Kiedy Wisła przestała mówić po żydowsku

Mordechaj Canin; fot. פרטי - Family photo, GFDL

Żydowscy dziennikarze po wojnie przyjeżdżali do Polski, zatrzymywali się w hotelu Polonia, jedynym, który ocalał w Warszawie, zwiedzali poszczególne miasta i pisali reportaże o tym, jak wtedy wyglądał kraj, z którego pochodzili. O tych tekstach tworzonych w jidysz i nieprzetłumaczonych wciąż na język polski, rozmawiamy z prof. Moniką Adamczyk-Garbowską.

Żydowscy dziennikarze po wojnie przyjeżdżali do Polski. Jaki był ich cel? Co chcieli tutaj odnaleźć?

Prof. Monika Adamczyk-Garbowska: Chcieli zobaczyć, jak wygląda sytuacja społeczności żydowskiej. Chcieli zobaczyć teren byłego getta i dokonać swego rodzaju wizji lokalnej. Także wiele organizacji pomocowych wysyłało swoich przedstawicieli, by zorientować się, jak można pomóc ocalałym. To był okres wielkich migracji. Część Żydów postanawiała zostać, część wyjeżdżała do obozów dla dipisów lub do Palestyny. Dziennikarze często byli członkami oficjalnych delegacji przyjeżdżających do Polski.

Jaki był efekt tej wizji lokalnej? Co zobaczyli, co opisali i w jaki sposób?

W prasie żydowskiej w języku jidysz, hebrajskim, angielskim ukazywało się wiele relacji i artykułów. Pojawiły się też dłuższe relacje w formie książek. Najbardziej znane to publikacje Jakowa (Jacoba) Pata, Szmuela Lejba Sznajdermana, Mordechaja Canina, Chaima Szoszkesa. To byli Żydzi pochodzący z Polski, wszyscy już przed wojną byli aktywnymi dziennikarzami. Sznajderman, który pochodził z Kazimierza nad Wisłą, pisał książki w jidysz i po polsku, które publikował przed wojną. Później został korespondentem prasy zagranicznej. Niewykluczone, że to mu uratowało życie. Do Polski po wojnie przyjechał m.in. ze względów osobistych. Chciał dotrzeć do swojego Kazimierza i zobaczyć, co tam zostało.

I co znalazł w Kazimierzu?

Sznajderman napisał kilka relacji z powojennej Polski, które ukazały się w formie książkowej. To, co zawarł w swojej książce „Między strachem a nadzieją” to obraz bardziej syntetyczny i o określonym profilu ideologicznym. Pojawia się tam nadzieja, że w nowej Polsce częściowo odrodzi się społeczność żydowska. Natomiast w książce, którą wydał później – „Kiedy Wisła mówiła po żydowsku” – jest bardzo dramatyczny opis Kazimierza, są relacje osób, które były świadkami Zagłady. Dodatkowo książka ilustrowana jest pracami Chaima Goldberga, który był malarzem pochodzącym z tego samego miasteczka i stworzył cały cykl obrazów na jego temat, swoistą księgę pamięci.

Jego prace wzbudziły kilka lat temu kontrowersje.

Tak, kilka osób z Kazimierza oburzyło się na pewne prace. Na jednym z obrazów Żydzi idą w marszu ku śmierci, a na drugim planie widać gojów, którzy się z tego cieszą. Przedstawił też rabunek mienia, czy rozbieranie synagogi. Z relacji wiemy, że niestety tak było. Część mieszkańców Kazimierza pomagała Żydom, natomiast okoliczna ludność korzystała z tego, co po nich zostało.

Czytała Pani powojenne relacje jidyszowych dziennikarzy. Czy jest tam coś, co szczególnie Panią poruszyło?

Najbardziej interesująca, częściowo może kontrowersyjna, książka, to publikacja Mordechaja Canina, która została wydana w 1952 w Tel Awiwie. Autor odbył kilka podróży do Polski w latach 1946-47. Później był prezesem Stowarzyszenia Pisarzy Jidyszowych w Izraelu. Jego podróż jest najbardziej osobista, indywidualna. Podawał się za angielskiego dziennikarza, podróżował incognito i dzięki temu nawiązał dużo kontaktów zarówno z Żydami, jak i z nie-Żydami.

