„Jestem Tyrmand, syn Leopolda”

Matthew Tyrmand napisał książkę, reklamowaną przez wydawcę, jako „książka w poszukiwaniu ojca”, ale jest to bardziej coś o poszukiwaniu samego siebie. Ojca i Polski jest tu stosunkowo niewiele w porównaniu do scen z Wall Street i narzekania na lewicowość, która młodemu Tyrmandowi kojarzy się chyba wyłącznie z bolszewizmem i komunizmem.

Matthew miał być Mieczysławem. „Wyobrażacie sobie amerykańskiego Żyda imieniem Mieczysław w wielkiej podłej szkole w południowym Brooklynie?” pyta już na początku swojej książki. Rodzice chyba też nie bardzo sobie to wyobrażali, bo zdecydowali się na inne imię. „Z dzieciństwa, z lat dziewięćdziesiątych, pamiętam dzielnicę robotników i klasy średniej, gdzie na jednym końcu mieszkali Żydzi, z widoczną grupą rodzin rosyjskich, a na drugim osiedlali się przybysze z Bliskiego Wschodu: Arabowie, Pakistańczycy. Te dwie nisze otaczały slumsy. Zawsze z rozbawieniem obserwowałem, jak stykają się i przenikają enklawy żydowska i islamska. Sąsiadują sobie bez granic, zasieków, wojsk. W kontraście do wiadomości z telewizji, gdzie tylko obrazy z zamachów, wybuchów. Z Midwood nie pamiętam problemów arabsko-żydowskich. Handlowali, prowadzili warsztaty, sklepy, knajpy, po prostu żyli obok siebie.” Tak właśnie żył sobie Matthew, nie zaprzątając sobie głowy swoim pochodzeniem ani religią. Odmówił bar micwy, co nie podobało się jego babce, trzymającej pieczę nad całą rodziną.

Młody Tyrmand dużo miejsca w swojej książce poświęca polityce. Nie lubi Obamy, nie lubi wszystkiego, co lewicowe, bo kojarzy mu się z komunizmem. „‚Postępowy’ to liberalny, lewicowy. Jeśli kwestionujesz poprawność polityczną, jesteś prawicowym zacofańcem z piekła rodem, rasistą, niewrażliwym na los mniejszości gruboskórnym typem,” pisze Matthew, a ja czuję się, jakbym czytała facebookowy wpis Dawida Wildsteina. Coś w tym jest, tyle, że kwestionowanie poprawności politycznej niekoniecznie musi oznaczać prawicowość. Bo niby dlaczego? Może w Stanach wszystko jest bardziej czarno-białe? Nie wiem. U nas ta sytuacja jest zdecydowanie bardziej zagmatwana.

„Wyznaję wolność jednostki, przeciwstawiam się każdej opcji, która ogranicza wolny wybór. Ekonomia i polityka są moją religią. Nie mieszam się do cudzych poglądów religijnych, nie głoszę purytańskiej obyczajowości. Mam tu zbyt wiele na sumieniu”. Super Matthew! Wprawdzie pojęcie religii rozumiemy pewnie nieco inaczej, bo mnie ani ekonomia, ani polityka aż tak bardzo nie wciąga. Niestety, później autor narzeka na Unię Europejską i to, że tak bardzo zniewala kraje członkowskie. Szkoda, że nie wie, że potomkowie polskich Żydów w Izraelu starają się o polskie obywatelstwo właśnie po to, aby w razie potrzeby móc wyjechać do tej „złej” Unii, mieszkać tu i pracować bez problemów. Wielu Polaków zresztą też dzięki Unii ma gdzie pracować. Wyjechali do Irlandii, Wielkiej Brytanii i innych krajów i, wbrew temu co piszą niektóre gazety, wracać nie zamierzają. Bo i do czego? Do Polski, która wciąż nie może się podnieść po reformach, jakie zafundował jej idol młodego Tyrmanda Leszek Balcerowicz?

