“Ostatni niesprawiedliwy”

Claude Lanzmann to człowiek jednego filmu. Jego największe dzieło, “Shoah”, ujrzało światło dzienne w 1985 roku po kilkunastu latach pracy, przeprowadzania wywiadów, zbierania dokumentacji. Dziś Lanzmann sięga do tych materiałów jeszcze raz i prezentuje publiczności film “Le dernier des injustes” (“Ostatni niesprawiedliwy”), będący opowieścią o rabinie Benjaminie Murmelsteinie, szefie żydowskiej Rady Starszych w Theresienstadt.

W 1941 na rozkaz Himmlera w Terezienie powstało żydowskie getto. Nad bramą wejściową pojawił się napis “Arbeit macht frei”. Warunki życia były tu ciężkie, tak jak w wielu innych obozach i gettach utworzonych przez Niemców. Theresienstadt zaczęto jednak wykorzystywać w celach propagandowych. Inspektorom i kontrolerom m.in. z Czerwonego Krzyża, prezentowano je wręcz jako kurort, w którym Żydzi znajdują się pod czułą opieką Trzeciej Rzeszy. Tymczasem w rzeczywistości ginęli oni w komorach gazowych Auschwitz i Birkenau. W 1944 roku prezesem Rady Starszych został tu rabin Murmelstein.

Murmelstein urodził się w 1905 roku we Lwowie. Był rabinem w Wiedniu, w czasie wojny należał do tamtejszego Judenratu. Później trafił do Theresienstadt. Jeszcze w Wiedniu zajmował się układaniem list osób deportowanych i wyznaczonych do przymusowej emigracji. Część austriackich Żydów udało mu się uratować dzięki pieniądzom uzyskanym od Amerykanów. Musiał w tym celu współpracować z Eichmannem. To dlatego po wojnie został aresztowany. Sąd jednak uniewinnił go ze stawianych mu zarzutów. Zamieszkał w Rzymie i pracował jako sprzedawca mebli. Zmarł w 1989 roku.

Współpraca z Eichmannem i przynależność do Judenratu zaważyła na publicznej opinii o Murmelsteinie. Uznano go za zdrajcę i kolaboranta. Jego największą winą było to, że przeżył. Gdyby zginął być może oceniano by go inaczej. Skoro jednak udało mu się przetrwać, musiało to budzić podejrzenia. Taki człowiek nie mógł być darzony zaufaniem. Został odtrącony i skazany na samotność. W obronę bierze go Lanzmann, który 30 lat temu przeprowadził z nim wywiad. Materiał ten nie znalazł się w “Shoah”. Prezentowany jest, jako oddzielne dzieło, dopiero teraz. Premiera tego filmu znów może rozpocząć dyskusję o Judenratach i stopniu odpowiedzialności Żydów za ich funkcjonowanie. Tylko czy taka dyskusja może kiedykolwiek doprowadzić do jednoznacznych wniosków?

W czasie wojny Żydzi przez długi czas nie wiedzieli co dzieje się z tymi, którzy w bydlęcych wagonach są “przesiedlani na Wschód”. Kiedy zaczęły docierać do nich pierwsze informacje o obozach zagłady, nie mogli w nie uwierzyć. Wielu nie wierzyło do samego końca, do momentu aż sami stanęli pod prysznicami, z których nie leciała woda. Dziś, gdy wiemy już niemal wszystko, łatwo oceniamy ludzi, którym przyszło żyć w tamtym czasie. Zbyt łatwo. Nie mamy przecież pojęcia, jak sami zachowalibyśmy się w takiej sytuacji.

Członkostwo w Judenracie dawało złudną nadzieję. Może Żydzi sądzili, że skoro Niemcy ustanowili jakiś rodzaj władzy samorządowej w gettach, to nie po to, żeby wszystkich w krótkim czasie zamordować? Może liczyli na to, że okażą się przydatni, potrzebni do pracy? Z pewnością wszyscy chcieli żyć. Niektórym z nich udało się również uratować innych. Judenraty nie zostały wymyślone przez Żydów, chociaż to oni w nich zasiadali. Nie mieli wyjścia.

Jak długo żyłby Murmelstein, gdyby odmówił członkostwa w Radzie Starszych? Minutę? Dwie? Może kilkanaście minut? Tego oczywiście nie możemy dziś wiedzieć. Tak jak nie sposób stwierdzić, czy zrobił wszystko, aby uratować tych, których uratować się dało. Nie sposób ocenić go jednoznacznie. I może właśnie dlatego Lanzmann w swoim filmie staje w jego obronie. Bo Murmelstein tak naprawdę nie miał żadnego wyboru. Musiał dostosować się do wielkiej nazistowskiej machiny, albo zginąć. Musiał próbować walczyć, albo poddać się od razu. Nie mógł powiedzieć, że nie chce brać w tym udziału. Mógł bardzo niewiele, a i tak próbował coś zrobić na przekór swoim oprawcom.
Podobnie było z Żydami, którzy trafiali w obozach śmierci do Sonderkommand. Oni również nie mieli wyboru. Mogli albo zginąć w komorach gazowych, albo pracować przy segregowaniu ubrań innych ofiar, przy wyciąganiu ich z komór i paleniu zwłok. Nic innego zrobić nie mogli. Każdy kto tylko mógł, próbował odsunąć w czasie swój własny wyrok śmierci. Przetrwali najsilniejsi. Przetrwali m.in. po to, aby opowiedzieć innym o tym, co wydarzyło się w gettach i obozach. Byli jedynymi świadkami tysięcy żydowskich śmierci. Nie każdy potrafił sobie z tym po wojnie poradzić. Jedni sami się izolowali, inni byli izolowani przez społeczeństwo. Wszyscy przegrali, bo bycie świadkiem Zagłady oznaczało przeżywanie tego koszmaru każdego dnia przez długie lata. Ci ludzie byli obarczeni ciężarem, którego nie potrafili unieść. I dlatego nikt dziś nie ma prawa ich oceniać.

Katarzyna Markusz