Dziedzictwo trudne do przepracowania

W ubiegłym roku minęła 70. rocznica rozpoczęcia masowej eksterminacji Żydów. W styczniu 1942 rozpoczęły się deportacje z getta w Łodzi, w marcu – z Lublina i Lwowa, a w lipcu z Warszawy. W ciągu roku większość mieszkańców gett została zamordowana przez Niemców i ich pomocników. Czy 70 lat od tamtych wydarzeń potrafimy je odpowiednio upamiętniać? Czy ta historia jest dla nas ważna i czy potrafimy wyciągać z niej wnioski? Rozmawiamy o tym z Dariuszem Libionką, redaktorem naczelnym „Zagłady Żydów” – pisma Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN.

Katarzyna Markusz: W najnowszym numerze „Zagłady Żydów” ukazał się po raz pierwszy po polsku reportaż Racheli Auerbach „Treblinka”. Wcześniej publikowano fragmenty tego reportażu, ale dopiero teraz ukazał się on w całości. Dlaczego ten tekst musiał czekać tak długo?

Dariusz Libionka: Jest wiele dokumentów wagi pierwszorzędnej z okresu okupacji, od archiwum Ringelbluma poczynając. Nie są to może dokumenty zapomniane, ale daleko jeszcze do wyczerpania tego zasobu. W ostatnich latach zdecydowane działania w tym zakresie podjął Żydowski Instytut Historyczny, który zajął się systematycznym ich udostępnianiem publiczności. Rachela Auerbach pracowała jak wiadomo w archiwum getta warszawskiego. W wydanym w tym roku 7 tomie materiałów archiwum pod redakcją Katarzyny Person opublikowane zostały jej teksty z lat 1939-1942. My – mam na myśli Centrum Badań nad Zagładą Żydów – zamierzamy opublikować jeszcze kilka jej powojennych tekstów, z „Warszawskimi testamentami” na czele. Są oczywiście zapóźnienia w edycji źródeł w jidysz i nie tylko. Na szczęście pojawiają się tłumacze, którzy potrafią znakomicie te materiały przetłumaczyć. Publikacja reportażu „Treblinka” zbiegła się z 70. rocznicą rozpoczęcia masowego mordu Żydów z Generalnego Gubernatorstwa znanej pod kodowym określeniem „Akcja Reinhardt”. Tematem obozu zagłady w Treblince będziemy zajmować się dalej. Z pewnością przydałaby się monografia tego obozu. Na pewno w niedalekiej przyszłości wydamy krytyczną edycję relacji uciekinierów.

KM: „W sierpniu-wrześniu 1942 roku jest szczyt sezonu. Z Warszawy wywozi się od 6 do 10 tysięcy ludzi dziennie. Wywozi się z innych miast,” pisała Auerbach. W Treblince zginęło ok. 800 tys. osób. W ubiegłym roku minęło 70 lat od tych tragicznych wydarzeń, od tego „szczytu sezonu”. Czy dziś wystarczająco o tym pamiętamy?

DL: To zależy kto. Państwo – sądząc przynajmniej z przebiegu obchodów rocznicy „Akcji Reinhardt” – nie bardzo wie, jak się do tego zabrać. Zdaję sobie sprawę z tego, że  jest to dziedzictwo, które może być uznane za trudne do przepracowania. Tak czy inaczej nasi przedstawiciele w sejmie i senacie nie mieli nic do powiedzenia na temat wymordowanie trzech milionów polskich obywateli – napisałem o tym we wstępie do ostatniego tomu pisma. Pojawia się też zwykła ignorancja. Politycy, nie mówię rzecz jasna o wszystkich, mają problem z kojarzeniem najprostszych faktów. Słyszałem swego czasu w TV ówczesnego marszałka sejmu, który twierdził, że Żydów z getta warszawskiego wywieziono do Auschwitz. Tematem bardziej oswojonym jest powstanie w getcie warszawskim. Tu jest łatwiej, ale i tak najczęściej kończy się na ekumenicznych nabożeństwach i okolicznościowych koncertach. W wielu miejscowościach na wysokości zadania stają władze lokalne, ale obawiam się, że często pod presją oddolnych nacisków.

