się z żołnierzami pochodzącymi z różnych krajów i zakątków świata. „Okazało się, że cechy 0, A i B występują u wszystkich badanych ras i narodów. Zbadaliśmy Anglików, Francuzów, Włochów, Serbów, Bułgarów, Rosjan, Greków, Żydów, Hindusów, Annamitów, Malgaszy, Arabów i Murzynów. Jednakże występują w nierównej proporcji. Cechę A stwierdziliśmy w przewadze tylko u narodów europejskich, i to północnych. Natomiast grupa B, rzadsza w Europie, była częsta u narodów Azji i Afryki. Odkrycie to uczyniło prawdopodobnym wniosek, że cechy grupowe powstały na dwóch krańcach świata” – pisał później o tych doświadczeniach. O tym jak ważna była to praca może świadczyć uznanie, jakim cieszył się Hirszfeld w krajach, w których przyszło mu pracować. Jego kariera naukowa rozwijała się w szybkim tempie, poświęcał jej zresztą cały swój czas. Gdy jednak dowiedział się, że po 123 latach Polska odzyskała niepodległość, postanowił wrócić do ojczyzny i pracować dla jej dobra.

Ta nowa Polska bardzo Hirszfelda cieszy. To jest miejsce, dla którego postanawia się teraz poświęcić. Pierwsze kroki po przybyciu do ojczyzny kieruje do domu swojej matki. Nie zastaje jej tam, ale stół nakryty jest na przybycie tego wytęsknionego gościa. „I wówczas zapomniałem o wojnie, o nauce, o Szwajcarii i poczułem się małym chłopcem, szczęśliwym, iż ktoś wie, że lubię polędwicę…”. I znów rzuca się w wir pracy, zmian i reform. Robi wszystko, by wiedza zdobyta zagranicą została jak najlepiej spożytkowana dla dobra kraju. Rozwija nie tylko swoje badania, ale zachęca studentów oraz słuchaczy do poszerzania własnych horyzontów, do spojrzenia na naukę w nietypowy sposób, do wyjścia zza biurek laboratoryjnych i ruszenia w teren, aby badać poszczególne przypadki zachorowań. Gdy w jednej z wsi znajduje plakat informujący, że chłopi powinni dbać o higienę, oburza się, bo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że mieszkańcy tej miejscowości nie mają pojęcia co słowo „higiena” oznacza. Trzeba do nich docierać w inny sposób, bardziej bezpośredni, a nie za pomocą afiszy, których nie rozumieją.

W swojej autobiografii Hirszfeld prawie pomija życie prywatne. Swoją prywatność chroni zresztą przez cały czas. Gdy zostaje jednym z ekspertów w sprawie Gorgonowej, nie chce udzielać wywiadów gazetom, ani nawet pozwalać się fotografować. Taki rodzaj sławy go nie interesuje. Dla niego liczy się przede wszystkim nauka. I to dla niej się poświęca. Nie brakuje mu jednak poczucia humoru. „Miłość ma na celu utrzymanie gatunku. Niepodobna się jednak oświadczać kobiecie, powołując się na to, że naród potrzebuje dzieci – wypada jej powiedzieć, że ma piękne oczy. I tak samo jest z nauką. Nie chodzi o to, jaki jest ostateczny cel wysiłku naukowego, a jakie są nasze impulsy duchowe pobudzające do myślenia i tworzenia” – podkreśla.

W latach 30., gdy Hirszfeld był już cenionym naukowcem, zapraszanym do wygłaszania odczytów na międzynarodowych sympozjach i zjazdach, dały się zauważyć rozmaite antysemickie wystąpienia władz niemieckich. Zwalniano z pracy zasłużonych profesorów, uniemożliwiano im kariery naukowe, nie pozwalano cytować ich prac w innych publikacjach lub nakazywano podkreślać, że autorzy danych opracowań są Żydami. Atmosfera stawała się trudna do zniesienia dla ludzi, którym ciężko było zaakceptować tego rodzaju wykluczenie. Nie liczył się ich dorobek naukowy lecz przynależność do „rasy”, którą akurat uznano za gorszą. Nie obyło się też bez nieprzyjemnej sytuacji w faszystowskich Włoszech. W 1935 roku podczas Zjazdu Transfuzji Krwi w Rzymie delegacje z poszczególnych krajów miały złożyć wieniec przy grobie Nieznanego Żołnierza. Wśród delegatów był również Hirszfeld. Okazało się jednak, że był to grób Nieznanego Faszysty, a Włosi unieśli tam ręce w faszystowskim pozdrowieniu. Członkowie delegacji podążyli za ich przykładem. „Nim zdążyliśmy się zorientować, zjazd został użyty dla szerzenia chwały faszyzmu poprzez naukę. Nie umieliśmy, niestety, nie chcieliśmy się bronić. Nie dojrzała jeszcze myśl, że to nie grzeczność międzynarodowa, ale głębokie symbole, i że jesteśmy świadkami podporządkowania nauki polityce” – napisze później Hirszfeld.

