Zło nie było banalne

„Zagłada Żydów europejskich” Raula Hilberga po wielu latach doczekała się polskiej edycji. O autorze i jego pracy mówi Jerzy Giebułtowski, który przetłumaczył na język polski wszystkie książki napisane przez Hilberga.

Katarzyna Markusz: Kiedy Hilberg zaczynał pracę nad swoją książką „Zagłada Żydów europejskich” pod kierownictwem Franza Neumanna, ten powiedział mu: „To będzie Twój pogrzeb”. Co Neumann wtedy wiedział, z czego nie zdawał sobie sprawy Hilberg?

Jerzy Giebułtowski: „Zagłada Żydów europejskich” Hilnerga, która ukazała się później w formie książkowej, była pracą pionierską. Nikt nie zajmował się tym tematem wcześniej. Druga rzecz, którą Neumann niejako wywróżył Hilbergowi, to jest to, co później stało się pretekstem do rozmaitych zarzutów. Chodziło o rolę samych Żydów w procesie Zagłady, przede wszystkim w Judenratach i Ordnungdienst, czyli policji żydowskiej. To była jedna z głównych kości niezgody między Hilbergiem, a jego krytykami. W swojej autobiografii „Pamięć i polityka” Hilberg pisze, że odrywa się od głównego nurtu badań naukowych i wkracza na teren, który omijali zarówno naukowcy, jak i ogół społeczeństwa. Hilberg zgodził się usunąć ze swojej pracy magisterskiej tezę, że Niemcy korzystali z tego, iż Żydzi wykonując zarządzenia współpracowali przy własnej zagładzie. Później włączył to jednak do swego doktoratu i książki. To był właściwie jeden z najważniejszych zarzutów, z jakimi Hilberg się spotykał. Jest jeszcze trzeci wymiar tej sprawy. Hilberg pracował nad „Zagładą Żydów europejskich” całe życie. Zaczął pisząc pracę magisterską, a zmarł dokonując ostatnich uzupełnień. Jest to jego pierwsza, a zarazem, jak się później okazało, ostatnia książka.

Czy również z tego powodu Jad Waszem krytykowało tę książkę? Hebrajski przekład został wydany dopiero w ubiegłym roku.

Tłumaczowi trudno jest powiedzieć, ale na pewno jeden z zarzutów, jakie Hilberg przytacza w swojej autobiografii, jest taki, że oparł się głównie na źródłach niemieckich, przede wszystkim na dokumentach norymberskich i tym co zostało zgromadzone w przejętych archiwach administracji niemieckiej. Podstawowy zarzut dotyczył tego, że korzystając ze źródeł niemieckich, nie korzysta z relacji w języku polskim, rosyjskim, jidysz. Kontrargument Hilberga brzmi dość przekonująco. On zadaje pytanie, czy uwzględnienie nowych dokumentów, w innych językach, uwzględnienie istoty tego zarzutu Jad Waszem, zmieniłoby ogólny obraz. To jest pytanie retoryczne.

Dzieło Hilberga, na początku ignorowane, później krytykowane, z czasem zyskiwało jednak uznanie. Czy jego oponenci jednak uznali, że to Hilberg ma rację?

Wydaje mi się, że nie. Hilberg zmarł jako wielki samotnik w najdalszym zakątku Stanów Zjednoczonych. Można powiedzieć, i mam nadzieję nie będzie to nadużyciem, wszyscy historycy Zagłady są z Hilberga. Jak się rzuci okiem na spis treści tej książki to jest to właściwie sproblematyzowana Zagłada. To jest konspekt – co należy ująć, gdy pisze się monografię Zagłady. Zastanawia fakt, że w pracach o Zagładzie to Hilberg, jeżeli jest cytowany, to najczęściej raz, może dwa. Ale wydaje mi się, że wypada oddać mu sprawiedliwość, że to on jest założycielem tego nurtu w historiografii. Nie przypadkiem ta książka ukazuje się w Izraelu dopiero teraz; nie przypadkiem ukazała się w małym wydawnictwie w Niemczech. W pewnym sensie losem Hilberga jest też to, że w Polsce wydaje to osoba prywatna.

W Polsce nikt wcześniej nie chciał tego wydać?

Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN chciało wydać najpierw „Zagładę Żydów europejskich”, ale z powodu ograniczonego budżetu byli w stanie kilka lat temu wydać tylko „students edition”, czyli wydanie skrócone, na co autor się nie zgodził. Uważał, że ta książka powinna ukazać się w Polsce i w Niemczech w postaci pełnej. I dlatego Centrum wydało „Sprawców, ofiary, świadków”, a później jego autobiografię. Po ukazaniu się „Sprawców…” obecny wydawca, Piotr Stefaniuk, skontaktował się z Centrum w sprawie wydania książki Hilberga własnym nakładem.

