Zagłada Żydów europejskich

„Dlaczego Niemcy to zrobili?” pytano podczas wykładów Raula Hilberga. „Bo chcieli,” odpowiadał naukowiec, który dokładnie zbadał mechanizmy, jakimi posłużyli się Niemcy, bo dokonać eksterminacji Żydów. Czytając najważniejszą książkę Hilberga, „Zagładę Żydów europejskich”, można w podobny sposób odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego alianci nie zbombardowali Auschwitz. Bo nie chcieli. Los Żydów nikogo, poza samymi Żydami, nie interesował ani przed wojną, ani w jej trakcie. Po wojnie też bywało różnie.

Monografia napisana prze Hilberga zaczyna się… w 306 r., kiedy to synod w Elwirze uchwalił zakaz małżeństw mieszanych i stosunków seksualnych między chrześcijanami i Żydami. Autor porównuje dalsze kościelne i nazistowskie działania przeciwko Żydom. Pokrywają się ze sobą prawie wszystkie. To tylko dowód na to, że nie Niemcy pierwsi zaczęli nienawidzić Żydów. Ich nienawiść skończyła się jednak w nadzwyczaj straszliwy sposób. „Chrześcijańscy misjonarze w gruncie rzeczy mówili: nie macie prawa żyć wśród nas jako Żydzi. Po nich nadeszli świeccy władcy, twierdzący: nie macie prawa żyć wśród nas. Wreszcie niemieccy naziści zadekretowali: nie macie prawa żyć,” pisze Hilberg.

Żydzi byli prześladowani na różne sposoby przez stulecia. Udało im się przetrwać, bo często zaniechiwali oporu, aby nie nasilać agresji nieprzyjaciela i nie powiększać strat, których można by uniknąć. Uległość nie była łatwa. „Jeśli Niemcom trudno było zabijać, jeszcze trudniej było Żydom umierać,” pisze Hilberg. Czym innym było zarejestrować swój majątek, czym innym przenieść się do getta, próbować przeżyć w nędznych warunkach, a w końcu wsiąść do pociągu jadącego do Treblinki. Niemieccy biurokraci dla własnego komfortu psychicznego nie mówili o mordowaniu, ale o „przesiedleniach”, „ewakuacji”, „emigracji”, „specjalnym traktowaniu”, a w końcu „znikaniu”. Podobnie oszukiwali siebie sami Żydzi, spośród których wielu do samego końca nie wierzyło czym w rzeczywistości jest Treblinka, Sobibór, Bełżec czy Majdanek. Nie chcieli wierzyć, chociaż docierały do nich pewne informacje.
Szefowie Judenratów w gettach w większości opowiadali się za posłuszeństwem wobec okupanta i szli na wiele ustępstw. „Oddawali jednych Żydów, by ocalić innych,” podkreśla Hilberg. Tak im się przynajmniej wydawało, ale według niemieckiego planu nie ocaleć miał nikt. Najpierw do obozów deportowano tych najuboższych, którzy nie mieli środków na łapówki, ani żadnych innych możliwości pozostania w getcie i przedłużenia choćby na chwilę swojego życia. „W Polsce większość ofiar posłusznie udawała się do punktów zbornych i podstawionych pociągów. Niczym krew tryskająca z otwartej rany, exodus z gett szybko odebrał życie istniejącej od wieków społeczności Żydów polskich.”

Niemcy często powtarzali, że to Żydzi wywołali wojnę; że spiskują i stanowią zagrożenie. Erich von dem Bach, wyższy dowódca SS, po wojnie stwierdził: „Wbrew przekonaniu narodowych socjalistów o tym, że Żydzi są wysoce zorganizowaną grupą, przerażający jest fakt, iż nie mają oni żadnej organizacji. Masa ludności żydowskiej została kompletnie zaskoczona. Zupełnie nie wiedzieli, co robić (…). To jest największe kłamstwo antysemityzmu, ponieważ zadaje ono kłam sloganowi, iż Żydzi spiskują, aby panować nad światem, zadaje też kłam tezie o ich dobrej organizacji.”

Żydzi nie mogli liczyć na pomoc swoich sąsiadów, którzy dzięki „przesiedleniom” nagle mieli do dyspozycji dodatkowe mieszkania, meble i inne sprzęty, jakich nie wywieziono do Rzeszy. Szybko zaczęli też zajmować opuszczone przez Żydów w pierwszych fazach prześladowań miejsca pracy. Nie wszyscy jednak potrafili zastąpić swoich żydowskich poprzedników. Nie wystarczyło być Aryjczykiem, aby dobrze prowadzić firmę, o której nie miało się żadnego pojęcia. Większość osób wobec dziejącej się tuż obok zagłady Żydów pozostała obojętna. „Neutralność to wielkość zerowa, która w nierównej walce działa na korzyść strony silniejszej,” pisze Hilberg. Silniejsi byli Niemcy.
Poszczególni Niemcy, biorący udział w kolejnych etapach eksterminacji, podczas powojennych procesów chętnie przytaczali przykłady pomocy udzielonej Żydom. Nie byli „antysemitami”, bo przecież zdarzyło im się pomóc jakiemuś „półżydowskiemu profesorowi fizyki (…), dyrygentowi żydowskiemu trochę dłużej prowadzić orkiestrę” itp. O takiej sytuacji mówił w swoim przemówieniu w 1943 r. Himmler: „A potem przychodzą wszyscy, 80 milionów poczciwych Niemców, i każdy ma swego przyzwoitego Żyda. Jasne, wszyscy inni to świnie, ale ten jeden Żyd to pierwsza klasa. Nikt z tych, co tak mówią, nie widział likwidowania Żydów, nie przeżył tego.” Niemcy jednak dzięki temu w pewien sposób się rozgrzeszali, bo chociaż brali udział w zagładzie innego narodu, mogli sobie wmawiać, że pomogli odrobinę choć jednej osobie.