Jakże inna jest w tamtym okresie Francja. Hirszfeld jedzie tam w 1939 roku, by wygłosić kolejne odczyty, ale i spotkać się z córką, która studiuje na Sorbonie. Jest zachwycony różnorodnością i wielokulturowością tego kraju. Tu nie wyrzuca się z pracy naukowców, którzy są Żydami. Przyjeżdżają tu studenci z wielu krajów. Ich życie koncentruje się wokół nauki, poszerzania horyzontów, zdobywania nowych doświadczeń, a nie polityki. „Daliście memu dziecku chwile szczęścia, wizję szlachetnego życia. Żyła waszym wspomnieniem w chwilach niedoli. Jeszcze dzień przed śmiercią czytałem jej książkę Ewy Curie o matce (…). Słuchała z zapartym oddechem. Pokochała wasz kraj jak drugą ojczyznę. I ja wspominam was jako pełnych, prawdziwych ludzi. Bo jesteście życzliwi, mądrzy i łagodni. I tak jak moje dziecko wierzę, że mimo waszego upadku nastąpi u was odrodzenie”.

Hirszfeld pochodził z całkowicie zasymilowanej rodziny, wiele lat spędził za granicą. Polskę postrzegał jako swoją ojczyznę, dla której warto walczyć i pracować. Mimo okazji tuż przed wybuchem II wojny światowej, nie zdecydował się na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Uważał, że jest potrzebny tutaj i tu ma do spełnienia pewną misję. Obserwował polski antysemityzm w latach 30. Burzył się przeciwko kolejnym regulacjom i ograniczaniu młodzieży żydowskiej dostępu do nauki. Nie podobały mu się wystąpienia studentów oraz władz uczelni. Nie pozwolono mu zatrudnić w zakładzie wolontariusza, bo był on Żydem. Hirszfeld rozważał wtedy podanie się do dymisji, ale zrezygnował z tego pomysłu w obawie przed wywołaniem skandalu. Nie chciał, aby Polska była postrzegana jako naśladowczyni nazistowskich Niemiec.

Hirszfeld obserwował obronę Warszawy podczas wrześniowej napaści Niemiec na Polskę. Brał w niej aktywny udział. To on zorganizował pobieranie i transfuzje krwi od zgłaszających się ochotniczek. Pomagał rannym i umierającym. Po zakończeniu walk nie dane mu było cieszyć się powrotem do pracy. Szybko usunięto go ze stanowiska. Od tej pory naukowcami mogli być jedynie Aryjczycy. Żydom zabierano zaś wszystko – od dywanów, mebli, obrazów po książki i bieliznę. Nie mieli już żadnych praw. Hirszfeld starał się o wyjazd. Zaprosili go Amerykanie oraz władze Jugosławii. Nie udało się. Wraz z rodziną musiał zamieszkać w getcie. Podkreślał przy okazji absurdy wprowadzonych przez Niemców regulacji oraz niekompetencję ich medyków. W wydawanym przez Niemców dla polskich lekarzy piśmie „Zdrowie i Życie” ukazał się artykuł dotyczący próchnicy. „Próchnicę zębów autor przypisywał zbyt małej szczęce. W celu powiększania jej wymiarów autor radził od wczesnego dzieciństwa rzucać kawałki pożywienia tak, by dziecko nauczyło się chwytać je szczękami w powietrzu. I bzdury te zakończył autor patetycznie zapewnieniem, że przy stosowaniu jego metody za pięćdziesiąt lat nie będzie próchnicy zębów w Generalnym Gubernatorstwie. Zastanawialiśmy się, czy wysłali tu umyślnie ignorantów, czy też poziom medycyny w Niemczech tak nisko upadł” – pisał Hirszfeld.

