“Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów”

Poruszający i prawdziwy obraz wydarzeń, o których nie możemy zapomnieć. Książka „Miasta śmierci” poświęcona pogromom Żydów we wschodniej Polsce w latach 1941-42 ukazała się 14 października nakładem Wydawnictwa RM.

Kilka lat temu dzięki głośnej książce Jana Tomasza Grossa w polskiej świadomości pojawił się temat Jedwabnego. Jednak był to jedynie wierzchołek góry lodowej. Wąsosz, Radziłów, Szczuczyn czy Jasionówka to tylko niektóre miasteczka i wsie, w których dochodziło do pogromów ludności żydowskiej – tym tragiczniejszych, że dokonywanych przez sąsiadów.

Książka Mirosława Tryczyka wprowadza zupełnie nowe informacje na temat zbrodni dokonanych na obywatelach polskich pochodzenia żydowskiego w latach 1941-1942. Na podstawie akt procesów toczących się w oparciu o tzw. Dekrety Sierpniowe, zeznań świadków żydowskich i polskich zebranych w latach powojennych, Żydowskich Ksiąg Pamięci spisanych przez ocalałych z Zagłady i rozmów przeprowadzonych podczas własnych badań autor buduje prawdziwy obraz wydarzeń, o których nie możemy zapomnieć. Analizuje również związki pomiędzy obecną w prasie i życiu społecznym ideologią narodową, nacjonalistyczną i antysemicką, a wystąpieniami antyżydowskimi z roku 1941. Wiele uwagi poświęca procesowi powojennego ukrywania i fałszowania prawdy o polskim udziale w holokauście.

Historyczne znaczenie opisywanych wydarzeń i analizowanej ideologii jest dla autora punktem wyjścia do pogłębionych rozważań nad źródłami oraz przejawami postaw antysemickich w Polsce z okresu drugiej wojny światowej, oraz szerzej – nad kondycją ludzką. Wydarzenia opisane przez autora to przerażający przykład tego, do czego zdolni są zwykli ludzie, jeśli uzbroi się ich w odpowiednią ideologię i da – choćby milczące – przyzwolenie na zbrodnię.

Mirosław Tryczyk
Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów w latach 1941-1942
ISBN 978-83-7773-086-7

O Autorze:

Dr Mirosław Tryczyk (ur. 1977) — doktor nauk humanistycznych. Autor książki Między imperium a świętą Rosją, a także artykułów i tekstów poświęconych problematyce historii myśli społeczno-politycznej, sztuce ikony oraz etyce. Laureat wielu nagród, w tym dla najlepszych absolwentów uczelni wyższych w VI konkursie pod patronatem Procter&Gamble Polska. Wielki miłośnik słowiańskiego wschodu.

O książce napisali:

Mirosław Tryczyk stworzył dzieło wielkie, jakie daremnie czekało od dziesięcioleci na historyków zdolnych a chętnych się jego podjąć.
prof. Zygmunt Bauman
Uniwersytet Leedski

Podkreślić należy, że autor, podejmując tak trudny i bolesny problem, wykazał się szczególną starannością w doborze i krytyce źródeł oraz znajomością warsztatu naukowego historyka.
dr hab. Piotr Rozwadowski
Społeczna Akademia i Nauk

Przedstawienie przez autora w sposób systematyczny i szczegółowy koszmarnego obrazu grzechów popełnianych przez Polaków wobec swych sąsiadów-Żydów jawi się jako warunek niezbędny ich odkupienia i zbawienia (…).
prof. dr hab. Aleksandra Jasińska-Kania
Uniwersytet Warszawski

Fragmenty:
Od końca lat trzydziestych, w łonie ruchu narodowego, zwłaszcza wśród radykałów z Obozu Narodowego Radykalnego, narastało przekonanie że w rozwiązaniu kwestii żydowskiej trzeba wzorować się na hitlerowskich Niemczech , mimo nawet pojednawczych encyklik ogłaszanych przez papieża. Z tego powodu z pochwałą spotykały się w tym środowisku politycznym ustawy norymberskie, segregujące Żydów od aryjczyków.

Sądzimy, że należy poznać doświadczenia niemieckie odnośnie kwestii żydowskiej po to, by wyciągnąć z nich wnioski odpowiadające polskiej sytuacji.

Z taką pozytywną oceną hitleryzmu i jego zbrodniczego stosunku do Żydów wiązały się szaleńcze koncepcje w obszarze polityki zagranicznej, jakie chcieli wprowadzić w życie polscy narodowcy, po objęciu rządów w Polsce. Pomysły owe miały polegać na dobrych opartych na strategicznym partnerstwie relacjach z faszystowskimi Niemcami, w celu zgniecenia Żydów w obu państwach i dopiero po ich zgładzeniu chcieli polscy narodowcy pokonać „neopogaństwo hitlerowskie” w Niemczech i doprowadzić tam do zwycięstwa, podobnie jak w Polsce, „integryzmu katolickiego”. Po czym wspólnie z już katolickimi i równie jak Polska totalitarnymi Niemcami, wspólny zaatakować i pokonać bolszewicką Rosję. Co więcej nawet ewentualny upadek III Rzeszy w konflikcie z Polską miał nie zamknąć drogi pochodowi antysemityzmu w Europie. W takiej sytuacji świętą żagiew antysemityzmu mieli ponieść dalej dzielni chłopcy z ONR.

Wyobrażają sobie [żydzi], że klęska Hitlera będzie automatyczną likwidacją antysemityzmu. Płonne i głupie nadzieje […] Ta wojna was nie ocali . Najważniejsza jest sprawa żydowska. […] Dziś właśnie, jak nigdy, nastręcza się okazja do jej rozwiązania.