Trzeba pamiętać o wieloletnich zaniedbaniach. W okresie PRL wypierano, instrumentalizowano Zagładę. Po 1989 roku był cały szereg tematów, którymi należało się zająć w pierwszej kolejności, a Holokaust do najważniejszych nie należał. O zagładzie polskich Żydów nie uczono w szkołach. Teraz jest inaczej, ten temat się pojawia, co jest zasługą ludzi dobrej woli, edukatorów i nauczycieli, którzy się tym zajmują. Problematyka Zagłady pojawia się na lekcjach historii i języka polskiego. Z drugiej strony polska historiografia ma wiele do nadrobienia. Wystarczy powiedzieć, że nie ma monografii dotyczącej eksterminacji polskich Żydów. Są rzecz jasna różne przyczynki, ale literatury historycznej pisanej w kraju jest stosunkowo niewiele. Mówię to jako redaktor wychodzącego od ośmiu lat rocznika naukowego, który ma przegląd tego, co się pisze. Nadal w odniesieniu do niektórych tematów wykorzystywane są opracowania z lat 60 powstałe w ŻIH. Jest oczywiście literatura zagraniczna, którą nareszcie tłumaczy się na bieżąco na język polski. Jeśli chodzi o obozy zagłady to jest monografia obozu w Bełżcu autorstwa Roberta Kuwałka, ale jej znajomość jest niewielka sądząc po błędach powielanych w większości opracowań i portali edukacyjnych. Za opracowywanie niektórych tematów zabierają się amatorzy. Dobrej woli i zaangażowania odmówić im nie sposób, ale efekty ich działań nie są niestety najlepsze. Wszystkich, czemu specjalnie dziwić się nie należy, najbardziej interesują stosunki polsko-żydowskie. W PRL pisano głównie o polskiej pomocy Żydom. Teraz mówi się o wszystkich postawach, ale do wyczerpania tematu  jest wciąż daleko. Większość odbiorców reaguje na tę tematykę obojętnie; część odbiera to negatywnie, ale generalnie nie chcą słyszeć o antysemityzmie w dwudziestowiecznej Polsce.

KM: „Problemem są właśnie zwykli, prości, normalni Niemcy, którzy ze zrozumieniem i cichym opanowaniem porządnych funkcjonariuszy państwowych dokonali najpotworniejszych czynów, jakich kiedykolwiek dopuszczono się na świecie,” pisała Rachela Auerbach. Podobnie wypowiadała się Hannah Arendt, gdy mówiła o „banalności zła”. Czy to znaczy, że dziś „zwykli, prości, normalni” ludzie też byliby w stanie dokonać wyjątkowego zła? Czy może uczymy się na historii i do czegoś takiego już nie dojdzie?

DL: Wykluczanie, stygmatyzowanie niektórych grup, odbieranie pewnych praw, nawet masowe mordy, nie są niczym nowym. Wciąż się zdarzają. Takim przykładem może być choćby Rwanda. Czy ludzie zdają sobie sprawę z tego, że pewne rzeczy mogą się powtórzyć? I tak, i nie. Przez wiele lat pokazywano, że to, co stało się podczas drugiej wojny światowej to efekt kultury niemieckiej. Daniel Goldhagen w swojej głośnej książce „Gorliwi kaci Hitlera” twierdzi, że w Niemczech panował specyficzny rodzaj antysemityzmu – antysemityzm eliminacyjny – i musiało się to skończyć rzezią. Większość badaczy jednak nie przyjęła tego punktu widzenia. Timothy Snyder w swojej wydanej kilka lat temu syntezie „Skrwawione ziemie” zestawia z kolei ze sobą zbrodnie komunistyczne i nazistowskie; nie zawęża oglądu zbrodni tylko i wyłącznie do Holokaustu. Niektórzy autorzy robią tak, by lepiej zrozumieć i opisać to, co się stało w Europie w latach trzydziestych i czterdziestych. Inni dążą wyraźnie do relatywizacji Holokaustu pokazując, że wprawdzie wymordowano 6 mln Żydów, ale nie ma w tym niczego szczególnego. Z niepokojem obserwuję na prawicy, nie tylko polskiej, ale i europejskiej, odwołania do  nacjonalistycznych ruchów i partii. Są to ugrupowania, które nawiązują do okresu przedwojennego, np. ONR, który powstał jako organizacja skrajnie antysemicka, mająca w swoim programie wykluczanie Żydów. I teraz wielu młodych ludzi się z tym programem identyfikuje.

