O Treblince słów kilka…

Pomnik upamiętniający ofiary w Treblince

W tym roku w wielu miastach organizowane są uroczystości upamiętniające 70. rocznicę likwidacji miejscowych gett. W 1942 roku setki tysięcy Żydów z wielu miast zostały wywiezione przez Niemców do obozu śmierci w Treblince. Ile związanych z tym wydarzeń zorganizuje Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince? Tyle co każdego roku. Czyli zero.

Muzeum w Treblince znajduje się na terenie powiatu sokołowskiego, a ja mieszkam w Sokołowie. Nie mogę powiedzieć, że nadzwyczaj często bywam w muzeum, bo nie istnieje żadna komunikacja podmiejska, która mogłaby mnie tam zawieźć. Bez własnego samochodu dotrzeć się więc tam nie uda. A szkoda, bo moim zdaniem choćby w tzw. sezonie wycieczkowym można by uruchomić mały bus, który raz dziennie choćby tylko w weekendy jechałby tam i z powrotem. Musiałoby jednak na tym komuś zależeć, a jak widać nie zależy. Ale ja nie o tym…

Mam znajomego, który napisał książkę o człowieku, który przeżył kilka obozów, w tym Auschwitz i Treblinkę. Wiele lat po wojnie popełnił samobójstwo. Autor książki znał go dobrze, bo byli sąsiadami. W swojej pracy wykorzystał relacje spisane i wydane w jidysz w obozach DP. Te publikacje nie były wcześniej znane pracownikom muzeum w Treblince. Ciekawe? Wcale nie. Wspomniany autor książki został zaproszony do Krakowa, aby podzielił się tą historią z uczestnikami spotkań w JCC i Centrum Kultury Żydowskiej. Przy okazji chciał przyjechać też do Treblinki i takie spotkanie zorganizować tutaj. Niestety, nie mówi po polsku. Poprosił więc mnie o pośrednictwo. Gdy zapytałam kierownika muzeum o taką możliwość, usłyszałam krótkie “nie”. Dlaczego nie? Cytuję: “bo to Żyd, a im to nigdy nie wiadomo o co tak naprawdę chodzi”. Znam kierownika muzeum prywatnie, więc może pozwolił sobie na zbytnią szczerość? Może sądził, że może w ten sposób ze mną rozmawiać? Jeśli tak, to się pomylił, a ja nabrałam do niego dystansu i zaczęłam się baczniej przyglądać temu, co w Treblince się dzieje. I co zobaczyłam? Przerażającą pustkę.

Kiedy chodziłam jeszcze do szkoły nie byłam na żadnej wycieczce do Treblinki. Po prostu takich nie organizowano. Żaden z pracowników muzeum nie przyjechał też do szkoły, aby poprowadzić z uczniami lekcję na ten temat. Czasy się zmieniły, a ten zwyczaj nie bardzo. Wprawdzie jakieś wycieczki z miejscowych szkół tam jeżdżą, ale wciąż jest ich za mało. Niedawno prowadziłam zajęcia w jednej ze szkół w powiecie węgrowskim (powiat sokołowski i węgrowski w czasie wojny zostały połączone w jeden, a Treblinka znajdowała się na jego terenie). Pytam uczniów, kiedy ostatnio byli w Treblince. Nigdy. A czy ktoś z pracowników muzeum prowadził z nimi lekcje? A skąd!

Kiedy wejdziemy na stronę internetową muzeum zobaczymy szereg spotkań i imprez, które się tam odbyły. Warto wiedzieć, że muzeum NIE jest organizatorem prawie żadnej z nich, a jedynie wspaniałomyślnie udostępnia miejsce.
Od lat we wrześniu na terenie byłego obozu pracy odbywają się tam uroczystości upamiętniające. Upamiętnia się oczywiście tylko katolickie ofiary tego obozu, zapominając, że Żydzi tutaj również byli kierowani (w Treblince były dwa obozy oddalone od siebie o kilometr albo dwa – obóz śmierci i obóz pracy). Muzeum sprawia wrażenie organizatora, ale w rzeczywistości jest nim organista z jednej z pobliskich parafii, o czym wyraźnie powiedział biskup podczas zeszłorocznego spotkania. Nikt z uczestników nie składa kwiatów, nie zapala znicza na tym ogromnym żydowskim grobie, który znajduje się nieopodal.

Inaczej jest podczas spotkań młodzieży z Izraela i Polski, organizowanych przez wojewodę w październiku. Odbyły się tam dwa takie spotkania. “Ja nie jestem organizatorem, pytaj u organizatorów” mówił mi kierownik muzeum, gdy pytałam go o to wydarzenie. Uroczystości odbywały się na terenie dawnego obozu śmierci. Uczestnicy wcześniej złożyli wieniec na terenie obozu pracy, oddając hołd również tamtym ofiarom. Ta różnica w obu powyższych wydarzeniach, które dzielił jedynie miesiąc, jest dla mnie ogromna.