Trzeba zwrócić uwagę na datę, kiedy padły deklaracje. Owo „dziś” wypowiedziane zostało 30 lipca 1939 roku, a więc na miesiąc przed wybuchem wojny, która zgładziła niemal całkowicie Żydów w Polsce i Europie. Plany w tym obszarze niemieckich i polskich antysemitów były zbieżne. Co więcej rozwiązanie „kwestii Żydowskiej” w Europie i Polsce postrzegano jako wstęp do zniszczenia komunizmu w Rosji, z uwagi na oczywiste dla polskich nacjonalistów związki komunistów z Żydami .

Jednak ewolucja polskich narodowców w kwestii ich stanowiska wobec Żydów wcale nie była tak jednoznaczna, jakby się mogło wydawać. To znaczy nie było wcale tak, że to wraz ze zbliżaniem się II wojny światowej retoryka antysemicka narastała w tym środowisku. Właściwie bowiem była ona nieprzejednana wobec Żydów od samego początku. Warto w tym względzie przytoczyć opublikowane w Warszawie w 1891 roku na łamach „Głosu” zręby antyżydowskiego programu, do którego później po wielekroć odwoływali się ideolodzy Narodowej Demokracji. Schematów ideologicznych antysemickich i szowinistycznych trzeba szukać nie tylko w piśmiennictwie samego Obozu Narodowo Radykalnego czy Stronnictwa Narodowego ale także w organach i wydawnictwach nawet luźno powiązanych ze strukturami obu tych partii jak: katowicka „Kuźnica”, należąca do prasy ONR Falangi, „Młoda Polska”, „Pro Christo” księży Marianów, „Komunikat SARP” –„ opanowanych” czasowo przez falangistów, dziennikach „Jutro”, a także periodykach prawicowych jak „Podlasiak”, czy „Rózga Podlaska”.
Niech za próbkę takich tekstów posłuży jeden z początkowych numerów pisma „Rózga Podlaska”. Trudno wyobrazić sobie przykład bardziej odpowiadający określeniu „mowa nienawiści”:

Najbardziej godna pogardy i najbardziej zgangrenowana, zgniła, zepsuta, żydowska rasa na świecie, a w swych dążeniach najpodlejsza i najbrutalniejsza…

Żydzi – to wyrzutki ludzkości!!
Żydzi – to męty narodów!!
Żydzi, jesteście tak podli, że zasługujecie na karę od czasu swego zjawienia się na świecie.

Mienicie się wybranem narodem – zaiste wybrał was szatan za narzędzie szerzenia zła i grzechy upodlenia…

Jesteście plemieniem wiecznie czołgającem się, zamkniętem w sobie – zwierzęcem, znikczemniałem…

Dosyć mam, gdy spojrzę na gromady żydostwa snującego się po ulicach, abym nie odniósł wrażenia że patrzę na całe ławice, na całe Bajory smrodliwego błota i kału…
Dosyć mam gdy spojrzę na ten łeb żyda pejsatego sierścią obrośniętego, na te ślepia głodnego tygrysa pełne mściwości aż do obłędu, na te wargi wydęte, które zda się za chwilę mają się otworzyć jak czeluście krateru i bryznąć lawą przekleństwa na wszystko to co wierzy w krzyż i co Polskie!

Żydzi – to kłamcy!
Żydzi – to pijawki krwiosące!
Żaden naród mordów i krwi chciwszy i mściwszy nie żył dotąd pod słońcem, niż żydzi.

Żydzi pełni wszelakiej złości i skąpstwa, zawiści i nienawiści są plagą naszą, ciężarem naszem, nieszczęściem naszem… (…) (RP 3/1923)

***
10 lipca 1941 roku wszystko zaczęło się wczesnym świtem.

W godzinach porannych do miasteczka zaczęli zjeżdżać się ludzie z okolicznych wiosek. Polacy zjeżdżali jednak przede wszystkim „rżnąć Żydów!”, cel rabunkowy był poboczny i nie najważniejszy. Świadczy o tym fakt, że w wyniku ekshumacji jaka została przeprowadzona w Jedwabnem w XXI wieku znaleziono na miejscu zbiorowej mogiły w stodole wiele cennych przedmiotów, monet, zegarków, kluczy. Ofiary zatem nie zostały obrabowane przed śmiercią. To nie rabunek był tym, czego chcieli Polacy dokonać tego dnia w miasteczku. Rabunek w mieście zaczął się dopiero po spaleniu stodoły.

To że żydowscy mieszkańcy Jedwabnego nie zostali obrabowani przed śmiercią, świadczy dobitnie o tym, że intencje sprawców były polityczne i ideologiczne, a nie rabunkowe.
Ludzie którzy dowodzili tego dnia wydarzeniami w miasteczku, robili to z wojskowym profesjonalizmem. Jak Jerzy T., przedwojenny członek Stronnictwa Narodowego i antykomunistyczny partyzant, należał do najbardziej aktywnych zbrodniarzy tego dnia i razem z S. zmuszał Żydów do rozbijania pomnika Lenina w Jedwabnem. Pozostali, jak on, też byli zdyscyplinowani i karni, zahartowani w bojach partyzanckich i wsławieni bitwą na Kobielnie i likwidacją miejscowego naczelnika NKWD Szewielewa, w maju 1941. Byli też sprawnie dowodzeni, polecenia wydawał im Karolak i Sobuta.