Obecne polskie wydanie „Zagłady Żydów europejskich” jest najpełniejsze, bo autor cały czas nad nim pracował i nanosił swoje poprawki.

W 2007 roku dostaliśmy od Hilberga 107 stron poprawek spisanych z myślą o kolejnym wydaniu. Dwa najnowsze wydania to przekłady – na hebrajski i polski. Można powiedzieć, że pracował nad tym całe życie. Zajmował się też innymi rzeczami, ale w międzyczasie odkładał sobie materiały z kwerendy, które najbardziej rozbudowały tę książkę. Największa różnica treściowa jest między pierwszym (1961) a drugim (1985) wydaniem.

Hilberg skupił się w swojej książce na Niemcach i pokazał Zagładę jako proces administracyjny wykonany przez biurokratów.

Hilberg był pozytywistą. Postrzegał swoją pracę jako badania empiryczne, czyli badania dokumentów. Wybór perspektywy, wybór metodologiczny, wynika z dość istotnego założenia. Hilberg uważał, że to sprawca miał obraz całości, nie ofiara. Ofiara miała obraz cząstkowy. Aby uzyskać obraz kompleksowy, w miarę pełny, trzeba przeanalizować i zbadać przede wszystkim sprawców, czyli wytworzone przez nich dokumenty. Co nie znaczy, że w tej książce nie ma relacji, ale jak się porówna Hilberga z Saulem Friedlanderem, różnica jest ogromna.

Hilberg pisze, że w pewnym momencie Zagłada przestała się Niemcom opłacać, bo więcej wydawali na przeprowadzenie tego procesu, niż na nim zyskiwali.

Hilberg jest świadom chaosu strukturalnego III Rzeszy. Przytacza w swojej książce nawet takie przykład, że niektóre komórki SS „rywalizowały” między sobą o Żydów. Komórki gospodarcze SS potrzebowały wysokiej klasy fachowców. Próbowano więc nie tyle ocalić, co wykorzystywać Żydów w zamkniętych zakładach, póki byli potrzebni. Zdarzało się, że przyjeżdżało odpowiednie Sonderkommando i wysyłało ich do któregoś z ośrodków zagłady. Hilberg powtarzał, że nie było budżetu Zagłady. Całość została sfinansowana ze środków zagrabionych Żydom.

„Zwykli ludzie wykonywali niezwykłe zadania sięgając po to, co ostateczne”. Czy to oznacza banalność zła, jak u Hannah Arendt?

Hilberg nie zgadza się na banalność zła. W nawiązaniu do Arendt pisze: „Nie dostrzegła ogromnej skali czynów tego człowieka, który z niewielkim sztabem ludzi nadzorował i manipulował Judenratami w różnych krajach europejskich, przejął część pozostałego mienia żydowskiego w Niemczech, Austrii, Czechach i na Morawach. Przygotował też żydowskie regulacje prawne w państwach satelickich, organizował transport Żydów do miejsc egzekucji i obozów zagłady. Nie ustaliła przebiegu ścieżek, które Eichmann wytyczył w gąszczu niemieckiej machiny administracyjnej na potrzeby swych bezprecedensowych działań. W tym złu nie było żadnej banalności.”

Co mówi Hilberg o świadkach Zagłady? O mieszkańcach tych, krajów, w których Zagłada się wydarzyła?

Hilberg używa słowa bystanders, które oznacza ludzi przyglądających się. Oni są świadkami w tym sensie, że wiedzą, co się dzieje, ale nie uczestniczą w tym. Ta kategoria z triady „Sprawcy, ofiary, świadkowie” jest najbardziej krytykowana. Postuluje się wydzielenie podkategorii wśród tych świadków. W „Zagładzie Żydów europejskich” autor skupia się na sprawcach. Używa też słowa „neighbours” – sąsiedzi, a nie bystanders. Najostrzejsza krytyka skierowana jest przeciwko aliantom, którzy nie zbombardowali Auschwitz. Można powiedzieć, że to są ci najważniejsi bystanders – ci, którzy stali z boku.

Jest też mowa o próbach zawiadomienia świata o dziejącej się zagładzie Żydów. Próbach, które…

… były udane. Świat wiedział. Ale nic z tym nie zrobił.

Dlaczego?

Hilbergowi wychodzi z dokumentów, że celem było wygranie wojny. Alianci skupili się na wygraniu wojny w Europie. Taki był priorytet.

Katarzyna Markusz

Foto: Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN (Jakub Petelewicz)