Gdy spotykał przedstawicieli organizacji żydowskich, mówił, kim jest naprawdę. Wśród nie-Żydów pozostawał Anglikiem. W książce cytuje wiele rozmów z osobami spotykanymi zwłaszcza w małych miasteczkach. Często, gdy pyta, czy w danym mieście byli Żydzi, niektórzy z jego rozmówców mówią, że nie pamiętają, bo to było tak strasznie dawno. A przecież od rozpoczęcia deportacji minęło dopiero 5-6 lat. Trudno powiedzieć, z czego to wynika. Czy ze względów psychologicznych, że lepiej o tym zapomnieć?

W tej książce jest też wstrząsający rozdział zatytułowany „Gorączka złota”, w którym pisze o szukaniu legendarnych skarbów żydowskich na terenach byłych obozów zagłady.

Czy te reportaże, artykuły, książki, które wówczas powstały w jidysz, można dziś przeczytać po polsku?

Niestety, żadna z książek nie została przełożona w całości na polski. Są tylko fragmenty. Ja przełożyłam sporo fragmentów z Mordechaja Canina, Pata, Sznajdermana. Obszerne fragmenty z książki „Kiedy Wisła mówiła po żydowsku” drukował „Fołks Sztyme” w latach 80. ubiegłego wieku w przekładzie Agaty Tomaszewskiej. Dobrze byłoby dokonać pełniejszego przekładu tej twórczości i to bezpośrednio z jidysz.

Czy takie tłumaczenia wpłynęłyby na stan badań nad tamtym okresem?

To może być ciekawe dla kulturoznawców, socjologów, także dla historyków, jak ta rzeczywistość była odbierana, jakie uczucia towarzyszyły tej wizji lokalnej, jakie były opinie dziennikarzy oraz osób, które cytują, jak oni w tym konkretnym okresie postrzegali sytuację ludności żydowskiej, jaki był ich stosunek do Polski oraz nowych władz.

A jaki był ten stosunek do Polski i nowych władz?

Oficjalni delegaci mieli stosunek raczej pozytywny. Mieli nadzieję, że ten nowy ustrój – jeszcze przed stalinizacją – będzie chronić Żydów; że teraz będzie sprawiedliwa Polska, także dla Żydów. Wielu z tych dziennikarzy – tak jak duża grupa pisarzy żydowskich – miało poglądy lewicowe. Natomiast Mordechaj Canin był bardzo krytycznie nastawiony zarówno do władz polskich, jak i organizacji żydowskich. Uważał, że to jest koniec życia żydowskiego w Polsce i bardzo ironicznie, sceptycznie podchodził do jakichkolwiek przejawów entuzjazmu.

Rozmawiała Katarzyna Markusz

—–

Kiedy się przejeżdża przez miasteczka, nie spotyka się Żydów, żadnych żydowskich cmentarzy, bóżnic, ale żydowskie rzeczy, żydowskie ubrania i biżuterię – owszem. I obraz jest wszędzie taki sam. We wszystkich miastach i miasteczkach spotyka się te same wrogie twarze ludzi ubranych w żydowskie rzeczy. Wszystko jedno czy to w Skierniewicach, czy w Kałuszynie, w Płońsku czy Ostrowie, w Łomży czy w Zambrowie. Wszędzie męty nagromadziły u siebie w domach żydowski dobytek, żydowską pościel i ubrania, żydowską biżuterię i srebra. Wpadli do żydowskich domów i rozbijali piece, żeby tam znaleźć żydowskie złoto, kopali żydowskie groby, aby powyrywać żydowskie zęby z ust trupów, roznosili macewy. Tak jak po bitwie wychodzą nocą na pola szczury i wilki, tak w ślad za niemieckimi Sonderkommando postępowały hordy wyrzutków i rabowały, rabowały.

Fragment rozdziału „Gorączka złota” z książki Mordechaja Canina „Iber sztejn un sztok – a rajze iber hundert chorew-geworene kehiles in Pojln”, przekład prof. Monika Adamczyk-Garbowska.



About the Author

Katarzyna Markusz
Dziennikarka od 2001 roku, zajmująca się historią i kulturą polskich Żydów, prowadząca badania dotyczące społeczności żydowskiej w Sokołowie Podlaskim. Redaktor naczelna Jewish.pl.