„Flagi nad gettem”

„Sześć milionów Żydów – mężczyzn, kobiet i dzieci – zostało zamordowanych przez Niemców w okresie II wojny światowej. Wysyłano ich do komór gazowych, rozstrzeliwano i głodzono na śmierć. Bezbronnych, niemogących liczyć na pomoc, wieziono na rzeź niczym stado owiec. Jakiekolwiek próby oporu przeciw Einsatzgruppen, specjalnym morderczym jednostkom SS, Wehrmachtowi i wielu kolaborantom rekrutującym się spośród narodów okupowanej Europy, były na ogół niemożliwe. Niemniej jednak zdarzały się: jako partyzanci w lasach i bagnach Białorusi, w Polsce i na Ukrainie, żydowscy bojownicy przygotowywali zasadzki na jednostki niemieckie i dokonywali sabotażu, natomiast w warszawskim getcie wybuchło powstanie – pierwszy bunt przeciwko Niemcom w okupowanej Europie”. Tak zaczyna swoją książkę „Flagi nad gettem. Rzecz o powstaniu w getcie warszawskim” Mosze Arens.

– Marek Edelman był jednym z moich duchowych mistrzów – przyznaje Witold Bereś. – Jednak wśród lewicy była niechęć do rozmowy o udziale prawicy w powstaniu w getcie. Dlatego cieszę się bardzo, że ta książka została napisana. Z perspektywy człowieka,który interesuje się historią dobrze, że powstała publikacja, która pokazuje udział w powstaniu zarówno ŻOB Mordechaja Anielewicza jak i ŻZW Pawła Frenkla.

– Wiele osób mieszkających w getcie liczyło na to, że uda im się przeżyć – przypomina Mosze Arens. – Dlatego obawiali się oporu wobec Niemców. Uważali, że to tylko wzmocni represje z ich strony i doprowadzi do tragicznego końca. Kiedy jednak rozpoczęto akcję wywożenia mieszkańców getta do obozu śmierci w Treblince, Żydzi zrozumieli, że nie mają wyboru.

„Kim byli żydowscy bojownicy, którzy śmieli wystąpić przeciw oddziałom i olbrzymiej potędze żołnierzy SS i ich ukraińskich współpracowników, znajdujących się pod komendą generała SS Jurgena Stroopa? Kto dowodził powstańcami w walce? Przyjęta wersja wydarzeń daleka jest od prawdziwego przebiegu wypadków” – pisze Arens, zwracając uwagę czytelników już na pierwszych stronach swojej książki na konflikt między poszczególnymi organizacjami.

Takie spory i konflikty wydają się rzeczą naturalną w okresie pokoju. Organizacje mają różne programy, pomysły i wizje przyszłości. Jedni chcieli wyjechać do Palestyny, drudzy pozostać w Polsce i tworzyć żydowską społeczność na miejscu. Niestety, spory nie ucichły po wybuchu wojny. Nawet podczas powstania w getcie warszawskim ŻOB i ŻZW działały oddzielnie, nie mogą porozumieć się ze sobą w sprawie ewentualne współpracy. Mało tego, ten konflikt przetrwał nawet samą wojnę. Główni przywódcy ŻZW zginęli w walce, nie było więc komu opowiadać o ich działalności. Członkowie ŻOB zaś marginalizowali ich udział w powstaniu.

– Nie ulega wątpliwości, że obie organizacje walczyły w getcie – mówi Witold Bereś. – O mordowanych Żydach zapomniał wtedy cały świat. Z przerażeniem czytam, że w pewien sposób zapomnieli także ich bracia z USA i Palestyny. Autor pisze o tym jednak dość łagodnie, tłumacząc niemożność działania zagrożeniem niemieckim. Brakuje mi w tej książce właśnie dyskusji o tym, czego nie zrobili Żydzi mieszkający poza Polską.

– Oczywiście, nie powinniśmy ignorować tego tematu, ale w mojej książce nie jest to główna sprawa – wyjaśnia Mosze Arens. – Ci, którzy walczyli w getcie byli zupełnie sami, odosobnieni. Nie zapominajmy również o tym, że nikt nie wierzył w to, co się tu dzieje. No bo jak ktoś może zabijać codziennie tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci? To nie dotyczyło tylko Warszawy. Ludzie nie chcieli w to wierzyć, bo przekraczało to ich wyobraźnię.