W tej książce dużo jest o Wall Street, bo to miejsce, o którym Matthew marzył od dzieciństwa. Chciał robić karierę, zarabiać mnóstwo pieniędzy, jeździć najlepszymi samochodami. Rekrutacja była sprawdzianem umiejętności, który nie każdy potrafił przejść. Sama praca również nie należała do łatwych. Pracowało się w zasadzie non stop. Matthew opowiada, o której kładł się spać, a o której wstawał sprawdzając najnowsze wiadomości. Cały czas trzymał rękę na pulsie. Nie miał wyjścia. Skoro chciał zarabiać duże pieniądze, musiał też dużo poświęcić. W końcu jednak powiedział „dość”. „Uwiodło mnie przekonanie, że to, gdzie stoję, zależy ode mnie,” pisze Matthew, a zaraz później dodaje: „Jesteś wart tyle, ile udało ci się wyciągnąć z ostatniej transakcji”. Później pojawia się kolejna intrygująca myśl: „W końcu znajdę swój sposób, by zbić tę fortunę. Dobrze się uczyłem w szkole, nieźle sobie radziłem na uniwersytecie, potem na Wall Street. Zebrałem sporo doświadczenia dotyczącego zarabiania pieniędzy. Może ta książka, kupi ją pięć milionów Polaków w kraju i milion Polonii… Może chwycą jakieś kubki, czapki z logo Tyrmand… może tyrmandówka… A poważnie – z tą książką chodzi o to, by się zbliżyć do Polski, do taty”. Tyle, że tej Polski i taty jest w książce jakby za mało. W naszym kraju Matthew zajmował się głównie piciem wódki i podrywaniem dziewczyn. Narzeka też na brzydotę Łodzi, ale pewnie dlatego, że nie był w Katowicach.

Matthew zna ojca głównie z opowiadań matki i anegdot usłyszanych od jego znajomych. „Za Hitlera, jak bohater ‚Filipa’, sypiał z Niemkami, bo za to Polakom groziła kara śmierci. A on jeszcze obrzezany. To musiała być niezła adrenalina. Pasuje mi ten kawałek do jego portretu,” pisze, by zaraz później dodać: „Wkurza mnie, że nie zostawił mamie ubezpieczenia na życie, że miał nas za późno i dlatego nie zrobiłem majątku w czasie hossy na Wall Street”. I znów powraca to Wall Street. Szkoda. Matthew miał cztery lata, kiedy zmarł jego ojciec. Nie może go pamiętać zbyt dobrze. Zna go głównie dzięki książkom, i to tym, które zostały przetłumaczone na angielski. „W Polsce nosił krzyż, przyjął chrzest, pracował w ‚Tygodniku Powszechnym’. W Stanach stworzył pismo katolickiego think tanku, wrócił do judaizmu, ale nie pamiętam, byśmy chodzili do synagogi. Leży pochowany na żydowskim cmentarzu, a na jego pogrzebie mowę wygłosił luterański pastor Richard J. Nauhaus”.

Rodzice Leopolda Tyrmanda w czasie wojny znaleźli się w obozie na Majdanku. Jego ojciec Mieczysław zginął (to po nim Matthew miał otrzymać imię), a matka Maryla przeżyła i po wojnie wyjechała do Izraela. „Zrobiła wszystko, żeby przeżyć” – to zdanie to cała jej historia, jaką poznał Matthew. Jego pradziadek, Zelman Hirsz, był zamożnym Żydem, właścicielem sklepu i składu skór. Należał też do zarządu synagogi Nożyków. Na żydowskim cmentarzu w Warszawie udało się odnaleźć jego nagrobek. Tyrmandowi pomógł w tym Przemysław Szpilman, jedyny przedstawiciel polskiej społeczności żydowskiej, którego wymienia w swojej książce. Z innymi nie chciał się spotkać? Dlaczego? Przecież rabin jest z Nowego Jorku, dogadaliby się idealnie.

„Słuchając moich wywodów o polityce, ktoś mógłby powiedzieć, że jestem prawicowy. Że powinienem kibicować Jarosławowi, ale faktycznie byłem szczęśliwy, że nie wygrał,” pisze Tyrmand. Brawo Matthew! Nareszcie mamy jakiś punkt wspólny. Co gorsza (gorsza, z punktu widzenia Hipster Prawicy, która pokochała Matthew chyba zbyt wcześnie), brał on udział w kampanii wyborczej Bronisława Komorowskiego. Wprawdzie tylko się przyglądał, podpatrywał, ale jednak tam był.

„Niech się dzieje co chce, a ja powiem, co myślę,” podkreśla Matthew. Na początku żałowałam, że w tej książce jest za mało Leopolda, za mało Polski, za mało tych poszukiwań, o których spodziewałam się przeczytać. Później jednak zdałam sobie sprawę z tego, że to przecież książka o Matthew, w którym tych rzeczy póki co jest rzeczywiście tak mało, bo poszukiwania wciąż trwają.

Matthew Tyrmand, Kamila Sypniewska „Jestem Tyrmand, syn Leopolda”, wyd. Znak

Katarzyna Markusz