KM: Czy nie jest dziwny w Polsce taki antysemityzm w zasadzie bez Żydów?

DL: Dla antysemitów Żydzi istnieją wszędzie, zmienili tylko nazwiska, a dalej wszystkim rządzą, chociażby najważniejszymi mediami czy życiem gospodarczym. Na początku lat 90. w obiegu pojawiały się „listy Żydów”, gdzie był na przykład papież, kardynał Glemp, Lech Wałęsa. W zasadzie wszyscy politycy za wyjątkiem PSL. W latach 30. pisano, że istnieją Żydzi, ale oprócz tego „zażydzeniu” mogą też ulegać Polacy. Roman Dmowski posługiwał się kategorią pół-Polaków. Teraz słyszymy o pseudo-Polakach, o polskojęzycznych mediach nie wspominając. Wróg jest obcy, a najlepiej, żeby był Żydem. To są dość rozpowszechnione w pewnych środowiskach mniemania i teorie spiskowe o tym, że rządzą nami Żydzi czy jakieś żywioły międzynarodowe.

KM: Nie ma więc wątpliwości, że potrzebna jest edukacja. IPN uruchomił w ubiegłym roku specjalną stronę internetową, przeznaczoną głównie dla odbiorców z zagranicy, na temat obozów zagłady.

DL: Kiedy zobaczyłem tę stronę, nie wierzyłem własnym oczom i musiałem ten temat skomentować w dziale „Curiosa”, bo to co tam umieszczono jest po prostu żenujące. Mimo że koledzy z IPN, którzy zajmowali się tą stroną, znają mój artykuł, całkowicie go przemilczeli . Doszły mnie tylko słuchy, że jestem sfrustrowany i skrajnie uprzedzony. Tymczasem na tej stronie pt. „Prawda o obozach” znalazły się koszmarne błędy rzeczowe, przekłamania, odwołania do przestarzałej literatury. Część autorów nie wiedziała w ogóle o czym pisze. Jeżeli poważna instytucja nagłaśnia taki projekt i bierze za niego odpowiedzialność, jest to się po prostu kompromitujące. Okazuje się jednak, że w kraju ignorantów każdą bzdurę można wcisnąć, a o przestrzeganiu jakichkolwiek standardów nie ma mowy. Nawet poważne media z aprobatą odnotowały pojawienie się tej pożałowania godnej inicjatywy. Albo nikt tego nie przeczytał, albo, jeśli przejrzał, to nie zauważył, z czym mamy do czynienia. Najważniejsze, że dano przykładny odpór oskarżeniom – wyssanym zresztą z palca – o działania zmierzające do obciążania Polaków za Holokaust. Histeria wokół „polskich obozów zagłady” jest dla mnie całkowicie niepojęta. Zainteresowanych odsyłam do tego tekstu.

Później, już po ukazaniu się numeru, przejrzałem również zawartość innych stron internetowych traktujących o Zagładzie, a firmowanych przez poważne instytucje. I musiałem zweryfikować nieco pogląd na temat IPN, bo nieznajomość faktografii jest niestety bardziej powszechna. O wiele lepsza jest Wikipedia.

Katarzyna Markusz