Nie jestem prawdziwym Polakiem

„Nie mam nic przeciwko Żydom, ale…” – tak zwykle zaczynają się wywody osób, które jednak coś przeciwko Żydom mają. I to mają całkiem sporo. Nie tylko przeciwko Żydom, ale i wszelkim żydowskim przodkom, którzy pojawiają się ostatnio tłumnie na łamach prasy, w ramach akcji lustracji drzew genealogicznych znanych dziennikarzy.

„[Andrzeja] Morozowskiego cechuje wyjątkowa niechęć do IV RP i polityków PiS-u. Czy wynika to z jego wychowania i tradycji rodzinnych? Niewykluczone, biorąc pod uwagę fakt, że jego ojciec Mieczysław Morozowski (wcześniej nazywał się Jodek Mordka) był działaczem młodzieżówki Komunistycznej Partii Polski” napisała Dorota Kania w artykule „Resortowe dzieci” opublikowanym na portalu niezależna.pl. „Mój ojciec rzeczywiście był Żydem, tylko nazywał się Mordechaj Mozes” odpowiada Morozowski w wywiadzie dla Newsweeka.

„Każdy, kto zna moje bliskie związki z Żydami, wie, jaką bzdurą jest posądzanie mnie o antysemityzm. Piszę o pokoleniu wyrosłym z Komunistycznej Partii Polski tylko dlatego, by pokazać, jak Stalin po swojemu, świadomie ukształtował ‚elity’ PRL-u. Nadal będę pisała o pokoleniu komunistów, którzy mieli zająć miejsce elit zamordowanych w Katyniu, Powstaniu Warszawskim, w kazamatach więzień NKWD i MBP. Opiszę rozpacz Jodka Mordki, który nie mógł przywitać czerwonoarmistów, z czego sam zwierzał się w swoim życiorysie. Czytelnicy dowiedzą się o działalności Ozjasza Szechtera, Stefana Michnika, Daniela Passenta” zapowiada Kania w tekście „Wrzask potomków KPP”. I tu pojawia się to „nie mam nic do Żydów, ale…” Ale co? Przeciętnie rozgarnięty czytelnik z tych kilku zdań wysnuwa prosty wniosek – Żydzi, komuniści, zamordowali Polaków w Katyniu, a teraz ich potomkowie rządzą w mediach. Nie mam nic do Żydów, ale… wiem, że straszenie nimi zadziała; wiem, że moi czytelnicy to kupią. A skoro to kupią to może niekoniecznie za tymi Żydami przepadają. Bo choć jest ich dziś w Polsce tak niewielu (według danych z ostatniego spisu powszechnego ok. 7,000 osób), to wciąż dla części społeczeństwa stanowią synonim jakiegoś tajemniczego zła, które stopniowo przejmuje władzę nad światem.

Nie znam bliskich związków Doroty Kani z Żydami. Ze mną na szczęście w żaden sposób związana nie jest. Ale wyciąganie z szafy starej, i wydawałoby się zgranej, płyty w postaci Ozjasza Szechtera, świadczy tylko o jednym. O nieczystych intencjach autorki. Szechter i Michnik zostali już wielokrotnie prześwietleni na forum publicznym. Z przygotowywanej przez Dorotę Kanię książki raczej niczego nowego się o nich nie dowiemy. Ale już samo wspomnienie o Szechterze – Żydzie, działa na wyobraźnię czytelników.

Gdyby Dorota Kania miała problem z umotywowaniem swoich działań lustratorskich, z pomocą przychodzi jej Piotr Gontarczyk, który w Gazecie Polskiej Codziennie w artykule „Kochane dzieciaki” pisze: „Człowiek jest w znacznej mierze tym, czym skorupka nasiąkła za młodu. Niezwykle ważną rolę w procesie kształtowania osobowości i wartości w każdej epoce odgrywała zawsze rodzina – to prawda oczywista nie tylko dla politologa czy historyka. (…) Komuniści wprowadzający nowe porządki w latach 40. i 50. eksterminowali lub wypychali (…) przedstawicieli tradycyjnych polskich elit. (…) Była i grupa osób słabo związanych z polskością, niekiedy wręcz wrogo patrzących na kulturę lokalnych aborygenów postrzeganą głównie jako zagrożenie z powodu ich katolicyzmu lub antysemityzmu. (…) Dzieci tamtych elit (…) zachowały ‚kod kulturowy’ rodziców, w tym różnorako motywowaną niechęć do wartości wyznawanych przez przeciętnych Polaków.”

U Gontarczyka po cichu, nie wywołani z nazwiska, pojawiają się Żydzi, komuniści, którzy „eksterminowali przedstawicieli polskich elit”. „Grupa słabo związana z polskością”, która zagrożenie widzi w antysemityzmie jawi się Gontarczykowi niczym żołnierze Mordoru, którzy pragną zniszczyć piękną krainę zwaną Polską. Członkowie tej grupy swój „kod kulturowy” przekazali, co oczywiste, dzieciom. I teraz kontynuują walkę. Tylko z czym i o co? Czyżby z polskością i katolicyzmem? A więc mamy do czynienia z ukrytymi Żydami? Znowu jakiś spisek?

Nie rozumiem potrzeby lustracji znanych dziennikarzy. Nie rozumiem konieczności wytykania im żydowskich przodków. Rozumiem jednak, że w mediach, w których publikują Dorota Kania i Piotr Gontarczyk, takie teksty się sprzedają. Mają swoich odbiorców, którzy z jakiegoś powodu nie mogą zrozumieć otaczającego ich świata bez poznania drobiazgowych biografii pracowników mediów. Mediów, których podobno i tak nie czytają i nie oglądają. Więc po co to wszystko? Żeby jeszcze bardziej utwierdzić się w swoich szalonych przekonaniach?

Bycie Żydem nie jest niczym złym, chociaż budzi w Polsce większe emocje niż bycie Chińczykiem. Nie jest nawet grzechem. Ale w niektórych mediach żydowski przodek na drzewie genealogicznym znanej osoby wywołuje szał nieporównywalny z niczym innym. Bo jeśli był Żydem, to pewnie też i komunistą. A skoro komunistą, to hańba jemu i przyszłym siedemnastu pokoleniom, które w tej rodzinie się pojawią.

Nie mam pojęcia kim byli rodzice i dziadkowie Kani i Gontarczyka. I nie mam zamiaru się tego dowiadywać. Nic mnie to nie obchodzi. Oceniam ich po tym, co piszą. Jeśli tak piszą „prawdziwi Polacy” to ja się cieszę, że do tej grupy nie należę.

Katarzyna Markusz