Druga obecność

Łukasz Baksik przez kilka lat jeździł po Polsce i fotografował macewy. Jednak nie te znajdujące się na cmentarzach, a takie, które zostały wykorzystane do budowy dróg, chodników, pomieszczeń gospodarczych; takie, które stały się macewami codziennego użytku.

Skąd u Ciebie zainteresowanie tematyką żydowską?

W moim przypadku wiele rzeczy zaczyna się od muzyki. Tak było i w tym przypadku. Dostałem od znajomego, który prowadzi sklep z muzyką jazzową płytę Johna Zorna z Masadą. Bardzo mi się ona spodobała i zacząłem szukać informacji o Masadzie, o tym co tam się wydarzyło.

W tym zainteresowaniu tematyką żydowską starałem się unikać wątku polskiego, bo wiedziałam, że zahaczy on o Holokaust. Oczywiście, nie udało mi się to. Mieszkałem wtedy w Krakowie. Można tu poczuć tę atmosferę małego żydowskiego miasteczka na Południu, jakim był Kazimierz.

Zawsze lubiłeś chodzić na cmentarze.

Tak. To było przedmiotem żartów na mój temat. Tam nie musiałam rozmawiać z żywymi, tylko mogłem sobie posiedzieć. Zacząłem też chodzić na cmentarze żydowskie i je fotografować. Jeździłem w okolice Krakowa, a później po całym Południu, robiłem zdjęcia i wiedziałem, że będę chciał w jakiś sposób to pokazywać. Nie chciałem jednak prezentować landschafcików z cmentarzy, bo podobne projekty były już realizowane. Pomyślałem, że zrobię katalog cmentarzy żydowskich, ale kiedy sobie uświadomiłem, że takich miejsc, które chciałbym sfotografować, jest 1600 w Polsce, uznałem, że za mojego życia się to nie uda.

I wtedy dotarłeś do Kazimierza Dolnego…

Byłem tam razem ze znajomymi. Pod synagogą spotkaliśmy człowieka, który sprzedawał różne pamiątki. Zaczęliśmy z nim rozmawiać. W końcu zapytał, czy zdajemy sobie sprawę z tego, że macewy w okolicach Kazimierza były często wykorzystywane jako podkład pod wiadro przy studni. Nie mieliśmy o tym pojęcia; to było dla nas zupełnym zaskoczeniem. Później powiedział nam też, że ma w ogródku żarno, które zostało wykonane z macewy. Poszliśmy je zobaczyć i to był dla nas szok. Patrząc na ten kamień, wiedziałem, że projekt będzie się nazywał „Macewy codziennego użytku”.

Kiedy wcześniej jeździłem na te swoje wycieczki, korzystałem z przewodnika Burcharda, gdzie są informacje o wykorzystaniu macew, ale były one dla mnie kompletnie przezroczyste. Nie docierało to do mnie. Sytuacja się zmieniła po tym, jak zobaczyłem pierwszą taką macewę. Zdałem sobie sprawę z tego, że skoro tych nagrobków nie ma na cmentarzach, to zostały z nich po prostu skradzione.

Ile miejscowości odwiedziłeś?

Pojechałem w sumie do około stu miejscowości. Początkowo trudno było mi znajdować przykłady wykorzystania tych macew, jednak po jakimś czasie zostałem wręcz zasypany informacjami na ten temat. Mam bazę danych, w której znajduje się około trzystu przykładów.

W jaki sposób znajdywałeś informacje o tych macewach?

Kiedy robiłem research do tego projektu, pomyślałem, że jedyną metodą, którą uda mi się stosować, będzie jeżdżenie w miejsca, gdzie była jakaś duża społeczność żydowska, a więc i na cmentarzu powinno być kilkaset lub nawet kilka tysięcy nagrobków. Tymczasem wiedziałem, że jest ich kilkadziesiąt albo wcale. To była czasochłonna praca. W Kazimierzu spędziłem dziewięć dni, żeby dokopać się do kolejnych przykładów.

Później poznałem Monikę Krawczyk z Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego, która podrzuciła mi kilka namiarów oraz Krzyśka Bielawskiego, którzy stworzył całą bazę danych dotyczącą cmentarzy żydowskich. W końcu poznałem Jana Jagielskiego z Żydowskiego Instytutu Historycznego i to było kolejne źródło informacji.

Często mówi się, że nagrobki na żydowskich cmentarzach były zabierane przez Niemców, co odsuwa w pewien sposób odpowiedzialność od lokalnych mieszkańców. Odwiedziłeś wiele miejscowości i widziałeś wiele sposobów wykorzystania macew. Kto zabierał je z cmentarzy częściej, Niemcy czy Polacy?

To pytanie słyszę bardzo często. Wiąże się to z próbą ucieczki od odpowiedzialności. Duża część z tych przykładów, które fotografowałem, była wykonana przez Niemców. Zarówno na wystawie jak i w albumie podaję przy zdjęciach daty wykorzystania tych macew. Jeżeli są to lata 1939-1945 to głównie robili to Niemcy. Z bardzo prostego powodu – Polacy wtedy nie budowali. Są jednak takie przykłady, jak w Parysowie, gdzie kiedy tylko ostatni Żyd opuścił tę miejscowość, polscy sąsiedzi rozkradli cmentarz i wybudowali sobie obory.

