„Noc żywych Żydów”

Współczesna Warszawa, jej mieszkańcy ze swoimi problemami, karierami, centrami handlowymi i całym zgiełkiem dookoła to tło, na którym Igor Ostachowicz postanowił umieścić akcję swojej powieści. Bo zdaniem autora współczesnej Warszawie, i wielu innym polskim miastom, brakuje pewnej istotnej tkanki, którą utraciła podczas wojny. Społeczność żydowska została unicestwiona, a wiele osób przeszło nad tym do porządku dziennego. Zbyt wiele.

Główny bohater „Nocy żywych Żydów” skończył studia, ale pracuje jako glazurnik. Nie narzeka, dobrze zarabia, wiedzie spokojne życie. Pewnego dnia spotyka staruszka, któremu pomaga, odprowadzając go do domu. Staruszek chce się jakoś odwdzięczyć, więc postanawia podarować mu srebrny przedmiot ze swojej kolekcji. Glazurnik bierze jednak coś jeszcze na pamiątkę. I wtedy rozpoczynają się wszystkie jego problemy.

Wkrótce okazuje się, że w piwnicy głównego bohatera książki znajduje się właz prowadzący do podziemnego tunelu. Mieszkają tam ci, którzy chociaż zmarli, nie mogą pójść dalej, nie potrafią lub z jakiegoś powodu nie chcą iść do raju. Ten problem dotyczy głównie Żydów, ale są tam również Polacy oraz jeden Niemiec. Został tylko jeden, bo wszyscy Niemcy do szóstego pokolenia idą bez sądu prosto do piekła.

Glazurnik staje się z czasem opiekunem grupy najmłodszych mieszkańców podziemi. Ponieważ pokazał im centrum handlowe, grupa ta wciąż się powiększa. Wszyscy chcą zobaczyć ten nowy świat. Zaczynają więc wychodzić spod ziemi i nikt nie jest w stanie nad tym zapanować. Pojawia się problem konfrontacji społeczeństwa z tymi dziwnymi upiorami. Bo co by było, gdyby w Warszawie znów pojawili się Żydzi? Nie jakaś garstka Żydów, która przyjechała na wycieczkę, ale 300 tysięcy, które wciąż mają tu swoje mieszkania, sklepy i srebra będące w rękach nowych właścicieli. „Co, mam żałować, że żyję w pokoju, w Unii Europejskiej, w NATO, w anorektyczno-ekologicznym porozumieniu sił Zachodu, w globalizacji kolorowych fotografii, że dostępne są prezerwatywy z różnymi bajerami, (…)” – mówi główny bohater książki. „Że są fajne centra handlowe, że zamiast patefonu z trąbą i szafy z płytami mogę nosić w kieszeni taki malutki dzyndzelek podpięty do słuchawek, że zamiast socjalizmu prowadzącego do komunizmu jest wegetarianizm prowadzący do weganizmu, że chłopki na wsi muszą się liczyć ze swoimi kundelkami i dbać o ich szczęście oraz o godne życie i śmierć dla zwierząt rzeźnych, że zupełnie nie wiem, dlaczego zaczęły mnie obchodzić prawa gejów i lesbijek, chociaż mam ich kompletnie w du…, że na kler się patrzy z przymrużeniem oka, byle dzieci nie ruszali, że polskie wojsko pierwszy raz w dziejach to hufce kombinatorów i tłustych, strachliwych bab, że ludziom masowo odbiło i nagle postanowili być zdrowi, biegać, jeść sałatę, nie palić, no co, mam żałować tego wszystkiego? – Że Żydów nie ma – dodał Nostromo”.

Glazurnik staje się nieformalnym opiekunem grupy. Kupuje dzieciom w Arkadii nowe ubrania, sprzęt elektroniczny i sportowy. Spełnia ich zachcianki, nadszarpując tym samym swoje oszczędności. Nie zamierza być bohaterem i szczerze chciałby, żeby sytuacja wróciła już do normy. „Ja was lubię? Ja się was boję!” – mówi wprost. „A mój nieżyjący tatuś był antysemitą, że o mleku matki nie wspomnę. Od paru dni jestem w gigantycznym stresie, strzelają do mnie faszyści, biję się z diabłem, oprowadzam i sponsoruję całe to Makabi piwnica, i co z tego będę miał? Pomacham wam na do widzenia, popatrzę, jak się za wami zamkną wrota waszego żydowskiego raju, a sam co? Pójdę znowu do piekła na rekonesans?”

Żydzi wracają do nowej Warszawy, która była również ich miastem, ale nie mogą tu zostać. Dla nich nie ma tu już miejsca. Niewiele osób jest w stanie ich zaakceptować lub choćby pomóc. Rodzi się społeczny bunt przeciwko tym przybyszom. Neonaziści, dowodzeni przez samego diabła, próbują ostatecznie pozbyć się ich z tego świata. „Przede mną straszny widok: dwóch skinoli wywleka z kiosku Ruchu martwą dziewczynkę i starszą panią, która ją ukrywała”. Czy ten opis nie brzmi znajomo? Czy to znaczy, że chociaż potępiamy szmalcowników i donosicieli, to dziś bylibyśmy w stanie zachować się podobnie? Łatwo jest mówić dziś ze współczuciem o Żydach, którzy zginęli podczas wojny.

Łatwo jest utyskiwać na okrutne koleje losu. Ich losu. Ale o wiele trudniej jest zmierzyć się z przeszłością taką, jaka rzeczywiście była. Bo może okazać się, że akceptujemy i lubimy Żydów, ale tylko tych martwych, tych, którzy już dawno nie chodzą naszymi ulicami. A co z tymi żywymi?

„Noc żywych Żydów” Igor Ostachowicz, wyd. Wydawnictwo WAB

Katarzyna Markusz