Wybieram życie

Life Festival w Oświęcimiu odbędzie się już nie po raz pierwszy. W tym roku wystąpi m.in. Sting i Red Hot Chilli Peppers. Koncerty odbędą się pod koniec czerwca, plakaty więc już wiszą. Wiszą i budzą zdziwienie zagranicznych turystów. Niektórzy twierdzą wręcz, że “life festival” w tym miejscu to oksymoron. Czyżby?

Kiedy turyści przyjeżdżają do Oświęcimia, robią to w zasadzie w jednym celu. Interesuje ich zwiedzanie muzeum znajdującego się na terenie dawnego obozu Auschwitz. Spotykają się tam z najtrudniejszym elementem historii drugiej wojny światowej. Patrzą na zło, które doprowadziło do zagłady milionów ludzkich istnień. Skojarzenia z tym miejscem na całym świecie są takie same. Jednak Auschwitz to nie to samo, co Oświęcim. W Oświęcimiu mieszkają zwykli ludzie, zupełnie podobni do tych w Warszawie, Krakowie, Toronto, Nowym Jorku czy wielu innych miastach. Uczą się, pracują, a czasami bawią. Raz do roku, razem z popularnymi gwiazdami, mają okazję wziąć udział w festiwalu życia. I bardzo dobrze, że ten festiwal tak właśnie się nazywa, bo Polska to nie jeden wielki cmentarz, ale normalny kraj, w którym żyją normalni ludzie.

Kiedy zagraniczni turyści jadą do Niemiec, zwiedzają tam zabytki, kupują pamiątki, bawią się na koncertach i imprezach. Nikt nie oczekuje, że Niemcy będą na każdym kroku przepraszać za to, co wydarzyło się w czasie wojny. Mało kto zresztą o tym myśli. Kiedy turyści przyjeżdżają do Polski sytuacja wygląda już inaczej. Wielu z nich przybywa tu, aby zmierzyć się z bólem i cierpieniem, jakie dotknęło ich rodziny. Chcą oddać hołd dziadkom, wujkom, kuzynom, których nigdy nie mieli okazji poznać. Chcą zapalić symboliczną świeczkę na ich grobie, którego nigdy nie będą mogli dokładnie zlokalizować. Taki pobyt nie jest łatwy, a emocje z nim związane są bardzo różne. Przeważa smutek, szczególnie podczas wizyty w muzeach znajdujących się na terenach dawnych obozów. “Chciałabym, żebyście w Polsce zobaczyli też trochę życia,” powiedziałam jednemu z turystów odwiedzających nasz kraj kilka lat temu. “Ale to jest wszędzie. A obozy były tylko tutaj,” usłyszałam w odpowiedzi. To prawda, ale może jest coś, co możemy zrobić, aby przekonać innych, że nie mieszkamy na jednym wielkim cmentarzu? Że życie wygrało ze śmiercią?

Historia II wojny światowej, Zagłada, która dokonała się w gettach, obozach, na ulicach naszych miast, to coś, o czym nigdy nie zapomnimy. Mieszkamy tu i dlatego spoczywa na nas odpowiedzialność za tę pamięć. Jesteśmy w pewien sposób jej strażnikami i myślę, że wywiązujemy się z tego zadania coraz lepiej. Potrafimy o przeszłości rozmawiać, spierać się o nią, a nawet ostro kłócić, ale przynajmniej takie dyskusje toczymy, czego nie można powiedzieć o innych krajach dawnego bloku wschodniego. Przed nami jeszcze długa droga do odkrycia i poznania wszystkich zakamarków naszej skomplikowanej historii, ale już na niej jesteśmy i to jest ważne. Ale równie ważne jest życie, które toczy się tu i teraz. Dlatego Life Festival w Oświęcimiu nie jest żadnym oksymoronem, ale znakomitym pomysłem, który udaje się realizować kolejny rok z rzędu. Dlatego też tak lubię baner wywieszony z okazji Marszu Żywych przez JCC w Krakowie: “Hey, March of the Living! Come inside and see some Jewish life”.

Niektórych może to dziwić, inni się tego nie spodziewają, ale w Polsce to życie jest, rozwija się i ma się coraz lepiej. Warto je dostrzec, bo jest bardzo barwne, ciekawe i warte poznania. A co najważniejsze – istnieje. Na Life Festival w Oświęcimiu w poprzednich edycjach wystąpili m.in. James Blunt, Peter Gabriel oraz Matisyahu, czy Shachar Gilad. Bardzo dobrze, że takie koncerty się odbywają i powinno być ich zdecydowanie więcej. Bogata i różnorodna oferta krakowskiego JCC również przyciąga wiele osób. Podobna instytucja ma szansę zaistnieć również w Warszawie. Więc drodzy turyści, dostrzeżcie nasze życie, chodźcie na koncert, bawcie się razem z nami. Wtedy rzeczywiście dowiecie się czegoś o naszym kraju.

Katarzyna Markusz