Nie lubię tego pytania, a zawsze ono pada na spotkaniach autorskich, bo za nim kryje się pewna próba ucieczki. Nawet jeżeli byli to Niemcy, to do 2013 roku minęło już trochę czasu i dalej ta sytuacja się utrzymuje – macewy nie wróciły na cmentarze. Widocznie nie boli na tyle, żeby coś z tym zrobić.

Myślę, że spośród przykładów, które ja znalazłem to połowę, może trochę mniej, można przypisać Niemcom, którzy w czasie wojny utwardzali drogi, podwórka, stawiali budynki, używając do tego macewy. Reszta została wykorzystana przez Polaków.

Często mówi się też, że takie rzeczy musiały się dziać tylko na wsiach.

Nie, nie tylko na wsiach. Działo się to również w dużych miastach, w Warszawie w latach 50. Jedna z bohaterek książki Sylwii Chutnik powiedziała, że my miastowi lubimy myśleć, że wszystko co złe, to wiocha; że wieś to Jedwabne, a miasto to Żegota. Tylko że to nie jest prawda. Myślę, że gdyby sporządzić mapę wykorzystania tych macew i zestawić ją z mapą cmentarzy żydowskich to pokryłyby się ze sobą w stu procentach. Nie wydaje mi się, żebyśmy byli w stanie znaleźć w Polsce cmentarz, na którym zachowałyby się wszystkie macewy.
Na początku myślałem, że tym projektem odpowiem sobie na masę pytań. W tej chwili jestem bardzo daleki od jakichkolwiek odpowiedzi. Bardziej interesują mnie same pytania. O to też w tym projekcie chodzi, żeby je zadać.

Jednym z pytań jest: co zrobić z tymi macewami teraz?

Mam w domu jedną macewę. Nie tylko ja zresztą. Nie trzymamy ich jako trofea, czy przedmioty kolekcjonerskie. Mnie ta macewa, która leży w piwnicy, uwiera. Wcześniej stała na balkonie, ale codzienne patrzenie na nią mnie wykańczało. Wiem, że powinna wrócić na cmentarz w Kazimierzu, ale jej tam nie zawiozę, bo następnego dnia zniknie lub zostanie zniszczona. Chciałbym, aby została przytwierdzona do lapidarium lub umieszczona obok, w taki sposób, aby nie można było jej ruszyć, ale chciałbym również, aby pojawiła się tam jakaś informacja o tym, że Polacy często wykorzystywali te nagrobki w taki sposób.

Jak reagowali ludzie, kiedy przyjeżdżałeś i fotografowałeś przedmioty i budynki na ich podwórkach?
Było całe spektrum reakcji. Zawsze, fotografując czyjąś własność, chyba że jest to własność publiczna, pytam właściciela o zgodę. Nie było takiego przypadku, żebym z zoomem przejechał, otworzył szybę w samochodzie, zrobił zdjęcie i uciekł. Technika, którą wybrałem wymagała ustawienia statywu, dużego aparatu średnioformatowego, którym nie da się robić zdjęć z ręki. Chodziło o to, żeby wejść na te podwórka i musieć w pewnym sensie skonfrontować się z tymi ludźmi.

Zdarzył mi się w zasadzie tylko jeden przypadek, gdzie pojechałem w dane miejsce dwukrotnie, a wróciłem bez zdjęć nadających się do wykorzystania. Bywało też tak, że gospodyni wychodziła z domu i częstowała herbatą i ciastem.

Na co najczęściej przerabiano macewy?

Najczęściej przerabiano je na wszystko to, do budowy czego potrzebny jest kamień. Wydaje mi się, że najwięcej macew możemy znaleźć w chodnikach, ulicach, budynkach, a to ze względu na skalę. Jeżeli buduje się pięćdziesięciometrową drogę, wiadomo, że trzeba zabrać nagrobki z całego cmentarza. Jeżeli wykonuje się kółko szlifierskie, to potrzebna do tego jest tylko jedna macewa. Myślę, że najpowszechniejszym przykładem są właśnie te koła, co było dla mnie szokujące, bo widziałem je we wszystkich rejonach Polski.

Mówiłeś o tym, że macewy wykorzystywano nie tylko w małych miejscowościach, ale również dużych miastach. Co stało się z nimi np. w Warszawie?

Dla mnie chyba najbardziej kuriozalnym przykładem, ze względu na pewną metafizykę, był ogród zoologiczny, gdzie w latach 50. z macew zrobiono fragmenty chodniczków, murki, krawężniki. W tymże samym zoo dyrektor tego ogrodu w czasie wojny ukrywał Żydów. Później pojawiła się więc jakby taka druga obecność, już nie Żydów, ale śladów po nich.

W Warszawie w parku Szypowskiego również w latach 50. powstały słupki pergoli i murki wykonane z macew. Stoją tam do dzisiaj.

Twój następny projekt związany jest ze zwojami Tory.

To będzie projekt dużo skromniejszy, jeśli chodzi o ilość zdjęć. Chcę też, żeby miał trochę inną formułę. Nie będzie to taki katalog zastosowań, jak było w przypadku „Macew codziennego użytku”. Chciałbym pokazać, co działo się z tymi zwojami, jak były wykorzystywane, co z nimi zrobiliśmy oraz uświadomić odbiorcom czym jest Tora dla Żydów.

Katarzyna Markusz