Życie w getcie było koszmarem. Choroby przeradzające się w epidemie, głód, bród i ogromna bieda nie zachęcały mieszkańców zamkniętej dzielnicy do wiary w lepsze jutro. A jednak Hirszfeld nie zamierzał tak łatwo się poddawać. Postanowił dać swoją wiedzę i doświadczenie innym. Zorganizował tajne kursy, na których młodzi medycy poznawali tajniki zawodu. Słuchali oni wykładów, ćwiczyli w laboratorium, ale i wśród nich zdarzało się, że ktoś zemdlał z głodu. Śmierć była wszechobecna. Na każdym rogu leżały zwłoki czekające, aby ktoś wywiózł je na cmentarz i pogrzebał w masowej mogile. Jednocześnie, wśród tej strasznej biedy, uruchomiono w getcie restauracje oferujące wyszukane potrawy i przysmaki. Hirszfeld patrzył na to zdegustowany, chociaż i jemu zdarzyło się zjeść wystawny obiad w takim miejscu. Na swoich wykładach mówił studentom nie tylko o chorobach, z którymi mają na co dzień do czynienia, ale i o teorii rasy wysnutej przez nazistów. Obalał niemieckie twierdzenia poniżające Żydów. Nie bał się przy tym denuncjacji. Miał nadzieję, że szacunek do profesora okaże się silniejszy.

Ludwik Hirszfeld pochodził z żydowskiej rodziny, ale przeszedł na chrześcijaństwo. O motywach swojej decyzji nie mówi. Być może uważa, że dla przyszłych czytelników będzie to oczywiste. Nie wyrzekł się jednak swoich korzeni i zawsze czuł się częścią narodu traktowanego w czasie wojny w tak nieludzki sposób. W jego oczach zarówno Niemcy, jak i Żydzi stali się zwierzętami. Jedni przeobrazili się w okrutne bestie, urządzające sobie polowania często dla samej rozrywki. Drudzy stali się zaszczutymi ofiarami, którym odebrano stopniowo wszelkie prawa. Hirszfeld mieszkał na plebanii kościoła Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim. Proboszczem był tam ksiądz Marceli Godlewski. „Gdy wymawiam to nazwisko, ogarnia mnie wzruszenie. Namiętność i miłość w jednej duszy. Ongiś bojowy antysemita, kapłan wojujący w piśmie i słowie. Ale gdy los zetknął go z tym dnem nędzy, odrzucił precz swoje nastawienie i cały żar swego kapłańskiego serca poświęcił Żydom” – podkreśla Hirszfeld.

Latem 1942 roku pojawiły się w getcie pierwsze informacje o mających nastąpić przesiedleniach. Księża musieli oddać swoje przepustki i opuścić wiernych. 1 lipca w biurze prezesa Judenratu Czerniakowa odbyło się zebranie czołowych przedstawicieli społeczeństwa. Był tam oczywiście i Hirszfeld. „W czasie przerwy – była to niezapomniana chwila – rozległa się muzyka fortepianowa, wiązanka preludiów Chopina przeplatana akordami Jeszcze Polska nie zginęła. Żydom zabroniono grać muzyków nieżydowskich; fakt grania Chopina na oficjalnym posiedzeniu posiadał swoją wymowę (…). Prezes przeczuł, że zamyka się jeden okres Golgoty Żydów, w którym mieli dać dowód pewnej siły konstruktywnej. Nie przewidywał jednak, że to miała być pieśń łabędzia, że koniec jest tak bliski”. Wkrótce rozpoczęto akcję przesiedleńczą. Niemcy domagali się od Czerniakowa dostarczenia odpowiedniej ilości Żydów na Umschlagplatz. Ten jednak zdawał sobie sprawę z tego, że ludzie ci nie zostaną wywiezieni do tajemniczej pracy na wschodzie. Nie chciał przyłożyć ręki do zagłady własnego narodu. Nie mogąc zapobiec nieszczęściu, popełnił samobójstwo. Wywołało to wielkie poruszenie. „Zrozumiano, że los Żydów został przypieczętowany” – pisze Hirszfeld. – „A Niemcy? Podobno się dziwili, dlaczego to uczynił. I nie mogli zrozumieć, że bohaterem mógł być Żyd, uczono ich przecież, że tylko dusza nordycka jest zdolna do bohaterstwa”.

