Do Auschwitz przyjeżdżam od lat

Bardzo dobrze pamiętam swój pierwszy pobyt w Muzeum Auschwitz, gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych, z grupą naukowców z Jad Waszem.

Potem były kolejne, spotkania dyskusje, spacery, rozmowy. Poznawanie wystawy, pól Birkenau, miejsc dostępnych wyłącznie dla grup studyjnych, archiwum, stref konserwacji.
Miałem po drodze dobrych mentorów – Wandę Hutny, którą poznałem, gdy pomogła mi wypożyczyć z Muzeum biało-czerwoną flagę dla grupy polskich Żydów, biorących udział w pierwszym Marszu Żywych; Pana Stanisława Mączkę, który w tamtych latach zawsze pamiętał, że w obozie ginęli Żydzi, z jego fascynacją liczbami – ilością pasm kolczastego drutu, słupów, odległości i wymiarów – nieomal kabalistyczną.

No, a potem była rozmowa z pewnym młodym historykiem – mediewistą, autorem pracy o Brunonie z Kwerfurtu, zaskoczonym propozycją objęcia stanowiska Dyrektora największego upamiętnienia Zagłady. Gorąco doradzałem mu przyjęcie tej propozycji. Dziś, widząc jak bardzo zmieniło i zmienia się Muzeum, cieszę się taką odrobinę megalomańską myślą, że miałem w tym swój udział. Pan Mączka pomyślałby pewnie, że ten wybór to oczywistość – w tym roku urodziny Piotra wypadają właśnie w Jom Ha Szoa – Dzień Zagłady.

Nasza przyjaźń sprawiła, że jeszcze mocniej zaangażowałem się w sprawy Muzeum. Dzięki niemu poznałem też Dagmara i Agnieszkę, którzy otworzyli przede mną świat podobozów – resztki baraków w Monowicach, Jawiszowice, Budy – to wszystko, czym zajmuje się ich fundacja.

Myślałem, że widziałem już wszystko.

Błąd.

Oczywiście wiedziałem o Harmężach. Że jeden z pierwszych podobozów, stawy rybne, Borowski. Nie wiedziałem, że to również wejście do labiryntu stworzonego przez więźnia numer 432.

Wystawę Mariana Kołodzieja oglądałem stanowczo zbyt krótko – nieco dłużej niż godzinę. Aby objąć rozumem i wzrokiem świat, który narysował, należy pewnie spędzić tam wiele godzin. I pewnie tam wrócę. Zwiedzałem ten labirynt tuż przed rozpoczęciem Dnia Pamięci o Zagładzie.

Nie będę opisywał wystawy, gdyż zwyczajnie nie da się tego zrobić. Są zdjęcia, kolejne edycje albumów, ale absolutnie nic nie zastąpi wędrówki lodowatymi podziemiami franciszkańskiego kościoła.

Świat Zagłady. Sterty trupów i na wpół żyjących. Ziemia, na której schludny wygląd, korpulentna sylwetka to oznaki zła i zepsucia. Gdzie eleganckie są tylko mundury z trupią główką. Świat, który narysował więzień numer 432.

Jestem Żydem.

Straciłem w Zagładzie praktycznie całą rodzinę ze strony Matki. Kiedy za kilka dni, jak co roku, znajdę się pod Pomnikiem Bohaterów Getta, będę o nich myślał i pamiętał – i nie jest to żadna figura retoryczna. Będę zastanawiał się kim bym był, gdzie mieszkał, jaką miał rodzinę gdyby nie wydarzyło się to, o czym my, Żydzi, nigdy nie zapomnimy.

Nawet, gdyby takiego dnia w ogóle nie było.

Piotr Kadlčík