Nienawidzę wojny

Nienawidzę wojny. W czasie wojny trzeba się zawsze opowiedzieć po którejś ze stron, wybrać: „my” i „oni”. Zaakceptować wszystkie działania „naszych” i potępić działania „obcych”. Chociaż „nasi” często dopuszczają się zbędnych okrucieństw, a „oni” wznoszą się czasem na wyżyny człowieczeństwa.

W czasie wojny pierwsza umiera prawda. W czasie wojny triumfuje głupota, okrucieństwo i najprymitywniejsze instynkty. Zamiera prawo, zacierają się granice między dobrem a złem.
W czasie wojny nie ma miejsca na sprawiedliwość. Wojna przynosi śmierć i zniszczenia, przynosi nieszczęścia i tragedie nawet tym, którzy jej nie chcieli. Krzywdzi wszystkich bez żadnego wyjątku: mądrych, głupich, wysokich i niskich, grubych i chudych, starych i młodych, dobrych i złych.

Byłem wielokrotnie w Izraelu i w 18 spośród 22 krajów Ligi Arabskiej. Z Izraelem mam cztery zasadnicze kłopoty. Po pierwsze nie wiem, czy jest to państwo świeckie, czy wyznaniowe; granice wydają mi się niezbyt jasno określone. Po drugie nie udało mi się zgłębić stosunku obywateli do Shoah. Na Jaffa Street czy Ben Jehuda nikt o tym nie myśli. Ale może nie da się po prostu żyć z tak ogromnym ciężarem na piersiach. Po trzecie nie potrafię racjonalnie określić źródeł siły, niezbędnej do życia w stanie oblężenia, w ciągłej wojnie, nieustannym poczuciu zagrożenia. Mnie do szaleństwa doprowadzał już nieustanny dźwięk myśliwców, krążących 24 godziny na dobę na niebie nade mną. Po czwarte nie rozumiem, jak mogą czuć wspólnotę narodową otwartogłowi intelektualiści, naukowcy czy urzędnicy z ostentacyjnymi ortodoksami; łączy ich tylko chyba wspólne poczucie zagrożenia.

Moich kłopotów z Palestyńczykami jest znacznie więcej. Mam wrażenie, że ogromna większość to ludzie najzupełniej normalni, pokojowi, życzliwi, inteligentni. A oddali się w ręce ekstremistycznej mniejszości. Mam poważne wątpliwości, czy tworzą naród. To raczej struktury plemienno-klanowe, z liderami, których autorytet rzadko opiera się na mądrości, prawie zawsze na sile i pieniądzach, zdobytych przeważnie w nieczysty sposób. Jednoczy ich tylko niechęć, często nienawiść do Izraela. Właśnie: nienawiść: to, co mi u wielu Palestyńczyków zawsze imponowało, to to, że się spod władzy nienawiści potrafili uwolnić, chociaż są jej uczeni od kolebki. „Dobry Żyd to martwy Żyd”, słyszą, czytają, odkąd są w stanie cokolwiek ze świata zrozumieć. A mimo to spod tej powszechnej doktryny, rozpowszechnianej przez wszystkie struktury świeckie i religijne, potrafią się wyzwolić. I rozumować normalnie. Nie, nie spotkałem ani jednego Araba, który kochałby Izrael. Ale od miłości do nienawiści droga daleka i większość Palestyńczyków odczuwa do Izraela niechęć, ale nie nienawiść. Znacznie żywsze uczucia okazują często w stosunku do swoich „władz” i często płacą za to wysoką cenę.

Jak wszyscy wiedzą, w Strefie Gazy rządzi Hamas, „entuzjazm” i jednocześnie skrót od Islamskiego Ruchu Oporu. Organizacja terrorystyczna, złożona z fanatyków religijnych. Organizacja terrorystyczna dla świata zachodniego, ale nie dla Rosji, Chin czy większości krajów arabskich.

Fanatycy są  z a w s z e  niebezpieczni. Nawet wtedy, kiedy religię zastępuje ideologia. W wypadku Hamasu mamy jedno i drugie: religię i ideologię. I w przeszłości i obecnie, społeczeństwa starają się oddalić od siebie to niebezpieczeństwo, zwalczać fanatyków. Kilka krajów arabskich podjęło w ostatnich dziesięcioleciach taką walkę; ostatnio Egipt. Palestyńczycy z Gazy jej nie podjęli. Nie chcieli, albo nie mogli. Nie chcieli, bo Hamas rozdaje pieniądze i żywność. Nie mogli, gdyż Hamas okrutnie, totalitarnie rozprawia się ze wszelką opozycją.

