Wokół Jedwabnego: przestańmy na siebie wrzeszczeć

My, Polacy, ciągle odmierzamy winy i wskazujemy, kto co powinien zrobić ze swoim sumieniem. Słowo „przebaczenie” nie przechodzi nam przez usta.

Nie zabijajcie umarłych
Przestańcie wrzeszczeć, przestańcie.
Jeżeli chcecie ich usłyszeć,
Jeżeli nie straciliście nadziei zbawienia.
Giuseppe Ungaretti

Trzy tygodnie temu w Kielcach, w domu przy ulicy Planty 7/9, otworzyliśmy, my, Stowarzyszenie im. Jana Karskiego, stałą wystawę poświęconą pogromowi kieleckiemu, tragedii kilkudziesięciu ocalonych z Zagłady Żydów, którzy zamiast spokoju i bezpieczeństwa znaleźli w swoim mieście śmierć, ból, cierpienie, głębokie rany.

Oprawcami byli polscy współmieszkańcy.

Miejsce ulokowania tej ekspozycji jest oczywiste – właśnie w tej kamienicy przed 70 laty tłum złożony z cywilów, kobiet i mężczyzn, robotników, milicjantów i żołnierzy, przez wiele godzin bił, torturował i zabijał. Wystawa głęboko porusza zwiedzających, wśród których przeważają kielczanie. Składają się na nią dokumenty: zdjęcia ofiar, fotokopie oględzin zwłok, fragmenty protokołów zeznań świadków i uczestników mordu lub później uzyskanych świadectw. Są też filmy z relacjami trzech osób ocalonych z pogromu. Na wystawie można przestudiować kalendarium historii kieleckich Żydów, historii ich Zagłady, historii ostatecznej śmierci niewielkiej społeczności ocaleńców, wśród których było kilku więźniów obozu w Auschwitz!

Wystawę w przeddzień 70. rocznicy pogromu otwierali ze mną prezydent Kielc Wojciech Lubawski oraz ordynariusz diecezji kieleckiej ks. bp Jan Piotrowski. W dniu rocznicy odwiedzili ją prezydent Andrzej Duda oraz wicepremier Piotr Gliński. Wszyscy pozostawili wpisy w księdze pamiątkowej.

Kielce są jedynym miastem w Polsce, jedynym miastem w Europie Wschodniej, które w sposób otwarty i permanentny mówi o swojej haniebnej przeszłości.

***

Jaką drogą doszliśmy do stałej wystawy odwiedzanej przez kielczan i niestrzeżonej przez uzbrojonych strażników?

16 lat temu, w roku 2000, przed kamienicą przy ulicy Planty zebrało się kilkanaście osób, w większości spoza Kielc – głównie dziennikarze, fotoreporterzy, kamerzyści. Odczytaliśmy nazwiska zamordowanych, zapaliliśmy 42 lampki, a potem ruszyliśmy w kierunku cmentarza żydowskiego. Do grobu ofiar zrobiliśmy 3254 kroki.

Kielecki dziennikarz Jerzy Daniel zanotował: „Marsz skruchy. Uczestniczyła w nim niewielka grupka kielczan, ale nie to jest najważniejsze. Może za rok, za pięć lat będzie nas więcej. Istotne, że mógł się odbyć. Przecież jeszcze niedawno sama myśl, by wyjść w miasto w rocznicę najgłośniejszego w świecie wydarzenia w jego dziejach, byłaby uznana za niezwykle zuchwałą i całkowicie nierealną. Dziesięciolecia musiały upłynąć od 4 lipca 1946 roku, zanim zamordowani tamtego dnia w Kielcach mogli przyjść do nas, aby głośno upomnieć się o pamięć”.

Rzeczywiście z roku na rok było nas więcej. W tym roku ponad 300 osób. W międzyczasie stawialiśmy pomniki, m.in. nagrobny ofiar pogromu, z opisem ich śmierci i z ich nazwiskami i imionami. Odbyło się wiele konferencji, seminariów, spotkań, debat, jak ta związana z premierą książki Jana Tomasza Grossa „Strach”.

To w Kielcach miały miejsce szczere akty skruchy i głębokie akty pojednania. Opowiada o tym film, realizowany przez dziesięć lat przez starszego pana, amerykańskiego Żyda z Nowego Jorku Lawrence’a Loewingera i polskiego młodego katolika z Warszawy Michała Jaskulskiego, zatytułowany „Przy Planty 7/9” (amerykański tytuł „Bogdan’s Journey”). Film będzie pokazywany w kinach w USA, w Polsce nie ma jeszcze dystrybutora.

Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny „Więzi”, na stronach Laboratorium „Więzi” napisał po projekcji w muzeum Polin: „Kielce były dla wielu Żydów oczywistym symbolem polskiej nienawiści. Lokalna praca nad pamięcią o pogromie z 1946 r. stała się jednak największym polskim osiągnięciem w dziedzinie relacji polsko-żydowskich. Film jest głęboko chrześcijański, opowiada bowiem o duchowej mocy pojednania i przebaczenia. W obecnych dyskusjach o polityce historycznej w III RP pojawiło się przeciwstawianie pedagogiki wstydu nowej pedagogice dumy. Kielecka olbrzymia i skuteczna praca nad pamięcią całkowicie wymyka się tym kategoriom. Można by wręcz powiedzieć, że choć punktem wyjścia jest tu wstyd za wydarzenia z przeszłości, punktem dojścia jest duma, że po latach można się było zająć tą kwestią w sposób godny i właściwy. Jeśli zatem o jakąś pedagogikę w Kielcach chodzi, to jest to pedagogika sumienia – uwrażliwianie współczesnych na zło z przeszłości i motywowanie do pojednania dzisiaj. Pedagogika sumienia mówi, że w reakcjach na takie wydarzenia jak pogrom kielecki najważniejsze jest nie to, co świat sobie o nas pomyśli, lecz co sami o sobie pomyślimy, gdy spojrzymy prawdzie w oczy”.

Film, ledwo zauważony, nie wywołał debaty nad pojednaniem i wybaczeniem. Dlaczego?

Zapewne dlatego, że dyskusja w Polsce wokół Jedwabnego czy Kielc dotyczy przede wszystkim odmierzania winy – polemiści z pasją podejmują problem odpowiedzialności, szukając odpowiedzi na pytania, kto winien, a kto nie, kto winien bardziej, a kto mniej. Być może także dlatego, że część dyskutantów zbyt prosto odwołuje się do swoistego „outsourcingu moralnego” – i wskazuje z dużą pewnością siebie tych, którzy powinni coś zrobić ze swoimi sumieniami, znaleźć jakąś formę ekspiacji i upublicznić ją.

Przy tym własne sumienia zachowują w stanie nienaruszonym.

A może także dlatego, że dyskusja wokół haniebnych czynów Polaków zbyt szybko została zinstrumentalizowana – stała się orężem w debacie politycznej, sposobem na zdefiniowanie oponenta politycznego.

A może dlatego, że tak trudno nam wszystkim przychodzi pojednanie, a słowo „przebaczenie” dla niektórych ciągle jeszcze trąci kapitulanctwem czy słabością. Nawet przebaczenie samemu sobie. Może dlatego, że ciągle nad grobami pomordowanych Żydów, nad grobami znanymi i nieznanymi, panuje zgiełk, wrzask i furia? Może czas przestać na siebie wrzeszczeć?

***

W Kielcach musieliśmy sobie postawić najpierw pytania: czy ta historia sprzed dziesiątków lat nas, współczesnych, jakoś osobiście dotyczy? Co dla nas znaczy? Jaki mamy do niej stosunek? I co z niej dla nas dzisiaj wynika, jakim jest dla nas doświadczeniem osobistym, czy da się z tego doświadczenia, z refleksji nad nim, wyprowadzić jakąś własną normę? Za co jesteśmy odpowiedzialni? W jakim zakresie jesteśmy odpowiedzialni za innych: za tych ludzi sprzed dziesiątków lat, których nie znamy, którzy są dla nas najczęściej anonimowi; a w jakim zakresie jesteśmy odpowiedzialni za współczesnych ludzi, którzy żyją obok? Jeśli jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za siebie, ale też za innych – to co z tego dla nas wynika, jaka wskazówka praktyczna?

Musieliśmy się w Kielcach nauczyć, że nie każdy musi podzielać nasze poglądy i opinie, nie każdy musi podążać tym samym tokiem rozumowania, bo mamy i możemy mieć różne opinie na temat przyczyn i sprawstwa zbrodni, ale ostatecznie jednak wszyscy spotkamy się w dwóch punktach.

Po pierwsze, nie chcemy, by kiedykolwiek z jakiegokolwiek powodu doszło do podobnej tragedii. Wszyscy pragniemy, by już nikt nie stracił życia z powodu nienawiści lub politycznej kalkulacji, ignorancji lub przesądów i by już nigdy żaden człowiek nie został skrzywdzony z powodu swego języka, koloru skóry, pochodzenia, religii. W Kielcach od lat nie notowano przypadków przemocy z tych powodów.

Podczas jednego z marszów do czołówki pochodu złożonego z mężczyzn z kipami na głowach (chociaż nie wszyscy byli Żydami) przejeżdżający mimo samochodem młody człowiek krzyknął: „Nie bójcie się nas. Jesteście u siebie, macie prawo być tutaj”. I odjechał.