Wraz z wysiedleniami życie mieszkańców getta zmieniło się całkowicie. Nie mogło być już mowy o prowadzeniu zajęć, normalnej pracy lub zachowaniu resztek człowieczeństwa. Teraz wszyscy walczyli już tylko o swoje życie, o to, by przetrwać kolejny dzień. Hirszfeld zdecydował się na ucieczkę. Wraz z rodziną przedostał się na aryjską stronę. Dzień po jego wyjściu z getta Niemcy zamordowali mieszkańców plebanii kościoła Wszystkich Świętych. Córka Hirszfelda, Marysia, od początku okupacji miała problemy ze zdrowiem. Pobyt w getcie pogorszył jej stan. Hirszfeldowi udało się znaleźć miejsce w wiejskim dworku, gdzie jako Polacy mogli się ukrywać przez pewien czas. Marysia często chodziła do tamtejszego księdza, który pomógł jej w trudnych chwilach swoją radą i opieką. Wyjazd jednak nie pomógł dziewczynie wrócić do zdrowia. Marysia zmarła 28 stycznia 1943 roku. Miała wtedy 23 lata. Pochowano ją na cmentarzu we wsi Kocina koło Wiślicy. „Cała praca mojego życia, życzliwość ludzka, którą zdobyłem, starczyły akurat na to, by dziecko w dwudziestym trzecim roku życia mogło umrzeć na łóżku, w otoczeniu ludzi dobrych i życzliwych. I by mogło być pochowane we własnej mogile, choć pod obcym nazwiskiem. Bo pod własnym nie miała praw ani żyć, ani umrzeć” – pisał jej ojciec.

Po śmierci córki Hirszfeldowie ukrywają się w Miłosnej pod Warszawą. Tutaj dowiadują się o powstaniu w getcie. Profesor wybiega wtedy myślami w przyszłość. Obawia się, że Niemcom szybko ich winy zostaną zapomniane. Po wojnie na czela któregoś z ministerstw postawią Żyda, aby pokazać, że to nie naród mordował, ale jedynie kilku jego zwyrodniałych przedstawicieli. Hirszfeld z taką oceną się nie zgadza. Jego zdaniem cały naród niemiecki ponosi odpowiedzialność za to, co wydarzyło się w ciasnych gettach tysięcy polskich miast i miasteczek oraz za okrutną śmierć setek tysięcy ludzi w obozach rozsianych na terenie Polski. Nie zgadza się na to, aby o zbrodni nazistowskiej zapomniano. Uważa, że trzeba o tym mówić, trzeba powtarzać kolejnym pokoleniom, aby śmierć milionów Żydów nie odeszła w niepamięć. „Prawo do życia mieli wszyscy. Bo to byli ludzie. Umarli nie mają głosu? Książkę tę napisałem po to, by mieli głos. By świat słyszał ich jęki. I słyszał tak długo, jak długo działać będzie bezmiar ich bólu i żar mojego słowa. Nie wolno mordować bezbronnych. Chcę, by brzmiało to jeszcze aż do dziesiątego pokolenia, by wżarło się w sumienia, by wryło się w dusze po wszystkie czasy. Nie wolno mordować bezbronnych”.

Polaków oceniał Hirszfeld nadzwyczaj pozytywnie. Owszem, byli wśród nich szmalcownicy, szantażyści i osoby, które nie zawahały się wykorzystywać trudnej sytuacji ukrywających się Żydów. Większość jednak jego zdaniem zachowywała się pozytywnie. Niektórzy ludzie, z jakimi przyszło mu się zetknąć podczas przebywania po aryjskiej stronie, nie ukrywali antysemityzmu. Nie lubili Żydów, ale uważali, że to co robią im Niemcy jest zbyt okrutne. Sami nie postąpiliby w ten sposób. Zarówno w miastach, jak i na wsiach byli ludzie gotowi nieść pomoc. Jeśli nie mogli udzielić schronienia, to przynajmniej starali się dostarczyć żywności. Opisuje więc Hirszfeld najróżniejsze typy ludzkie – i te dobre, i te złe – występujące po każdej stronie. Szkoda mu żydowskiej inteligencji, profesorów, doktorów, naukowców i artystów. Ma żal do niemieckich naukowców, że nie zrobili nic, aby pomóc swoim żydowskim kolegom. Przecież przed wojną spotykali się wielokrotnie na zjazdach naukowych, znali się prywatnie, a część niemieckich uczonych przebywała podczas okupacji w Warszawie. Podporządkowali się jednak i oni hitlerowskim zasadom i rozkazom. Dlatego Hirszfeld planuje, że po wojnie, wykładając w Ameryce, będzie namawiał do bojkotu niemieckich uczonych. To jego zdaniem stanowiłoby słuszną karę za lata bezczynności wobec śmierci wielu milionów niewinnych osób.