Religia i ideologia Hamasu usprawiedliwia wszystko, każdą zbrodnię, złamanie każdej zasady. Tak jak za Hitlera, tak jak za Stalina. Terror, masakrowanie niewinnych, używanie żywych tarcz, umieszczanie arsenałów i wyrzutni w świątyniach, w szpitalach, w szkołach, placówkach ONZ-u.

Wspierany przez Iran, rebelię syryjską, organizacje i indywidualnych sponsorów z Kataru i Arabii Saudyjskiej Hamas urósł w siłę. Zbudował sieć tuneli między Strefą Gazy i Egiptem, oraz Strefą Gazy i Izraelem, przez które szmuglował towary i broń. Całe mnóstwo broni. Tysiące rakiet. W ciągu ostatnich lat, ze Strefy Gazy na Izrael wystrzelono 13 tysięcy rakiet, w większości robionych ma miejscu, w Gazie, ale także potężniejszych, z importu, zdolnych osiągnąć prawie każdy ważniejszy cel w Izraelu, w tym centra dużych miast, w tym ośrodek nuklearny w Dimonie.

Tego nie tolerowałoby żadne państwo na świecie. Zawsze mnie dziwiło, dlaczego toleruje to Izrael. Ostatnia częściowa Inwazja Strefy Gazy była więc dla mnie posunięciem logicznym.
Dalszy ciąg już nie.

W 2006 r. Izrael wtargnął na terytorium Libanu, by wyeliminować zagrożenie rakietowe ze strony innej fanatycznej organizacji terrorystycznej, szyickiego Hizballahu, ale wycofał się, nim osiągnął cele strategiczne. Na przełomie lat 2008/2009 Izrael wkroczył do Gazy, ale wycofał się, nim osiągnął strategiczne cele. W 2012 r. 8-dniowa operacja militarna została przerwana jednostronnym zawieszeniem broni, a Izrael nie osiągnął strategicznych celów: Hamas nie został zniszczony, jego potencjał militarny nadal był groźny – o czym świadczą kolejne 2 tysiące rakiet, jakie spady na Izrael. Teraz – czytam – Izrael znów wycofuje się z Gazy nim zniszczył Hamas i jego potencjał wojskowy. Śmierć ponad 60 młodych Izraelczyków znów poszła na marne. Ponad tysiąc zabitych, cierpienia setek tysięcy mieszkańców Strefy też poszły na marne. Po raz kolejny zaprzepaszczono szanse na pokój. A to mi daje do myślenia. Czyżby komuś z Jerozolimie zależało na podtrzymaniu przy życiu Hamasu? Czyżby komuś z Jerozolimy zależało na podtrzymywaniu tej trwającej już od trzech pokoleń wojny?

Swoistym, dramatycznym skandalem jest opis tych wszystkich wydarzeń przez światowe, zwłaszcza europejskie media. Dominuje potępienie Izraela za bezprzykładnie wstrzemięźliwą samoobronę, króluje „solidarność z pokrzywdzonym narodem palestyńskim”. Ustalona sztanca, przykładana do wszystkich relacji z Bliskiego Wschodu. Zero obiektywizmu, zero dociekania prawdy, zero elementarnej logiki w opisie wydarzeń. Pojedyncze głosy są zasykiwane jako „propaganda proizraelska”. Ci reporterzy ze Strefy Gazy, którzy zdobywają się na obiektywizm muszą być prędko stamtąd ewakuowani. Ale w zacisznych europejskich redakcjach obiektywizm jeszcze niczym nie grozi. A mimo to go brak. Ręce opadają.
Jeśli zaś chodzi o mnie, człowieka już w latach, który oglądał wojny w różnych częściach świata, to wszystko ma znaczenie drugoplanowe. Ja nie znoszę wojny i już. Mało mnie obchodzi kto i dlaczego ją rozpętał. Nie znoszę śmierci, nie znoszę zrujnowanych domów, nie znoszę łez, nieszczęścia, krzywdy, niedostatków.

Nie znoszę nienawiści, to ona do tego wszystkiego prowadzi. A na wojnie nienawiść to chleb powszedni, paliwo, którym trzeba podsycać każdy konflikt. Nie znoszę płaczących nad grobami bliskich rodzin i mam w nosie, czy dół na poszarpane, pozbawione życia ciało wykopano po jednej, czy po drugiej stronie którejkolwiek z granic.

Jacek Pałasiński