– Żydzi w getcie byli skłóceni do samego końca. A przecież można było zrobić znacznie więcej, gdyby partie myślały bardziej o całym narodzie, niż tylko o swoich sympatykach – uważa Witold Bereś.
– Ci, którzy zostali w getcie wiedzieli, że powstanie jest ich jedyną szansą, bo Niemcy i tak chcą ich wszystkich wymordować – mówi Mosze Arens. – Wcześniej uważano, że każda próba walki może spotkać się z surową karą. Dlatego do powstania doszło tak późno.

– Historiografia powstania zmieniała się – przypomina Michał Sobelman, który książkę przetłumaczył na język polski. – Ci, którzy przeżyli, ukształtowali pewną wizję powstania i była ona decydująca. Książka „Flagi na gettem” uzupełnia brakującą część naszej wiedzy na ten temat. Do tej pory historycy nie korzystali z tych źródeł i obraz powstania był inny. Teraz nadejdzie czas na bardziej rzetelną i uczciwą dyskusję. W historii nie ma dogmatów.

„Przed II wojną światową Warszawa była największym skupiskiem ludności żydowskiej w Europie i po Nowym Jorku drugim co do wielkości na świecie. Mieszkało tam prawie 370 tysięcy Żydów – jedna trzecia ogólnej populacji miasta i przeszło 10 procent ogółu ludności żydowskiej Polski liczącej wówczas 3,3 miliona (…). Charyzmatyczny przywódca Polski, Józef Piłsudski, odnosił się zazwyczaj z szacunkiem do mniejszości zamieszkujących kraj, w tym także do Żydów. Po jego śmierci w 1935 roku sytuacja zaczęła się jednak pogarszać. Antysemickie ustawy ograniczały przyjmowanie żydowskich studentów na uniwersytety, a polski rząd traktował ze zrozumieniem antyżydowskie zamieszki wszczynane przez chuliganów. Większość polskich Żydów pragnęła opuścić kraj – syjoniści zamierzali przenieść się do Palestyny, inni do jakiegokolwiek kraju, który zgodziłby się ich przyjąć. Jednakże brytyjskie władze w Palestynie przystały jedynie na niewielką ilość pozwoleń na imigrację (certyfikaty). Ci, którzy pragnęli wyjechać z Polski po dojściu Hitlera do władzy w Niemczech, dostrzegli, że większość państw na świeci woli, aby Żydzi pozostali poza ich granicami” – czytamy w książce. Jakby tego było mało, brytyjska flota wojenna blokowała palestyńskie wybrzeża. Uniemożliwiała tym samym ucieczkę Żydów z Europy i tworzenie tam żydowskiego państwa. Konfrontacja z syjonizmem trwała aż do maja 1948 roku.

Wiele osób próbowało dostać się do Palestyny nielegalnie. W wyjeździe z Europy upatrywali jedyną szansę na ratunek. W przededniu wojny, w sierpniu 1939 r. w biurach Bejtaru w Warszawie na liście osób chcących wyjechać do Palestyny znajdowało się 20 tysięcy nazwisk. 1200 z tych osób pojechało wówczas pociągiem z Warszawy do Bukaresztu. Stamtąd zamierzali popłynąć statkiem do Palestyny. Brytyjczycy zmusili jednak rząd Rumunii do cofnięcia wiz. Części z tych ludzi udało się nielegalnie dotrzeć do celu. Większość jednak zmuszona została do powrotu do Polski.