Tego dnia 10 lipca 1941 roku, niczym nie kierował w Jedwabnym przypadek ani chaotyczna logika tłumu. Wszystko zostało wcześniej zaplanowane i przygotowane. 10 lipca, w czwartkowy poranek zgodnie z przećwiczonym już w poprzednich masakrach schematem Polacy otoczyli Jedwabne i zgrupowali Żydów na rynku.

Henryk Z. zeznał po wojnie, że jeźdźcy na koniach penetrowali teren wokół Jedwabnego i chwytali tych Żydów, którzy podjęli próbę schronienia się na polach przed pogromem. Ci mordowani byli na miejscu lub topieni w pobliskim stawie. Z. podobnie jak N. i W. twierdzili, że ci ludzie na koniach, to ci sami co już wcześniej zrobili porządek z Żydami w Wąssoszu, Szczuczynie i Radziłowie.

Polacy najpierw wybrali 75 najmłodszych i najzdrowszych Żydów, którym rozkazali podnieść z miejsca i zanieść na rynek wielki pomnik Lenina, którego w swoim czasie Rosjanie postawili w centrum miasteczka. Potem część z tych mężczyzn została utopiona w dworskim stawie, a część została zamordowana, a następnie pochowana w masowym grobie jaki sprawcy wykopali w stodole przed jej spaleniem. Ich ciała przygnieciono fragmentami pomnika Lenina i prawdopodobnie nie zasypano, bo pomnik nosił liczne ślady opalenia ogniem, co stwierdzono w wyniku ekshumacji przeprowadzonej w XXI wieku.

To zbrodnicze posunięcie było w pełni racjonalne i świadczyło o żelaznej „logice zbrodni”, której tego dnia w Jedwabnem trzymali się sprawcy. Pozbawienie życia, w pierwszej kolejności, młodych, silnych mężczyzn, ojców rodzin sprawiło, że pozostali przy życiu, to jest kobiety, dzieci i starcy stali się bezbronni i wydani zupełnie na łaskę swoich oprawców.
Trzeba też pamiętać, że Żydowska społeczność w Jedwabnem została pozbawiona swoich młodych obrońców jeszcze przez sowietów, gdy około 100 młodzieńców Żydowskich zostało aresztowanych przez NKWD w 1940 r. Teraz to się mściło. Nie było komu bronić kobiet i dzieci przed polskimi napastnikami. Ci którzy zostali przy życiu i przetrwali wywózki na Sybir lub wcielenie do Armii Czerwonej, teraz zostali zabici w pierwszej kolejności.
Tak jak miało to miejsce w Grajewie, Goniądzu czy Szczuczynie, tak też w Jedwabnem na rynku odbyła się najpierw selekcja a potem zabijanie najsilniejszych. To potwierdza istnienie schematu działania, stosowanego przez Polaków operujących tamtego dnia w mieście.
W tym samy czasie kilka Żydówek zostało utopionych w studniach na rynku. Być może planowano utopienie wszystkich miejscowych Żydów, bo motyw topienia pojawił się w wielu zeznaniach i wskazywany był w wielu miejscach w miasteczku: w stawie dworskim w Jedwabnem, w rowach melioracyjnych w studniach ale ta metoda szybko okazała się nieefektywna. Mordercy podjęli więc decyzję o spaleniu Żydów w stodole.

Najpierw chcieli spalić ich w stodole Józefa Ch. ale gdy ten zaprotestował, to Bronisław Ś. oddał swoją stodołę dobrowolnie. Akcją na rynku dowodzili bracia z familii L. a Ś. jeszcze przed wojną miał spółkę budowlaną z rodziną L., znali się i pomagali sobie wzajemnie. Pomógł więc i teraz. K. i L. obiecali Bronisławowi Ś. szybko dostarczyć mu drzewo na nową stodołę, co zresztą nastąpiło.

Spirala przemocy i okrucieństw w Jedwabnym od tego momentu przyspieszyła i rozlała się już niepohamowanym strumieniem, także na okolice miasteczka. Jedwabieńscy młynarze, bracia Eljasz, M. i Dawid P., oraz ich rodziny ukryli się w młynie tego dnia przed świtem. O godzinie 10 rano, Staszek Sz. z innymi Polakami, jak L. i Sz. ze wsi Kossaki, pobiegli do młyna szukać ich tam a po znalezieniu zakatowali ich na śmierć.

Na drodze pozostawili też ciało synowej Chonka G., która była w dziewiątym miesiącu ciąży – jej brzuch rozciął R., który wcześniej pracował u G. Pan G. i jego syn uciekli, ale Polacy dogonili ich i złapali gdzieś na polu za Jedwabnem, tam ich zabito. Chatskell, syn Szmula i Pesze W., kowal, został zamordowany rękami Rulaskiego kawałkiem skórzanej końskiej uprzęży. Abram Aaron I. leżał na ulicy z wyciętym na piersi krzyżem. Wnuczka Chany Jenty, trzyletnia dziewczynka, schowała się w kurniku. Polacy znaleźli ją i wrzucili w ogień jak kawałek drewna.

Jankiela, rymarza, zabili w jego własnym domu.

W tym czasie na rynku Jedwabnego rozgrywały się równie dantejskie sceny.

Zgromadzeni tam Żydzi byli bici bez ustanku przez zgromadzonych Polaków, którzy utworzyli szpaler i tłukli Żydów z obu stron. Potem gdy już mieli dość, rozkazali im zebrać się w kolumnę marszową na czele z rabinem Awigdorem B. i miejscowym rzezakiem.
Rabinowi wręczyli do rąk czerwoną chorągiew i tak sformułowany pochód ruszył w stronę stodoły Bronisława Ś., śpiewając po drodze „przez nas wojna, za nas wojna”.

