Igo już nie przyjedzie

Od paru lat zastanawiamy się, co będzie gdy zabraknie Ocalonych. Kiedy przestaniemy mieć możliwość skorzystania ze świadectwa kogoś, kto powie “byłem, widziałem, przeżyłem”. Bez pośrednictwa zapisu video.

Zastanawiamy się, ale czasem mam wrażenie, że nie traktujemy tych rozważań zbyt poważnie. Bo podświadomie myślimy o istnieniu Ocalałych jak o oczywistym fakcie. Jakoś są, biorą udział w kolejnych rocznicach, opowiadają o swoich przejściach.

A potem zaskakuje nas kolejna informacja.

Właśnie odszedł Igo.

Żołnierz, powstaniec, partyzant, rzeźbiarz, architekt – głos Treblinki.

Od wielu lat spotykaliśmy się z okazji dwóch rocznic – ale dziś chcę przypomnieć drugą z nich. Ważną dla Igo.

Stawiał się zawsze, w berecie z Orłem i z krzyżem Virtuti na marynarce. Żołnierz dwóch powstań – tego w Treblince i tego w Warszawie.

Historia, którą opowiadał nie zawsze była łatwa, nie zawsze tak bardzo czarno-biała jak wielu chciałoby widzieć. Jako Żyd – powstaniec warszawski, wcześniejszy żołnierz kampanii wrześniowej, przekonał się, że wspólna walka nie musi oznaczać akceptacji przez towarzyszy broni jego pochodzenia. Ale mimo to, jeszcze rok temu, już na wózku, składał kwiaty pod Grobem Nieznanego Żołnierza. W swoim berecie, ze swoim Virtuti. I nie wyobrażał sobie, że mogłoby stać się inaczej. Mam wrażenie, że my też nie. Stał się jednym z tych zjawisk, które wydają się nam niezmienne. Dziś wiemy, że do czasu.

Wiele słyszymy dziś o potrzebie polityki historycznej. Mamy przypominać o heroicznych momentach naszej historii i aktywnie, nawet z pomocą sądów, walczyć z tymi, którzy ją negują. To że my, polscy Żydzi, będziemy pamiętać Igo Willenberga, ocalałego z Treblinki, w której zginęła większość mojej rodziny, nie mam wątpliwości.

Czy będzie pamiętany jako powstaniec warszawski, w swoim berecie i ze swoim Virtuti? Chciałbym, by polityka historyczna nie pozostawiła go w lesie, gdzie tylko kamienie i niewielkie muzeum wyznaczają teren jednego z największych grobów europejskich Żydów.

Igo już nie przyjedzie.

Piotr Kadlčík