W czerwcu 1941 r. wojska niemieckie weszły do Wilna. Oznaczało to rozpoczęcie procesu systematycznej zagłady ludności żydowskiej. Do połowy grudnia zamordowano w Ponarach około 33 tysiące Żydów. „Salomon Entin po powrocie ze swej misji w Warszawie opowiadał, iż członkowie ego organizacji, z którymi rozmawiał na temat ruchu oporu, powiedzieli mu, że w przeciwieństwie do Wilna, które jest miastem „prowincjonalnym i komunistycznym”, w Warszawie, „światowym centrum”, nie jest możliwe, by Niemcy dokonali masowego mordu na społeczności żydowskiej” – pisze Arens. Nikt nie chciał wierzyć w możliwość eksterminacji. Skala i sposób dokonywania tych zbrodni wydawały się nieprawdopodobne. To w Wilnie najwcześniej zrozumiano niemieckie plany wobec Żydów. W tamtejszym getcie 31 grudnia 1941 Aba Kowner powiedział: „Nie idźmy jak stado baranów na rzeź! […] Jesteśmy wprawdzie słabi i bezbronni, nie mniej jednak jedyną odpowiedzią na mord jest obrona! Bracia, lepiej jest polec jak wolni bojownicy, niż wierzyć w łaskę morderców. Będziemy się bronić! Będziemy się bronić aż do ostatniego tchu!”

Przewaga Wilna nad Warszawą polegała też na tym, że poszczególne organizacje, które miały odmienne programy i przed wojną spierały się ze sobą, w getcie potrafiły się zjednoczyć. 21 stycznia 1942 r. powstała wspólna organizacja konspiracyjna FPO (Farajnikte Partizaner Organizacje – Zjednoczona Organizacja Partyzancka). Przedstawicielom poszczególnych partii w Warszawie sam pomysł takiego zjednoczenia wydawał się niemożliwy, a co dopiero jego realizacja. Konflikty między nimi były tak głębokie, że przetrwały nie tylko wojnę i powstanie w getcie, ale również towarzyszyły im wiele lat po zakończeniu niemieckiej okupacji.

Nawet likwidacja getta w Lublinie nie wpłynęła na zmianę poglądów warszawskich Żydów. Bracia Zwi i Mojżesz Zilberberg, którzy uciekli z Lublina zjawili się u prezesa warszawskiego Judenratu, Adama Czerniakowa. „Opowiedzieliśmy mu o deportacjach do obozu śmierci, że jesteśmy jedynymi, którym udało się uciec i dotrzeć do Warszawy. Przez przeszło dwie godziny opisywaliśmy mu straszne wydarzenia, których byliśmy świadkami. Czerniaków odpowiedział, że jego zdaniem przesadzają. Następnie dodał, że ma osobistą obietnicę od gubernatora Hansa Franka, że trzy największe getta w Polsce: Warszawa, Radom i Kraków pozostaną na swoim miejscu. Tak więc w Warszawie nie ma potrzeby się zamartwiać” – wspominał tę rozmowę po wojnie Mojżesz Zilberberg.

Mosze Arens opisuje następnie rozmowę, jaką odbyli bracia Zilberberg z Menachemem Kirszenbaumem, przewodniczącym Komisji Koordynacyjnej partii syjonistycznych w getcie. „Kirszenbaum przyjął ich serdecznym pozdrowieniem, następnie zwrócił się z pytaniem do Mojżesza Zilberberga: „Panie Zilberberg, co wydarzyło się w Lublinie? Czy prawdziwe są pogłoski, że sytuacja tam już się uspokoiła?”. „Tak, na cmentarzu rzeczywiście panuje spokój” – odpowiedział Mojżesz Zilberberg i opisał wydarzenia, których razem z bratem był świadkiem. Kirszenbaum nie chciał wysłuchać go do końca, przerwał mu, mówiąc: „Niech pan tych okropności nie opowiada w getcie. Lubelscy Żydzi wcale nie zginęli w Bełżcu i Sobiborze, jak pan twierdzi, w większości znajdują się w Równem i Pińsku. Otrzymaliśmy listy, z których wynika, że tamtejsza społeczność żydowska dobrze ich przyjęła. Otrzymałem również list od przyjaciela, znanego syjonisty, który twierdzi, że większość Żydów lubelskich jest obecnie w bezpiecznym miejscu”. Zilberberg wyjaśnił Kirszenbaumowi, że siedem tysięcy spośród 45 tysięcy lubelskich Żydów przeniesiono do Majdana Tatarskiego, biednej dzielnicy na wschodzie miasta, a pozostała część nie przebywa ani w Pińsku, ani w Równem, lecz została zgładzona. Dwaj bracia ostrzegali: „Podobny los czeka warszawskich Żydów, musicie wykorzystać czas, aby przygotować zbrojny opór przed likwidacją”. Słysząc te słowa, Kirszenbaum krzyknął: „To jest pogląd szalonych rewizjonistów i takie działanie może sprowadzić katastrofę na całe getto”.”