Drugim punktem spotkania jest współczucie dla ofiar. Przez wiele lat w organizowanych przeze mnie marszach pamięci w rocznicę pogromu uczestniczył leciwy kielecki ksiądz, który do końca życia zachował przekonanie o sowieckim autorstwie zbrodni kieleckiej. I zawsze pochylał się nad grobem ofiar z wielkim wzruszeniem. Z początku zdystansowany wobec księdza, nabrałem szacunku dla jego postawy, ufając w jej autentyczność. Był szczerze przekonany o niewinności swoich sióstr i braci Polaków i równie szczerze poruszony tragedią Żydów – o których miał nie najlepsze zdanie, ukształtowane w latach antyjudaistycznej pedagogiki kościelnej, zarzuconej po deklaracji „Nostra aetate”.

***

Uczestnicząc przed kilkoma laty w uroczystościach rocznicowych w Jedwabnem, zwróciłem uwagę przedstawicieli władz wojewódzkich na kordon policji oddzielający mieszkańców miasta od przyjezdnych chcących uczcić pamięć zamordowanych w jedwabińskiej stodole. Od lat wystarcza jeden patrol policji, chociaż sądzę, że i on jest zbędny. W ten sposób został uczyniony pierwszy krok. Następny krok jest taki, że mieszkańcy Jedwabnego muszą otrzymać wyraźny komunikat, że nie są odpowiedzialni za zbrodnię z 1941 roku. Odpowiedzialni są jedynie sprawcy. Wyłącznie oni – kimkolwiek byli. Trzeci krok jest taki, że mieszkańcy Jedwabnego w imię swego człowieczeństwa, w imię swego chrześcijaństwa, przywiązania do wartości patriotycznych, są zobowiązani do okazania szacunku i współczucia ofiarom, z czyjejkolwiek ręki doznały one tej wielkiej, nie do ogarnięcia rozumem krzywdy. To jest droga do serca. Bo tu potrzeba serca. Żywego, bijącego serca.

Przed koncertem zamykającym cykl zdarzeń upamiętniających 70. rocznicę pogromu kieleckiego bp Mieczysław Cisło, wieloletni przewodniczący Komitetu ds. Dialogu z Judaizmem Konferencji Episkopatu Polski, powiedział, że do zbrodni kieleckiej nie doszłoby, gdyby Kościół katolicki ogłosił deklarację „Nostra aetate” przed 1939 rokiem. Tym samym wskazał na współodpowiedzialność Kościoła – rozumianego także jako wspólnota wiernych. Kiedy stawiamy pytanie, kto ma obowiązek zmierzyć się z tragedią z Jedwabnego (lub raczej ze wszystkimi takimi tragediami: i z Jedwabnego, i z Gniewczyny) – odpowiedź może być tylko jedna: i biskupi, i księża, i cały lud Boży, nie tylko społeczność lokalna.

Cios zadany w Jedwabnem ugodził nie tylko bezpośrednie ofiary, ich bliskich, społeczność żydowską w Polsce i na świecie, ale całą (także lokalną) wspólnotę i cały polski Kościół. Zgadzam się z Janem Tomaszem Grossem, że zbrodnie takie jak w Kielcach czy Jedwabnem obciążają „biografię zbiorową” wszystkich Polaków, także tych nieidentyfikujących się z Kościołem. Ja osobiście czuję się odpowiedzialny za pamięć o zabitych w Kielcach, choć się tam nie urodziłem, i w Jedwabnem, i w Gniewczynie. Za pamięć o wszystkich naszych drogich zamordowanych.

***

Bardzo często przy okazji dyskusji – a raczej waśni – wokół Jedwabnego lub Kielc pojawia się wezwanie do mówienia „całej prawdy”, czyli przywoływania Polaków ratujących Żydów z opresji niemieckiej. Przyjmuję to wezwanie z jednym uzupełnieniem: kiedy mówimy o polskich Sprawiedliwych, mówmy całą prawdę, mówmy o zbrodni w Jedwabnem i zbrodni w Kielcach.

Pamięć o naszej chlubie jest ułomna, staje się zafałszowana bez pamięci o naszej hańbie. Tak jak wikłamy stale w politykę mordy z Jedwabnego czy Kielc, także w politykę wikłamy Sprawiedliwych, którzy przecież często ratowali innych nie w imię jakiejś ideologii, lecz z głębi swojego człowieczeństwa i bardzo często chrześcijaństwa.

Mordercy także najczęściej nie kierowali się jakąś ideologią, tylko tym wszystkim, co w człowieku najbardziej degradujące: nienawiścią, wrogością, zachłannością lub chociażby żądzą odwetu za domniemane krzywdy. Wszyscy musimy nauczyć się właściwie pamiętać o jednych i o drugich – ze zrozumieniem natury ludzkiej, ze zrozumieniem samych siebie, swoich własnych ograniczeń. I bez wrzasku.

Bogdan Białek (dziennikarz i społecznik)