Zdaniem Hirszfelda w powojennej Europie nie będzie miejsca dla mniejszości narodowych. Żydzi powinni albo całkowicie się zasymilować albo zachować swą kulturę i obyczaje w innym, własnym już kraju. Sytuacja musiała się więc zasadniczo zmienić. Sam Hirszfeld nie widział dla siebie miejsca gdzie indziej. Był Polakiem, chrześcijaninem i nie miał zamiaru wracać do religii przodków. Przyjście wojsk sowieckich przyjął z radością. Postanowił zorganizować sobie życie w Polsce podnoszącej się powoli z wojennej zawieruchy. Został prorektorem Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Jego żona otrzymała tam stanowisko profesora. „Co chwilę spotykałem znajomych, którzy witali mnie słowami: To pan jeszcze żyje? Przecież myśmy wszyscy sądzili, że pan zginął”. Hirszfeld organizował też Wydział Lekarski na Uniwersytecie Wrocławskim oraz utworzył w tym mieście Instytut Immunologii i Terapii Doświadczalnej PAN. We Wrocławiu zgłaszali się do niego niemieccy profesorowie, którzy prosili o różnego rodzaju przysługi. Hirszfeld nie czynił im problemów. Pozwolił sobie jednak na to, by odczytywać im drastyczny opis Majdanka i przeprowadzanych tam masowych morderstw. Wszyscy niemieccy naukowcy twierdzili, że nie mieli o tym pojęcia. Hirszfeld im nie wierzył. „We Wrocławiu znaleźli się przed wkroczeniem wojsk profesor Kudicke i doktor Wohlrab, którzy wywieźli tutaj inwentarz Państwowego Zakładu Higieny z Warszawy i traktowali członka tego zakładu, wybitnego inżyniera sanitarnego, jak woźnego, nie krępując się go tykać. Wohlrab dostał się do niewoli radzieckiej, oficer prowadzący śledztwo zwrócił się do inżyniera Szniolisa z zapytaniem, jak się Wohlrab sprawował w Warszawie. I tutaj Szniolis postąpił tak, jak na ogół postępowała polska inteligencja: wziął Wohlraba w obronę, ratując go od rozstrzelania. A gdy Wohlrab wyciągnął później rękę, by mu podziękować, Szniolis ręki nie podał” – wspomina Hirszfeld.

W maju 1946 roku Ludwik i Hanna Hirszfeldowie wyjechali w podróż do USA. Profesor chciał sprawdzić stan badań w interesujących go dziedzinach nauki. Planował też wydanie swojej autobiografii w Ameryce. Chciał dotrzeć do zagranicznych odbiorców. Chciał im opowiedzieć o cierpieniu, jakie dotknęło jego i innych europejskich Żydów. Był też pod wrażeniem pracowni badawczych, o jakich on mógł tylko marzyć w powstającym z gruzów kraju. Podczas swego pobytu w Stanach Hirszfeld opublikował kilka prac naukowych w „Journal of Immunology”. Odwiedził też kilku naukowców, wśród nich Ernesta Witebsky’ego, który później w 1950 roku zgłosił kandydaturę Hirszfelda do Nagrody Nobla z dziedziny medycyny.

Ludwik Hirszfeld zmarł 7 marca 1954 roku. Trzy dni później pochowano go na jednym z wrocławskich cmentarzy. W pogrzebie uczestniczyły tłumy mieszkańców miasta.

„Historia jednego życia” Ludwik Hirszfeld, wyd. Wydawnictwo Literackie

Katarzyna Markusz