„Państwa sojusznicze nie myślały o Żydach,” podkreśla Raul Hilberg. „Narody sprzymierzone toczące wojnę z Niemcami nie przyszły na pomoc ich ofiarom. Żydzi europejscy nie mieli sojuszników. W tej najczarniejszej godzinie byli sami, a świadomość tego opuszczenia wstrząsnęła przywódcami żydowskimi na całym świecie.” Sześć milionów śmierci dokonało się po cichu, obok zwykłego, normalnego życia, które toczyło się swoim własnym torem. „Paryscy intelektualiści przesiadywali w swoich kawiarniach, Pablo Picasso malował, a Jean-Paul Sartre pisał sztuki teatralne.” Najważniejszym celem aliantów w prowadzonej wojnie było zwycięstwo, a nie ratowanie Żydów. „Oswobodzenie ocalałych było niemal wyłącznie produktem ubocznym historii,” pisze Hilberg. „Alianci mogli pogodzić ze swoim wysiłkiem wojennym głosy potępienia Niemców za rozmaite rzeczy, nie byli jednak gotowi odstąpić od celów militarnych na rzecz ocalenia Żydów.”

Do ratowania swoich współbraci nie potrafili aliantów namówić nawet wpływowi amerykańscy Żydzi, o co później wielu ocalałych miało do nich pretensje. „Oni byli za zewnątrz,” pisał Rezso Kasztner (Rudolf Kastner). „My tkwiliśmy w środku. Ich nie dotknęły bezpośrednie następstwa; my staliśmy się ofiarami. Oni moralizowali, my baliśmy się śmierci. Współczuli nam i uważali, że są bezsilni. Chcieliśmy żyć i wierzyliśmy, że ratunek jest możliwy.” Hilberg, analizując dokumenty kolejnych sesji Konferencji Żydów Amerykańskich, zauważa pojawiający się wniosek, że „przywódcy państw alianckich byli nie tylko bezduszni, ale wręcz że swoją bezduszność zarezerwowali dla Żydów. Oskarżenie to odzwierciedlało głęboko zakorzeniony wśród Żydów niepokój. Była to niezwerbalizowana obawa, że alianci skrycie aprobowali to, czego dokonali Niemcy, oraz – w sprzyjających okolicznościach – mogliby nawet powtórzyć ten eksperyment.” Powtórka „tego eksperymentu” nastąpiła po latach w Rwandzie, gdzie plemiona Tutsi i Hutu toczyły ze sobą krwawe walki. Społeczność międzynarodowa nie chciała mieszać się w tę wojnę oraz długo odmawiała uznania masakr za ludobójstwo. Historia się powtórzyła, bo wyciąganie lekcji z przeszłości okazało się dla zachodniego społeczeństwa zbyt trudne. A może uznano, że Afryka nie jest warta starań i udzielania jej pomocy?

Po II wojnie światowej pojawił się problem uchodźców. Amerykański prawnik George Meader w swoim raporcie stwierdził, że Żydzi „nie chcą pracować, ale oczekują, że ktoś się nimi zajmie, i uskarżają się, gdy sprawy nie idą tak, jakby sobie tego życzyli (…). Jest wielce wątpliwe, że jakikolwiek kraj przyjąłby tych ludzi jako imigrantów.” Kongresmen Ed Gossett również sceptycznie odnosił się do przyjmowania wojennych uchodźców. „W sprawie Żydów polskich był przekonany, że właściwe dla nich miejsce leży po drugiej stronie żelaznej kurtyny,” pisze Hilberg. „‚Ktoś musi walczyć z komunizmem w tych krajach – stwierdził – a czyż niektórzy z nich nie są odpowiednimi do tego ludźmi?’ Gdy usłyszał o pogromach, zapytał sekretarza stanu George’a Marshalla: ‚Ale dziwi mnie jedno – dlaczego Żydzi mieliby być prześladowani w Polsce, skoro połowa rządu polskiego to Żydzi?'”

Tuż przed kapitulacją Niemiec ambasador tego kraju, Rudolf Rahn, próbował przekroczyć granicę szwajcarską. „Czy przyjdzie nam teraz podzielić los tego nieszczęsnego narodu? Czy rozproszymy się we wszystkie strony, oddamy nasze siły i zdolności budowie dobrobytu innych krajów, tylko po to, by wywołać ich opór? Czy losem Niemców będzie to, że będą u siebie wszędzie i nigdzie, nie będąc mile widziani?” zastanawiał się stojąc w śniegu. Niemcy obawiali się konsekwencji, jakie przyjdzie im ponieść. Wielu z głównych architektów Zagłady zbiegło do Ameryki Południowej. Spośród tych, którzy stanęli przed sądami, większość po kilku latach mogła liczyć na złagodzenie wyroku i szybsze opuszczenie więzienia. Na niektórych zbrodniarzach wykonano wyroki śmierci. Byli też tacy, których kariery rozwinęły się w nowych Niemczech. Doskonałym przykładem może być Hans Globke, pracownik MSW, który swego czasu nadał wszystkim Żydom imiona Israel i Sara. W 1953 r. został sekretarzem stanu u boku Konrada Adenauera.

Były szef IG Farben i IG Auschwitz, Otto Ambros, zapytany w latach 80. o swoją działalność w czasie wojny, odpowiedział: „To było bardzo dawno temu. Chodziło o Żydów. Już o tym nie myślimy.”

Raul Hilberg, „Zagłada Żydów europejskich” t. I-III, tłum. Jerzy Giebułtowski, wyd. Piotr Stefaniuk.

Katarzyna Markusz