Pamięć Jom HaSzoa

O tej samej godzinie w wielu miejscowościach z Izraelu rozlega się dźwięk syren. Wszyscy wstają ze swoich miejsc przy kawiarnianych stolikach, wysiadają z samochodów, przerywają pracę, zakupy, rozmowę ze znajomymi. Cały kraj zatrzymuje się na chwilę w Jom HaSzoa. Zatrzymuje się, by pokazać, że pamięta.

Bez pamięci o historii nie można tworzyć przyszłości. Pamięć ma uczyć i pomagać zrozumieć pewne rzeczy, zwłaszcza takie, które nie mogą powtórzyć się w przyszłości. I my mamy dbać o to, by się nie powtórzyły.

W ubiegłym roku w miejscowości Kfar Saba odwiedziłam profesora Aarona Seidenberga. Ten starszy pan bardzo chce poznać historię swojej rodziny. Próbuje uzupełnić te cząstki swojej tożsamości, których nie udało mu się poznać. Bo nie miał od kogo. Jego rodzice wzięli ślub w czasie wojny w getcie w Sokołowie Podlaskim. Później uciekli do Warszawy. Uznali, że tam będzie im łatwiej przetrwać. Aaron urodził się tuż przed wybuchem powstania. Jego matka, chcąc ratować syna, oddała go do katolickiego sierocińca przez pośrednika, który nie podał jej prawdziwych danych. Jego ojciec zginął. Po wojnie matce udało się odnaleźć Aarona, chociaż został już adoptowany. Wkrótce wyjechali do Izraela. Teraz Aaron próbuje odtworzyć straconą historię swojej rodziny.

Kiedy wraz ze znajomymi wyszliśmy z domu Aarona, na parkingu usłyszeliśmy, że ktoś rozmawia po hiszpańsku. Eduardo, który mi towarzyszył, szybko zwrócił się w tamtą stronę. Okazało się, że tuż koło nas stoi jego dawno niewidziana ciotka, która przyjechała tu z Ameryki Południowej, by odwiedzić kuzynów. Ona też urodziła się w Sokołowie.

Towarzyszące jej wnuki wiedziały gdzie jest to miasto. Znały rodzinną historię. Przypadkowe spotkanie przerodziło się w kolejną wymianę wspomnień.

W trakcie uroczystości z okazji Jom HaSzoa na cmentarzu Holon w Izraelu spotkałam więcej takich osób, których historia zaczyna się w małym polskim miasteczku na wschód od Warszawy. Takich, którzy się tam urodzili i pamiętają przedwojenne życie jest niewielu. Drugie i trzecie pokolenie tę pamięć kontynuuje. Kiedy zapytałam Bet-ami o jej rodzinną historię, jej kilkunastoletni wnuk szybko powiedział, że to on mi ją opowie. Opowiadał więc o prababci, która zafascynowana syjonistycznymi ideałami, pragnęła wyjechać do przedwojennej Palestyny i budować nowy kraj. Jej rodzice nie zgadzali się na to. Byli rodziną majętną, a daleka podróż i trudne warunki jakie panowały na miejscu raczej ich odstraszały. Ich córka była jednak zdeterminowana. Uciekła z domu i, aby nie rozpoznała jej powiadomiona przez rodziców policja, w męskim przebraniu wsiadła do pociągu. Na dworzec, w poszukiwaniu córki przyszli też jej rodzice. Kiedy pociąg ruszył zauważyła ich przez okno. To był ostatni raz, kiedy ich widziała. Ona pojechała budować nowe żydowskie państwo, oni zostali zamordowani w komorach gazowych Treblinki.

Zanim pojechałam do Izraela postanowiłam odwiedzić Muzeum Auschwitz. To trudne miejsce, które nie może służyć zwykłym wycieczkom. To miejsce, w którym każdy, nawet jeśli przebywa w grupie, jest sam. Zwiedzając poszczególne miejsca poznawałam historię dawnego obozu i pracę dzisiejszego muzeum. Duża grupa konserwatorów dba o najmniejsze nawet przedmioty, aby mogły stanowić świadectwo dla kolejnych pokoleń. Od czasu do czasu pomaga im w ramach wolontariatu młodzież z Niemiec, Polski, Anglii, krajów skandynawskich, a nawet z Rosji. Muzealne archiwum z kolei stara się dostarczyć informacje na temat więźniów obozu. Każdy może się tam zwrócić. Najbliżej zwiedzających są jednak przewodnicy, którzy pokazują poszczególne budynki i opowiadają o ich historii. Moja przewodniczka pracowała wcześniej w archiwum, które znajduje się na terenie muzeum. „Byłam szczęśliwa kiedy padał deszcz i mogłam zabrać do pracy parasol. Wtedy zasłaniałam nim sobie widok komory gazowej, którą mijałam po drodze,” powiedziała.

Dziś tę komorę zobaczyć może każdy zwiedzający muzeum. To ciemne, surowe pomieszczenie. Kiedy stoi się w jego progu, trudno myśleć o czymkolwiek innym niż to, co się tutaj wydarzyło kilkadziesiąt lat wcześniej. Trudno nie czuć strachu, który wsiąkł w te betonowe ściany. W suficie wciąż są otwory, którymi wrzucano trujący Cyklon B. To tutaj umierały ofiary, a ich ciała palone były w krematorium znajdującym się w pomieszczeniu obok.

Będąc tam zrozumiałam, że to miejsce nie służy tylko do poznania przeszłości , ale również do poznania samego siebie; do zmierzenia się ze swoim strachem przed odpowiedzialnością za historię.

W Jom HaSzoa pamiętam o tych wszystkich ocalonych, których poznałam w Izraelu oraz o tym, jak pierwszy raz przekroczyłam próg komory gazowej z Muzeum Auschwitz. Pamiętam o tym, co te dwie rzeczy ze sobą łączy. Pamiętam o tym, co jest dla mnie ważne. Pamiętam o tych, którym odebrano szanse. Pamiętam, aby tę pamięć przekazać dalej.

Katarzyna Markusz