Niemcy zachowywali się biernie, nie interweniowali, nie brali udziału. Wszystko jedynie filmowali i cały czas robili zdjęcia. Wtedy niejaki K., człowiek szanowany w społeczności polskiej, podszedł do kolumny prowadzonych Żydów i wyprowadził z niej małą Żydowską dziewczynkę. Nikt nie protestował. W Jedwabnem ten fakt uratowania przez K. dziecka Żydowskiego urósł później, po wojnie, do rangi świetlanego przykładu, jak Polacy ratowali Żydów.

W tym samym czasie niejaki K…ski wpadł na posterunek, do komendanta polowej żandarmerii niemieckiej, która w ogóle nie włączyła się do wydarzeń dziejących się w miasteczku i zażądał wydania broni, bo Żydzi nie chcieli iść do stodoły. Jednak komendant żandarmów niemieckich odmówił i przegnał go precz z posterunku! Odmówił także wydania kilku Żydów którzy pracowali u niego, tego dnia na posterunku. Po jakimś czasie jednak zmienił zdanie i wydał ich w ręce Polaków. Żydzi zaczęli pędem uciekać, kilku zostało zabitych ale niektórym jak Jackowi K. udało się uciec i ocalić życie. Opowiedział o tym wszystkim po wojnie.
W międzyczasie Antoni N. wydał zapas nafty z magazynu, którego był kierownikiem, i to ona posłużyła do spalenia Żydów w Jedwabnem. Wydał osiem litrów. Polacy naftą tą oblali stodołę Bronisława Ś. pełną żydowskich mieszkańców miasteczka i podpalili. Już z płonącej stodoły, gdy jej drzwi zajęte ogniem rozpadły się, uciekł Itzchak Yaacov (Janek) N. Za drzwiami stał S. z siekierą i pilnował by nikt z Żydów nie uciekł. Janek N. walnął go jednak na odlew w pysk i dał nura w zboże. W ten sposób uratował swoje życie.

Jesteście świadkami jednej z najgłośniejszych zbrodni popełnionej na Żydach na Podlasiu, zbrodni w Jedwabnem. Wasi bliscy, Wasi Żydowscy sąsiedzi zginęli ale Wam udało się przeżyć. Opowiedzcie teraz proszę, jak to było? Co zapamiętaliście z tego koszmarnego, lipcowego dnia i z dni następnych?

Kahau Awigdor N.
mieszkaniec Wizny, Żyd

No i zabrali mnie na rynek. Byłem na rynku, to tam kaźń.

[…] Jakem doszli do rynku, to widzę dużo Żydów, pełno na rynku i dużo furmanek dookoła, tak jak w dzień jarmarku. I chodzą, lecą, biegają chłopi polscy kłonicami od wozów, co wyjęli, biczami, pałkami, biją Żydów dookoła… Bili nas ze wszystkich stron pałami i kłonicami. Kłonice to w wozie są… to gorsze niż baseball. I za Żydami i biją wszystkich ! A ja tam nie widzę nikogo znajomego, bo ja przecież nie znam wszystkich z Jedwabnego. Znajomych tam nie widzę.

Tylko rabina w jakimś kącie… Awigdora B.

[…] Z początku zrobili szpaler co zrobili widocznie wcześniej, ja nie widziałem, bo nie byłem na początku na rynku. I bili wszystkich, gnali przez ten szpaler i bili… potem z powrotem tak jak bydło.

Potem zdjęli Lenina i noszą tego Lenina, ale ja.. nie jestem razem z nimi.
Po pierwsze dlatego że byłem młodszy a drugie, że byłem sprytniejszy, bo biją wszystkich co na zewnątrz kręgu a wszyscy do środka chcą się wepchnąć, żeby nie dostać pałami po łbie.
„Przez nas wojna, myśmy Żydy wojny chcieli” – zmuszali nas żebyśmy to śpiewali i „przyszedł Hitler złoty, dał Żydom roboty”. Zmusili tam wszystkich Żydów śpiewać tak… Ci, co byli blisko tych bandytów chłopów, to z całej okolicy byli i z Jedwabnego, a ja nie mogłem rozpoznać, bo ja nie znałem jedwabińskich Polaków i drugich też z Wizny, nie widziałem tam ani jednego.

[…] Nie było tam żadnych Niemców.

Nie wiedziałem co tu będzie, czym to się skończy. W jednym momencie zdało mi się, że ja widzę moją matkę w drugim kącie, to zacząłem tam się pchać… i dookoła biją i to… nie ma matki. Ja w środku.

Przyszła pora obiadu… zabili kilku co Lenina nosić nie chcieli… i zaczęli nas gnać w kierunku ulicy Ciesielskiej zdaje mi się a potem w kierunku cmentarza.

A ja sobie myślę – to nie może być na robotę… Mimo że cały czas nam mówią „Żydy idziecie na robotę!”… Idę razem ze wszystkimi, pcham się do środka, żeby nie dostać po łbie.
Jakeśmy wyszli za Jedwabne, widziałem stodołę z daleka ale nie wiedziałem, że prowadzą nas do tej stodoły. Potem sobie myślą – cholera, pewnie zaprowadzą nas do tej stodoły jak w Wiźnie do domu i wrzucą granaty. Ale Niemców nie widzę, ni jednego Niemca nie widzę. Nie ma Niemców. Tam są wszystko Polacy.

