„Obóz zagłady w Bełżcu”

Rudolf Reder ze Lwowa i Chaim Hirszman z Janowa Lubelskiego byli jedynymi więźniami obozu zagłady w Bełżcu, którzy przeżyli wojnę. Zaraz po niej złożyli relacje z pobytu w obozie, które teraz, wraz z zeznaniami polskich świadków, publikuje Państwowe Muzeum na Majdanku.

Rudolf Reder urodził się w 1881 roku w Dębicy. Do 1919 roku przebywał w Stanach Zjednoczonych, gdzie zdobył specjalizację w zakresie produkcji mydła. Po powrocie do Polski zamieszkał we Lwowie, gdzie założył fabrykę, której zabudowania stoją do dzisiaj. W 1942 roku został zatrzymany przez policję, a następnie deportowany do Bełżca. Miał wówczas 61 lat, a jednak podczas selekcji udało mu się pozostać przy życiu. Bardzo dobrze znał język niemiecki i podał, że jest maszynistą-monterem. W obozie spędził trzy miesiące. „Jako odpowiedzialny za konserwację silnika produkującego spaliny służące do uśmiercania ludzi, zatrudniony był w najbliższym sąsiedztwie komór gazowych, zatem był naocznym świadkiem kulminacyjnego momentu eksterminacji,” czytamy w opracowaniu przygotowanym przez Muzeum na Majdanku.

W czasie kiedy Reder przebywał w obozie zginęło tam około 320 tysięcy Żydów. To, czego doświadczył w Bełżcu sprawiało, że trudno mu było o tym mówić. Udało mu się jednak zyskać w pewnym stopniu zaufanie SS-manów, bo w listopadzie 1942 roku w towarzystwie konwojentów udał się do Lwowa po blachę potrzebną w obozie. To właśnie wtedy udało mu się uciec i w ten sposób najprawdopodobniej uratować życie. Ukrywał się we Lwowie, a po wojnie trafił do Krakowa, gdzie otworzył fabrykę mydła. Z czasem jednak sytuacja zaczęła się znowu zmieniać. Atmosfera po pogromie kieleckim nie był zbyt przychylna. W 1949 roku prowadzona przez niego fabryka została przejęta przez państwo, a Redera aresztowano. W 1951 roku Reder wyjechał z Polski do Izraela, a później do Kanady.

„Prawdopodobnie do pozostania w Izraelu mogły ich [Reder wyjechał wraz z żoną – przyp. red.] zniechęcić ówczesne warunki życia oraz poczucie obojętności wobec losu ocalonych. Być może Reder, uchodzący za jedynego uratowanego z Bełżca, obawiał się dokładnych pytań o przeżycia w obozie zagłady oraz spekulacji i dociekania, jak to się stało, że jako jedyny przetrwał Bełżec, a na dodatek przebywał tam przez dłuższy czas. Możliwe, że obawiał się, czy ktokolwiek zrozumie jego przeżycia. Z pewnością Kanada gwarantowała mu większą anonimowość.” Reder zmarł w zapomnieniu w 1968 roku.

Chaim Hirszman, drugi z ocalałych z Bełżca, tez został na pewien czas zapomniany, ale z zupełnie innych powodów. Urodził się w 1912 roku w Janowie Lubelskim. Należał najpierw do Bundu, a później Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Służbę wojskową odbył w 8 Pułku Piechoty Legionów w Lublinie. W 1939 roku został zmobilizowany i brał udział w obronie kraju przed Niemcami. Już po wybuchu wojny ożenił się, a w 1941 roku urodził się jego syn Sewek. W listopadzie 1942 roku wraz z rodziną został deportowany do Bełżca. Tu przebywał do lata 1943 roku, kiedy to więźniowie zostali wysłani do Sobiboru. Hirszman wyskoczył wtedy z pociągu, co uratowało mu życie. W 1944 roku wstąpił do I Brygady Armii Ludowej im. Władysława Grzybowskiego. Po wkroczeniu Armii Czerwonej na Lubelszczyznę, Hirszman wstąpił w szeregi Milicji Obywatelskiej. „Zapewne dość szybko zdał sobie sprawę, iż znalazł się w niewłaściwym miejscu. Trzykrotnie na ręce szefa lubelskiego WUBP składał podania o zwolnienie ze służby, pozytywnie opiniowane przez bezpośredniego przełożonego, mającego na temat jego przydatności negatywną opinię. Prośby motywował zmianą sytuacji rodzinnej i złym stanem zdrowia.”

1 marca 1946 roku Hirszman przestał być pracownikiem aparatu bezpieczeństwa. Kilkanaście dni później rozpoczął składanie relacji Wojewódzkiej Żydowskiej Komisji Historycznej w Lublinie. Jego opowieść kończy się pierwszego dnia pobytu w obozie. Następnego dnia miał kontynuować swoją historię. Kilka godzin później został jednak zamordowany. Do jego mieszkania weszło trzech młodych ludzi. Jeden z nich oddał strzał. W maju 1946 roku zatrzymano Jerzego Fryze, członka Tajnej Organizacji Wojskowej, który przyznał się do strzelania do Hirszmana. Powiedział też, że inicjatorem akcji był sąsiad ofiary. Celem grupy było zdobycie broni, którą Hirszman miał posiadać. Fryze został skazany na dożywocie, które zamieniono później na 15 lat pozbawienia wolności. Nikt więcej przed sądem w tej sprawie nie stanął. W 1994 roku Sąd Wojewódzki w Lublinie unieważnił ten wyrok, ponieważ Fryze „został skazany na czyny związane z działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego”. W czasie napadu Hirszman nie był już jednak pracownikiem UB, ani nie miał przy sobie broni. Dlaczego więc do zdarzenia w ogóle doszło? „Obraz Hirszmana jako gorliwego pracownika bezpieczeństwa zadomowił się na dobre w polskim piśmiennictwie. Z kolei w literaturze zagranicznej pisano o nim jako ofierze polskich antysemitów. Rzeczywistość była bardziej skomplikowana,” czytamy w jego życiorysie zamieszczonym w książce. Relację Hirszmana dokończyła jego żona Pola, która wkrótce po tych wydarzeniach wyjechała z kraju.

„Obóz zagłady w Bełżcu w relacjach ocalonych i zeznaniach polskich świadków” red. Dariusz Libionka, wyd. Państwowe Muzeum na Majdanku