„Klucze i kasa”

„Ciągle przybiegają do mnie znajomi z wieściami, oczy mają szalone, działają jakby w gorączce. Pojawiło się dziwne określenie: ‘Przechować rzeczy’. Jakby u sąsiada były bezpieczniejsze (…). Dwie sąsiadki przy mnie zaczęły się spierać o to, która weźmie [moje] krzesła, która biurko,” pisze w liście do syna jedna z bohaterek powieści „Życie i los” Wasilija Grossmana. Rzeczy oddane „na przechowanie” rzadko wracały do pierwotnych właścicieli. Nie tylko dlatego, że po wojnie nie miał ich kto odebrać, ale również ze względu na zmieniające się przepisy, które utrudniały odzyskanie majątku.

Żydowscy właściciele kamienic, mieszkań, niewielkich sklepów i zakładów rzemieślniczych w czasie wojny zaczęli stopniowo znikać z krajobrazu swoich miejscowości. Niemcy najpierw nałożyli na nich wiele ograniczeń, później zamknęli w gettach, a na końcu zamordowali w obozach zagłady. Unicestwienie Żydów miało być operacją, która niejako sama się sfinansuje – kradzież przedmiotów osobistych, wyposażenia domów, dzieł sztuki, biżuterii itd. miała wynagrodzić Niemcom koszty, jakie ponieśli w związku ze swoimi działaniami. Nie wszystko jednak dało się wywieźć do Rzeszy. Na miejscu zostawały przede wszystkim budynki – domy handlowe, mieszkania, sklepy.

Nieruchomości, które znalazły się na terenie gett, po wojnie nie były w najlepszym stanie. Żydzi mieszkali tam przecież w trudnych warunkach, a gdy ich zamordowano, puste pomieszczenie kusiły okolicznych mieszkańców. „Stan w jakim znajdują się będące pod zarządem Urzędu Powierniczego domy dotychczasowej dzielnicy żydowskiej, wymaga w zdecydowanej części rozbiórki ze względu na niebezpieczeństwo zawalenia. Wiadomo, że po ‘wysiedleniu’ mieszkańców nocami zrywano [tzn. Polacy zrywali] dachy z domów w dobrym stanie; wszystko, co jest użyteczne – piece kuchenne, piece, rury, kable – wymontowywano, przez co naprawa tych domów jest już niemożliwa,” napisano w sprawozdaniu gospodarczym Banku Emisyjnego w Tarnopolu w 1943.

„Gdzieś za okupacji – trudno powiedzieć, w której dokładnie chwili – nastąpiło gwałtowne przestawienie wartości, jeśli chodzi o Żydów i to, co żydowskie. […] Po prostu od pewnego dnia lub tygodnia, gdzieś w lecie lub na jesieni 1942 r. nagle wolno było już wszystko,” uważa Jan Tomasz Gross [„Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”].

Żydzi byli warci tyle, ile mogli za siebie zapłacić. Posiadane przez nich przedmioty w dużym stopniu trafiły do Niemców. Niektórym udało się sprzedać część rzeczy Polakom. Inni oddawali znajomym na przechowanie, licząc na to, że po wojnie będą mogli je odebrać. „U Chowańców jest kaseta srebrna. Komplet na 12 osób, razem 101 sztuk. U Buczków są koszyczki i inne srebrne przedmioty. Część tego jest u Ady: 2 cukiernice i kieliszki […]. U Reychan jest amerykańska szafka na registraturę. U Rzepy amerykańska szafka żaluzjowa i mała półeczka na papier. U dozorcy szafa mała z półkami, to, co koło ich kredensu stoi. U Huchrowej maszyna do pisania Łazików. U W.W. są materace z łóżka Ady, które stoi u broni. Nocna szafka jedna jest u Józi,” pisała Gustawa Ehrlich w liście do córki.

Ulokowanie rzeczy u wielu różnych znajomych dawało większą szansę ich odzyskania po wojnie. Niektórzy tak bardzo przyzwyczajali się do nowych przedmiotów, że nie widzieli podstaw do ich zwracania ocalonym. Ci zaś, w wielu przypadkach, nie potrafili się przed taką sytuacją obronić. „Wszak każdy Polak miał choć jednego przyjaciela Żyda, który go prosił ze łzami w oczach o łaskę ulokowania rzeczy u niego. Wspaniałomyślnie zgadzano się, a jeśli Żyd okazał się grzecznym, to wyjechał do Treblinki i sprawa była wyjaśniona. Majątek się powiększył, sumienie czyste. Gorzej bywało, jeśli Żyd okazał się natrętnym, chciał żyć nadal i upominał się o swoje rzeczy,” pisał Calel Perechodnik. Tacy „natrętni” Żydzi byli na straconej pozycji. Powojenne prawo szybko zaczęło chronić nowych właścicieli, którzy stawali się nimi przez „zasiedzenie”.

Odzyskanie drobnych rzeczy osobistych, czy sprzętów domowych, zależało od dobrej woli przechowującego. Odzyskanie domu, czy sklepu, wymagało często sporych nakładów finansowych. Budynki obciążone były hipoteką, którą należało spłacić. To powodowało kolejne problemy. Byli jednak tacy, którzy potrafili sobie z tym poradzić. Wśród nielicznych ocalonych pojawiły się grupy Żydów niejako zawodowo zajmujące się odzyskiwaniem kamienic. Przedstawiali w sądzie odpowiednie zaświadczenia, wchodzili w posiadanie nieruchomości, a następnie szybko ją sprzedawali. Większość nie miała tyle szczęścia – a może raczej sprytu. Wyjeżdżali z Polski, zostawiając tu swoją przeszłość, swój dorobek, swoje wspomnienia. Wyjeżdżali, bo w powojennej Polsce nie było dla nich miejsca. Klucze i kasa przeszły już w inne ręce.

„Klucze i kasa. O mieniu żydowskim w Polsce pod okupacją niemiecką i we wczesnych latach powojennych 1939-1950” red. Jan Grabowski i Dariusz Libionka, wyd. Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN 2014

Katarzyna Markusz