Weszliśmy między żyto. I wtedy ludzie zaczęli ciekać. Ja też. Nie mam matki, nie mam nikogo. Nie znam nikogo. Myślę – z Wizny uciekłem, tutaj też trzeba spróbować. Zabiją trudno, jak pójdę do stodoły też zabiją. Nie ma co tracić. I uciekłem od tej kompanii… Kilku młodych też uciekło… myślę, że jeszcze nawet pięćdziesiąt czy może więcej młodych uciekło w pole. Ja leciałem w pole do żyta wysokiego… na lewą stronę. I dobiegłem do żyta wysokiego do bruzdy i padłem w ziemię. A dokoła Polacy biegną… gonią za tymi chłopcami i dziewczętami co uciekli i słyszę jak ich biją, jak krzyczą, połapali ich i zaprowadzili… ja nie wiem dokąd… A ja leżę i się nie ruszam, ale czekam na granaty albo strzały. Nie ma strzałów, nie ma granatów. To leżę. Co mam zrobić ? Leżę, leżę… jakoś za godzinę, czy za dwie zdaje mi się, że słyszę i to… I to zawsze mi się kręci w głowie, tak jakbym leżał na brzegu morza i fale… fale morskie robią szum a potem znów wszystko cichnie. Szum a potem cicho. Co to może być ? Nie wiem.

W jednej chwili przekręcam się… bałem się wstać, bo żyto się ruszy i może ktoś stoi na górce to zobaczy… przekręcam się na bok i widzę… ogień.

Nie ogień, tylko dym. Myślę – co za dym ? Jak cholera… to nie ma granatów, nie strzelają, a dym…? Bo kto myślał, że spalą ludzi żywcem ? I nie wiem co to jest. Znów to morze – fala idzie, fala odchodzi. Wtenczas jeszcze nad morzem nie byłem ani razu i nie wiedziałem, że to tak wygląda na morzu. A ja leżę… Leżę i leżę i myślę sobie, że to pewnie pali się gdzieś. Albo wioska albo coś, to pewnie przecież straż jest ochotnicza w Jedwabnym, to pewnie Polacy puścili Żydów i poszli ratować te paleniska. Tak sobie myślę.

[…] A potem cicho i znów szum, i znów cicho. I nie wiedziałem co to jest, ale w jednym momencie poczułem spalenisko… mięso spalone.

[…] Słyszałem straszne krzyki od kierunku stodoły i od kierunku pola, gdy złapali tych co uciekli widocznie, tak wtedy myślałem. I potem zaczęło być ciszej i ucichło w ogóle tylko szum słyszałem. I znów cicho i znów ten szum. Teraz to dzwoni mi to w uszach, jakby to fale morza w czasie przypływu i odpływu fal.

Antonina i Aleksander W.
Mieszkańcy Jedwabnego, Polacy

Kiedy getta w Łomży było niszczone, sześciu Żydów uciekło do mnie i przebywali u mnie razem siedmiu do wyzwolenia. Kryjówki ich były wykopane w ziemi pod kartofliskiem. Jeden w oborze, gdzie stały owce, a drugi w kurniku. Trudno im było wytrzymać bez dopływu Świerzego powietrza, dlatego też wychodzili na wierzch obory, gdzie leżała słoma. Jeden z nich zawsze pełnił straż przy szczycie i przez szparę obserwował, czy nie zbliża się jakieś niebezpieczeństwo. Najgorsze było podawanie im żywności, żeby nie wzbudzić podejrzeń Niemców, którzy mieli w piwnicy wędzarnie w odległości 15 metrów od ich kryjówki cały czas tak było, tylko czekanie, sześć miesięcy kiedy Niemcy do nas przyszli, a front był niedaleko.

[…] Jeden z sąsiadów musiał nas oskarżyć, że my przechowujemy Żydów. Przyjechali żandarmi robić rewizję. Ponieważ we wsi jest mój brat o takim samym nazwisku, pojechali do niego, ponieważ byłem w pobliżu zgłosiłem się i zapytałem, o co tu chodzi? Mogłem uciekać, ale żeby nie wzbudzać żadnych podejrzeń zostałem. Zapytali mnie, jak się nazywam i oni zabrali mnie ze sobą z bronią gotową do strzału, żebym nie uciekł. Przyprowadzili mnie pod mój dom i postawili pod ścianą, jeden celował we mnie z karabinu.

Kazali mi oddać Żydów, bo wiedzą że ja ich mam. Powiedzieli, że jeśli oddam mnie nic nie będzie a oni zastrzelą tylko Żydów. Powiedziałem im że nie mogę Żydów oddać, ponieważ ich nie mam. Ukląkłem na kolana i płakałem bardzo i prosiłem Boga, żeby mi Pan Bóg darował i mnie ocalił i moją rodzinę i tych ludzi skończyła się dyskusja jeden mnie pilnował, żebym nie uciekł, a reszta dokonywała rewizji w mieszkaniu, w stodole, ze stodoły wyrzucili słomę, bardzo szczegółowo szukali. Później poszli do obory , tam gdzie byli Żydzi. Jeden z Niemców wszedł na wierzch obory, gdzie oni wychodzili, żeby złapać świeżego powietrza i tam słoma mocno była ubita. Zawołali mnie i zapytali co to jest ? Kto tak tu chodzi ? Ja im odpowiedziałem że mam ciasne mieszkanie i tu śpię. Od tej rewizji żyliśmy pod strachem wielkim.