Ufność, jaką pokładali mieszkańcy warszawskiego getta w obietnice okupanta można by dziś nazwać przynajmniej naiwnością. Jednak Mosze Arens nie ocenia ludzi, o których pisze. Cytuje dokumenty, relacje, przedstawia fakty. Ocenę pozostawia czytelnikom. Przedstawiciele większości ugrupowań w getcie nie wierzyli w możliwość całkowitej zagłady nawet po rozpoczęciu tzw. wysiedleń, kiedy to transporty z tysiącami Żydów zaczęły odjeżdżać do obozu śmierci w Treblince. Ringelblum po zakończeniu deportacji napisał: „Dlaczego daliśmy się prowadzić na śmierć jak stado baranów na rzeź? Czemu wrogowi wszystko udawało się tak łatwo? Dlaczego kaci nie odnieśli żadnych strat? Czemu 50 esesmanów (są tacy, którzy twierdzą, że jeszcze mniej) z pomocą 200 policjantów ukraińskich i podobną liczbą litewskich zdołało przeprowadzić całą operację z taką łatwością? Od samego początku należało nie pozwolić na wysiedlenie. Powinniśmy wybiec na ulice, podpalić wszystko, co było w zasięgu naszych rąk, rozwalić mury i uciec na drugą stronę. Niemcy mściliby się na nas, zginęłyby zapewne dziesiątki tysięcy, lecz nie 300 tysięcy”.

W sierpniu 1942 r. do getta dotarła informacja, że wysiedlenia oznaczają w rzeczywistości śmierć. Bund wysłał jednego ze swoich członków, aby zbadał tę sprawę. Zalman Frydrych dotarł do Sokołowa Podlaskiego, gdzie zobaczył bocznicę kolejową dochodzącą do Treblinki. Przejeżdżały tędy każdego dnia pociągi pełne Żydów. Wagony wracały puste. Co działo się z tak dużą ilością osób na niewielkiej przestrzeni w lesie nieopodal wsi Treblinka? Mieszkańcy Sokołowa wiedzieli to doskonale. Niemcy dokonywali tam mordów na ogromną skalę. Jednak nawet mieszkańcy sokołowskiego getta nie wierzyli, że spotka ich ten sam los. Łudzili się, że Niemcy będą potrzebować pracowników i dlatego nie podzielą oni losu innych Żydów. Joseph Goebbels w swoim dzienniku napisał wówczas: „rzeczywiście rozgrywa się to na wielką skalę. Kwestia żydowska znajduje tu właściwe rozwiązanie, bez zbytnich sentymentów i obliczeń. Jest to jedyny sposób na jej rozwiązanie.”

Mosze Arens dokładnie opisuje powstanie obu organizacji walczących później w powstaniu w getcie: Żydowskiej Organizacji Bojowej, na której czele stanął 23-letni Mordechaj Anielewicz oraz Żydowskiego Związku Wojskowego dowodzonego przez Pawła Frenkla. Współpraca między nimi była niemożliwa. „Nawet wówczas, gdy stało się jasne, iż Niemcy są zdeterminowani zabić każdego Żyda bez względu na jego przynależność polityczną, wciąż nie można było pokonać przepaści między syjonistami i Bundem z jednej strony a rewizjonistami z drugiej” – czytamy we „Flagach nad gettem”.
A jednak do powstania doszło. Mosze Arens szczegółowo opisuje miesiące przygotowań, pierwsze próby oporu oraz samo powstanie.

Spotkanie, w którym udział wzięli Mosze Arens, Witold Bereś i Michał Sobelman odbyło się 26 czerwca 2011 w synagodze Kupa w ramach 21. Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie.

Katarzyna Markusz



About the Author

Katarzyna Markusz
Dziennikarka od 2001 roku, zajmująca się historią i kulturą polskich Żydów, prowadząca badania dotyczące społeczności żydowskiej w Sokołowie Podlaskim. Redaktor naczelna Jewish.pl.