Milczenie oznacza zgodę

Ubój rytualny jeszcze do niedawna był przedmiotem gorącej dyskusji między jego zwolennikami, a przeciwnikami. Aktywiści walczący o ochronę zwierząt występowali w mediach oraz na sejmowych konferencjach, podkreślając konieczność utrzymania zakazu takiego uboju. Ministerstwo Rolnictwa zapowiadało nowelizację ustawy tak, aby ubój ten jednak umożliwić. Odpowiedni projekt miał znaleźć się z Sejmie już w styczniu. Tymczasem sprawa się przeciąga, a wszystkim umknął jeden, dość istotny, szczegół.

Obserwując tempo prac w Ministerstwie Rolnictwa, trudno się spodziewać, aby nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt miała szybko trafić pod obrady Sejmu. Od 1 stycznia 2013 obowiązuje zakaz uboju zwierząt bez ogłuszania. Art. 34 ust. 1 ustawy z 21 sierpnia 1997 roku o ochronie zwierząt stanowi, że zwierzę kręgowe w ubojni może zostać uśmiercone tylko po uprzednim pozbawieniu świadomości przez osoby posiadające odpowiednie kwalifikacje, przez co wyklucza możliwość wykrwawienia zwierzęcia bez uprzedniego ogłuszenia. W polskim ustawodawstwie zatem obowiązują wyższe standardy ochrony zwierząt podczas uboju niż określone w rozporządzeniu Rady (WE) nr 1099/2009 z 24 września 2009 roku. W konsekwencji ubój zwierząt prowadzony zgodnie z obyczajami religijnymi zarejestrowanych związków wyznaniowych nie jest możliwy. Jak podkreśla ministerstwo, w 2011 roku w Polsce funkcjonowało 15 rzeźni bydła oraz 12 rzeźni drobiu, w których pozyskiwane było mięso zgodnie z zasadami uboju rytualnego. Większość państw europejskich na ubój rytualny zezwala.

O samym uboju powiedziano już wystarczająco dużo i nie ma powodu, aby to powtarzać. Jedną rzecz jednak pominięto. I o tym warto przypomnieć. Kiedy pod koniec ubiegłego roku toczyła się gorąca dyskusja w sprawie uboju, głos w niej zabrał również poseł Paweł Suski (PO). Zrobił to w sposób niegodny parlamentarzysty, obrażając ludzi, którzy akurat mają inne zdanie na temat uboju. “Czy Państwo jesteście też za kamienowaniem kobiet?”, “a w ubojni drobiu kręcicie Kill Bill 4”, “samouwielbienie znane od wieków…” – te wpisy posła Suskiego sprowokowały lawinę nieprzyjemnych, obraźliwych komentarzy pod adresem osób, które opowiadały się za utrzymaniem uboju rytualnego w Polsce. W sprawie wypowiedzi posła Suskiego – jakby nie było parlamentarzysty, wybrańca narodu – pojawiło się kilka listów do premiera, przedstawicieli parlamentu i samego posła. Wszystkie one zostały bez odpowiedzi. Nagannego zachowania posła Suskiego nie zauważył ani premier, ani poseł Sławomir Rybicki z Komisji Etyki Poselskiej, ani poseł Miron Sycz z Komisji Mniejszości Narodowych i Etnicznych, ani poseł Rafał Grupiński z klubu parlamentarnego PO. Nie zauważył go też sam poseł Suski, który za swoje słowa nie przeprosił.

A może jest tak, że poseł Suski przepraszać nie musi? Może on, tak jak Lech Wałęsa w sprawie homoseksualistów, ma za sobą zdecydowaną większość, która go popiera, chociaż nie zawsze głośno to powie? Może media nie były zainteresowane tą sprawą, bo poseł Suski bronił “biednych polskich krów” przed jakimiś dziwnymi zabobonami? Może dziennikarze nie zajęli się tym tematem, bo świat okazałby się nie czarno-biały, ale znacznie bardziej skomplikowany? Może odbiorcy mediów nie poradziliby sobie z jego zrozumieniem? Bo w tej chwili sprawa jest dość jasna – polskie krowy są dobre i trzeba je chronić; ci, którzy chcą je zabijać są źli i trzeba ich potępić. A skoro są źli, to można o nich powiedzieć wszystko. I ujdzie to na sucho każdemu. Nawet parlamentarzyście.

Odkąd poseł Suski wypowiedział swoje słowa minęły już trzy miesiące. Pewnie sam zdążył już zapomnieć o tym, co się wydarzyło. I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo taka sytuacja chwały mu nie przynosi. Zastanawiać może jednak brak jakiejkolwiek reakcji ze strony pozostałych przedstawicieli władzy, którzy o tej sprawie zostali powiadomieni. A może w tym przypadku milczenie oznacza zgodę?

Katarzyna Markusz