[…] Gdy przyszła Armia Radziecka ci męczennicy wyszli na wolność, poubieraliśmy ich jak mogliśmy, który był pierwsze to poszedł do swego domu, ale żona zginęła więc on przyszedł do nas jeść, reszta poszła do swoich miejsc. Pewnej niedzieli w nocy zauważyłem, ze idzie partyzantka i rozmawiają, że zajdziemy dziś i załatwimy z tym Żydem, a drugi, że wszystkich jednej nocy zastrzelą. Od tej pory ten Żyd nocował na polu w dole po kartoflach, dałem mu poduszkę i swoje palto. Poszedłem do tej reszty i ich ostrzegłem, co im grozi. Te dwie dziewczyny które były ich narzeczonymi, partyzantka nic do nich nie miała i im przykazali, żeby one nic nie mówiły swoim narzeczonym o ich przyjściu, to oni przyjdą po resztę.
Tej samej nocy przyszli do nas po Żyda, żeby go oddać, to oni go zabiją i nam już więcej nie będą dokuczać. Moja żona odpowiedziała, że męża nie ma bo poszedł do siostry a Żyd pojechał do Łomży i nie wrócił. Wtedy zaczęli ją bić, tak że nie miała białego ciała na sobie tylko czarne. Zabrali co lepszego z domu i kazali żeby ich odwieźć. Zawiozła ich pod Jedwabne.

Gdy wróciła Żyd już wyszedł z kryjówki i zobaczył że jest pobita, później po jakimś czasie przyszedł drugi Żyd Janek K. (nieczytelne przyp. autora), porozmawiali i postanowili wiać z tego miejsca. Mnie poszukiwano później jeszcze trzykrotnie, kryłem się i musiałem wyjechać. Mieszkaliśmy w Łomży. Żona zostawiła dzieci przy rodzicach. Z Łomży przeprowadziliśmy się do Białegostoku, gdyż w Łomży też nie byliśmy pewni swego życia. W Białymstoku doktor Datner widział żonę pobitą i wydał nam papiery, lecz zostały zagubione. W 1946 roku przeprowadziliśmy się do Bielska Podlaskiego. Po paru latach też wydało się i zmuszeni byliśmy opuścić Bielsk Podlaski.

Antoni O.,
Polak, mieszkaniec Radziłowa:

Jak wybuchła wojna miałem roczek. O zdarzeniach, które rozegrały się w mojej rodzinnej miejscowości w Radziłowie w dniach 7 i 8 lipca 1941 roku wiem jedynie z opowiadań mojej nieżyjącej matki i kuzynki. Informacje też uzyskiwałem od różnych ludzi, którzy do nas przychodzili. Ludzie nie chcieli na ten temat rozmawiać, dzisiaj również nie chcą. Mama na temat tych wydarzeń nie chciała z nami rozmawiać, zaraz płakała. Mogę podać na temat przebiegu wydarzeń z lipca 1941 roku w Radziłowie, to co usłyszałem od mamy.

W dniu 07 lipca 1941 roku w Radziłowie pod szkołą przy rynku miał być wiec. Nie wiem co to był za wiec, zwołał go przewodniczący rady Gminy, nazywał się albo G [..], nie wiem czy brał on udział w mordowaniu Żydów. Nie wiem czy ten wiec odbył się.

W tym czasie w Radziłowie nie było ani sowietów ani milicji niemieckiej czy Ukraińców. Rano 8 lipca 1941 roku, jak opowiadała mi mama – byliśmy na Mszy Świętej w kościele. Siostra była malutka i została w domu razem z kuzynką Helą K. Ojciec był na wojnie. Jan S. był wówczas ministrantem i służył do tej mszy. Mam mi mówiła, że na tej mszy byli obecni jacyś obcy mężczyźni, mama tego nie precyzowała. Po zakończeniu mszy ci właśnie obcy mężczyźni wraz z Proboszczem – Aleksandrem Dołęgowskim utworzyli procesję. Proboszcz szedł z krzyżem, były też flagi kościelne i ta procesja poszła na rynek. Na rynku było bardzo dużo ludzi, mieszkańców Radziłowa i sąsiednich miejscowości. Po prostu pozganiani zostali na rynek. Wiem, że mój wuj – ze strony matki Władysław D. (w 1947 roku popełnił samobójstwo) – przykro mi to mówić – ale on był jednym z prowodyrów tej akcji zganiania ludności, mama mówiła, że jeździł na koniu i agitował ludzi aby przybyli na rynek. Jednym z agitatorów był też brat mojego majstra, u którego później uczyłem się zawodu kowalstwa – Mieczysław M. (on mieszkał przy rynku). Ja wraz z matką musieliśmy też iść z kościoła na rynek. Zgromadzeni Polacy wykrzykiwali. Mama poszła do domu do młodszej siostry a Hela K. kuzynka, miała 15 lat, i z nią poszedłem na rynek. Na rynku Żydzi – mężczyźni, dzieci, kobiety, starcy pielili kamienie brukowe na rynku z trawy. To pielenie miało na celu poniżenie godności Żydów. Słyszałem, że jak Żydów wypędzano z domów nic im nie wolno było ze sobą zabrać, jedynie małą łyżeczkę. Ludność miała kije i wroga bardzo wykrzykiwali w stosunku do Żydów. Pamiętam, że ktoś mi też mówił, że były takie zdarzenia – że mężczyźni „bandyci czy partyzanci” Polacy, chodzili po ulicach i wybijali szyby w sklepach Żydowskich, bili też z nimi Polaków, którzy kupowali w Żydowskich sklepach.