W tym roku w muzeum zorganizowano dwie wystawy. Pokazano na nich kilka prac. Słowo kilka należy tu podkreślić. I co dalej? Pewnie nic. Odnoszę wrażenie, że pracownicy muzeum nie wychodzą z własną inicjatywą, bo zwyczajnie jej nie mają. Nie prowadzą ŻADNYCH badań naukowych, nie jeżdżą na spotkania z młodzieżą, nie wychodzą z własnymi pomysłami do ludzi, którzy tu mieszkają. A taka potrzeba jest i tylko ślepy jej nie zauważy.

Czym więc zajmują się pracujący tam ludzie? Pojęcia nie mam. Spędziłam tam kiedyś jeden długi dzień. Oprócz mnie w muzeum była jedna pracowniczka, która przez cały czas czytała kolorową plotkarską gazetę, parząc od czasu do czasu herbatę. W końcu musiała się strasznie znudzić również i tym, bo przysiadła się do mnie i po krótkiej rozmowie o niczym wyznała, że jest nieszczęśliwa, bo nie może mieć dzieci… Akurat takiej informacji nie spodziewałam się znaleźć w państwowym muzeum.

No dobrze, nic nie organizują, ale co z muzealnym archiwum? Jest, ale dostępne dla wybranych. Moja znajoma pisała pracę na temat związany z Treblinką. Poprosiła kierownika o udostępnienie jej relacji, jakie znajdują się w muzeum. Dostała relacje nr (teraz strzelam, jeśli chodzi o numery, ale nie jest to istotne) 3, 5, 8 i 17. A co z pozostałymi? Kiedy się o nie upomniała, usłyszała, że nie ma tam nic, co by ją interesowało. Nie mogła niestety o tym sama zdecydować. Zrobił to za nią kierownik muzeum. A co z pierwszą księgą pamiątkową muzeum? Tą, do której wpisali się goście, którzy przybyli na otwarcie tej placówki? O jej istnieniu dowiedziałam się zupełnie przypadkiem. I też nie jest ona dostępna dla zwiedzających. Dla kogo więc to wszystko jest dostępne? I komu ma służyć? No komu?

Ostatni pomysł, którego muzeum nie jest organizatorem, ale mu życzliwie przyklasnęło, to wystawienie fragmentów musicalu “Korczak” w Treblince. Kiedy pytałam kierownika muzeum o szczegóły, powiedział, że rozmawiał z “osobą z Gminy Warszawskiej” (chodziło mu o gminę żydowską, ale słowo Żydzi rzadko przechodzi mu przez klawiaturę; woli określenie “osoby wyznające judaizm”, co moim zdaniem jest bez sensu, bo można być Żydem, a nic nie wyznawać). Zapytałam więc przewodniczącego tejże gminy, który jak się okazało o rzekomych konsultacjach nic nie wiedział. Nazwiska tajemniczej “osoby” do tej pory nie poznałam i pewnie nie poznam. Od tamtej pory jednak kierownik przestał się do mnie odzywać i na drugą ze wspomnianych wcześniej wystaw już mnie nie zaprosił. No cóż…

Na koniec wróćmy do Sokołowa. Tuż za ulicą Piękną znajduje się tu grób masowy z okresu II wojny światowej, w którym pochowano ostatnich sokołowskich Żydów. Działka została kilkanaście lat temu sprzedana prywatnemu właścicielowi, który postawił na niej dom (!). Kilkanaście lat temu byłam jeszcze w szkole i interesowałam się różnymi rzeczami, ale nie lokalną historią, o której niewiele zresztą wiedziałam. Ale kierownik muzeum w Treblince pojechał na miejsce budowy tego domu. Mówi, że widział w ziemi kości (podkreśla z całą mocą, że nie wie, czy ludzkie, bo przecież nie mógł tego stwierdzić). Był tam podobno ze znajomym, który robił zdjęcia. Nie podaje jednak nazwiska znajomego, zdjęć twierdzi, że już nie ma. Pytam: “Co wtedy zrobiliście? Kogo zawiadomiliście?”. Słyszę w odpowiedzi: “A co ja mogłem zrobić?”. Ja wiem, co bym zrobiła. Wiedząc, że stoję na miejscu masowego grobu i widząc rozkopane kości, zadzwoniłabym na policję. Nie wiem, czy to dobry ruch, ale pierwszy jaki w tej sytuacji przyszedłby mi do głowy. Nie wiem, czy ludzkie kości można pomylić z jakimiś innymi, bo się na tym nie znam, ale policjanci sądzę, że się znają i rozwiali by wszelkie wątpliwości. Tymczasem nikt nic nie zrobił, dom postawiono i wszyscy są zadowoleni.

Tak samo wszyscy będą się cieszyć, jak dojdzie do musicalu w Treblince. Bo ta wojna to przecież dawno była, te kości w sumie nie wiadomo czyje, Żydów już nie ma, po co to rozgrzebywać, zajmować się tym, i kogo to w ogóle obchodzi…

No kogo?

Katarzyna Markusz