Ksiądz Dołęgowski też z ambony nawoływał do nienawiści przeciwko Żydom, gdy proboszcz z orszakiem doszedł do rynku. Od Heli dowiedziałem, że Żydów ustawiono wówczas w czwórki, na początku tej kolumny ustawiono kobiety i dzieci, następnie mężczyzn… . Na początku szedł proboszcz Dołęgowski z krzyżem. Był też Niemiec z aparatem fotograficznym, bo robił zdjęcia. Innych Niemców nie było, przyjechali później, ludność witała ich chlebem i solą. Kolumnę prowadził ksiądz – nie wiem kto pilnował Żydów w kolumnie. Ksiądz prowadził ich ulicą Piękną do stodoły mieszczącej się na końcu ul. Pięknej. To była stodoła mojej mamy najstarszej siostry, Stanisławy Ś. Jej mąż był na wojnie a ona sama z dziećmi została przez Polaków dwa dni wcześniej wywieziona pod Przytuły. Sądzę, że była to przygotowana akcja – przygotowywanie miejsca – gdzie będą spaleni Żydzi.

Wszystko to przygotowywali „swoi” wójt gminy – G. […], sekretarz gminy M. Piotr (po wojnie był wójtem Radziłowa), ksiądz Dołęgowski i lekarz M., tak mi mówiono. To oni byli prowodyrami. Żydów zaprowadzono pod stodołę. Tam już czekano na nich. Nie potrafię podać nazwisk, mieli ze sobą kije. Wrota stodoły były otwarte. Wpędzano kobiety, dzieci, mężczyzn – wszystkich Żydów z rynku do środka stodoły.
Wzdłuż domu mieszkalnego siostry mojej matki – wykopany był rów. Tam mężczyźni stawiali dzieci żydowskie, w wieku 6 do 10 lat. Jak dziecko było starsze wpędzano je razem z dorosłymi do stodoły. Dzieci ustawiano po 10 koło siebie i mój wuj Władysław D., który miał jako jedyny karabin – strzelał w pierwszego. Pociski po przejściu przez ciało pierwszego dziecka – zabijało następnego. Mówili, że szkoda kulek na Żydów. Jednym pociskiem wuj mordował 10 dzieci Żydowskich.

Ciała dzieci wrzucano do dołu i zasypywano wapnem. Nie wiem ile dzieci w ten sposób zamordował. Podobno jeden chłopiec uratował się. Tych dzieci żydowskich zamordowanych przez wuja było dużo. Żydów w ogóle było bardzo dużo – kilkaset osób. Podobno około 800 osób. W tym samym czasie jak mordowano dzieci, podpalono stodołę z ludźmi wewnątrz. Wiem, że stodołę oblewał środkiem palnym K., imienia nie znam, tak mi mówiono.
Sam proboszcz podpalił stodołę, to znaczy podłożył ogień. Ludzie krzyczeli, potem krzyk ustał.

Gdy ogień i żar ustał ludzie chodzili po palenisku z sitkami i szukali złota. Domy Żydowskie zostały ograbione – rozebrane i wywiezione do innych miejscowości. Wiem, że moja mama uratowała przed śmiercią dwóch chłopców i dwie dziewczynki żydowskie. Najstarszy chłopiec miał 13 lat. Było to rodzeństwo, nosili nazwisko S.. Mama je ukryła w piwnicy. Po pewnym czasie – po może dwóch tygodniach, jeszcze nie było Niemców – wywieźli te dzieci furmanką przykrywając słomą do lasu do wsi Czerwonki – do pana R, prowadził on młyn wodny. Dzieci zostały następnie umieszczone u K. Następnego dnia po wywiezieniu od nas dzieci Polacy, nasi kuzyni, zrobili nam w domu rewizję. Z. Szymon – (ojca siostry mąż) – po wojnie był sekretarzem PZPR w Radziłowie, Aleksander D. – sąsiad, wiem, że powiesił się w Łomży nad Narwią w latach osiemdziesiątych, K. Lucjan (wiem, że chciał matkę zastrzelić) – widziałem go na odpuście w Radziłowie 26 lipca w latach sześćdziesiątych. Wszyscy oni brali udział w pogromie Żydów.

W pogromie Żydów brał też udział teść Piotra K. – kuzyn Jana S. Wiem, że mieszka w Radziłowie do dnia dzisiejszego. Jego teść to – Józef L. To wszystko co mam do powiedzenia w tej sprawie.

Jan S.,
Polak, mieszkaniec Radziłowa

Jako młody chłopak obserwowałem kolumnę Żydów pędzonych ulicą Piękną z rynku w stronę stodoły, w której dokonano zbrodni. Nie widziałem wówczas pośród osób, które „pędziły” tych ludzi w stronę stodoły żadnego mężczyzny ubranego w mundur wojskowy, lub też jego elementy, mogące przez to sugerować, iż pośród pilnujących Żydów – byli żołnierze formacji niemieckich. Byli to z całą pewnością mieszkańcy Radziłowa oraz mieszkańcy okolicznych wsi.

Oświadczam, iż w Radziłowie postawiono pomnik, którego tablica zawiera następujący napis – o treści „W sierpniu 1941 roku faszyści zamordowali .. 00 osób narodowości żydowskiej w tym 500 osób spalili żywcem w stodole. Część ich pamięci”. Na podstawie wiedzy, którą dysponuję, stwierdzam, iż jest to „kłamstwo historyczne” – zarówno odnośnie czasu popełnienia tej zbrodni oraz jej sprawców.

Miejsce spalenia ludności żydowskiej widoczne od strony Radziłowa

[…] Z 1941 roku […] dobrze pamiętam dwa obrazy. Okna szczytowe naszego domu wychodziły na rynek, natomiast okna frontowe na ulicę Piękną. To był słoneczny dzień i popołudnie. Tak to zapamiętałem. Wtedy widziałem przez okno szczytowe, zgromadzone na rynku w Radziłowie ludność Żydowską. Prawie cały rynek był zapełniony ludźmi. Trudno mi określić, ilu było tam ludzi. Właściwie byłem zbyt mały, żeby o tym myśleć.

[…] To był zbity tłum zróżnicowany, od starców do dzieci. Obserwując sytuację na rynku odnosiłem wrażenie, że panuje wśród tych ludzi jakiś niepokój, coś się dzieje. Widać było, jak przy ulicach wiodących na rynek stali jacyś ludzie i gapili się. Nie widziałem żadnych umundurowanych ludzi. Jestem pewien tego. W pewnym momencie tłum na rynku ruszył w kierunku ulicy Pięknej. Ja przeszedłem do okna, z którego widać było tą ulicę. Widziałem, jak po ulicy od strony rynku idzie tłum Żydów. Ten obraz mam do dzisiaj w pamięci. To nie była zorganizowana kolumna, lecz nieuporządkowany tłum, pędzony całą szerokością ulicy.
Widziałem, że po obu bokach, w pewnej odległości jeden od drugiego, w pewnym odstępie szli cywile, uzbrojeni w grube pałki. Ja potem oglądałem zdjęcia i filmy archiwalne, na których widocznie były grupy ludzi, prowadzone w czasie wojny przez uzbrojonych Niemców, częstokroć używających psów. Te zdjęcia przypominały mi ten obraz z tego dnia. Zawsze porównywałem je. To było to same pędzenie, gnanie ludzi.

Przy czym z całą stanowczością stwierdzam, że ja nie widziałem żadnych umundurowanych ludzi. Żydzi byli eskortowani przez cywilów. O tych eskortujących mówiło się potem, że to byli Polacy z Radziłowa i sąsiednich wsi. Ja jednak wtedy w momencie obserwowania tych eskortujących nikogo nie rozpoznałem. Po przejściu tej kolumny zobaczyłem, że na ulicy zostały różne drobne przedmioty, jakieś widelce, pojedyncze buty. Dzieciaki w moim wieku i starsze biegały po ulicy i zbierały te przedmioty. […] Trudno mi powiedzieć co mój ojciec robił tego dnia. Takich informacji nie posiadam. Natomiast po wojnie były dwie sprawy w sądzie w Ełku. Ojciec był aresztowany za udział w zbrodni. […] Ojciec ujawnił się w 1947. W AK był od takich spraw gospodarczych, jak szycie różnych rzeczy.

Adolf R.,
Polak, mieszkaniec Suchwoli

W niedzielę w którą została dokonana akcja przeciwko Żydom przez bicie, topienie i palenie ich ja w tym dniu około szesnastej zostałem wezwany przez S., który kazał mi natychmiast stawić się na rynek i jeśli się nie stawię, czeka mnie śmierć, co też i ja uczyniłem, udając się tamże. Po przyjściu S. kazał mi pilnować Żydów, którzy pleli rynek wyznaczając mi odcinek wraz z Żydami, których miałem pilnować. Podczas pilnowania Żydów, żadnej broni nie miałem, ubrany byłem po cywilnemu i bez żadnej opaski. Pilnowałem do wieczora, następnie po zagonieniu Żydów na noc do szkoły żydowskiej, także ich pilnowałem przez całą noc, bez żadnej broni, wraz ze mną pilnował także S. Władysław, W. Antoni, B. Józef, G. Władysław, M. Wiktor, nikt z nich żadnej broni ani opaski białej nie posiadał. Nazajutrz rano przyszedł S. z Niemcami rozkazując nam iść do domu.

Potem dokonali polscy milicjanci razem z niemieckimi żołnierzami i zgromadzonymi na rynku chłopami z okolicznych wsi pierwszej selekcji Żydów. Kto z nich był silny i młody został odprowadzony na bok i ci zostali uwięzieni w getcie jakie mieli w planach na terenie Suchowoli zorganizować Niemcy.

Kogo zaś uznano za niezdolnego do pracy bądź za sprzyjającego komunistom i władzy radzieckiej, tego zaprowadzono nad pobliskie stawy pod młyn Stelmachowej, gdzie wszystkich utopiono. Akcją topienia bezpośrednio kierował niejaki D. ale nie tylko polscy milicjanci i Niemcy byli przy niej byli obecni. Po niedzielnej porannej mszy wieść o tym, że tego dnia odbędzie się w Suchowoli „bicie Żydów” obiegła okolicę lotem błyskawicy i najechało się różnego rodzaju towarzystwa z okolicznych polskich przysiułków. Przede wszystkim zjechano się na rabunek ale jak ktoś miał jakieś porachunki z Żydami lub był z „narodówki” to i na zabijanie. Reszta, głównie dzieciarnia przybiegła przede wszystkim zwabiona okazją obejrzenia widowiska. Bo przecież to nie zwyczajny był spektakl w miasteczku, takie spławianie Żydów w stawie.

Oskar M.,
Polak, mieszkaniec Jasionówki

[…] Przymusu do zabijania nie było, bo zawsze był ktoś chętny, kto to wykonał. Komendant tylko powiedział, że trzeba zabić, a zaraz znalazł się taki lub tacy, co uczynili to z przyjemnością. Ta akcja z Żydami bo była u mnie pierwszy wypadek w moim życiu, gdy widziałem jak zabijają ludzi (…).