Każda rodzinna historia jest inna

Dział Genealogii ŻIH

Jeden pokój na Tłomackiem w Warszawie, cztery osoby siedzące przy swoich komputerach oraz setki rodzinnych historii, które zahaczyły o to miejsce, szukając swojej pełni. Dział genealogii Żydowskiego Instytutu Historycznego powstał dwadzieścia lat temu, kiedy jeszcze nikt nie chciał szukać swoich przodków, a archiwalne dokumenty poniewierały się w piwnicy.

Pierwszymi osobami, które chciały poznać rodzinne historie były „dzieci Holokaustu”, czyli osoby uratowane z Zagłady, jako bardzo młodzi ludzie, nie zawsze pamiętający czasy „przed”. Później zaczęli pisać Amerykanie, zaskoczeni tym, że tu w Polsce ktoś mówi po angielsku. – Pracujemy z naciskiem na historię rodzinną – mówi Anna Przybyszewska-Drozd. – Historia żydowskich rodzin jest z różnych powodów poprzerywana.

To przerwanie widać zarówno zagranicą, jak i w Polsce. Ci, którzy wyjechali, zostawili przeszłość za plecami. Nie chcieli do niej wracać z różnych powodów. Ci, którzy zostali w Polsce, swoją żydowskość schowali na dnie głębokiej szafy. Ani jedni, ani drudzy nie opowiadali dzieciom, kim byli ich przodkowie i czym się zajmowali. Te dzieci trafiają teraz na Tłomackie 3/5, żeby tę wiedzę uzupełnić.

– Na świecie funkcjonuje stereotyp „babci z Polski”, czyli starszej pani, która pod żadnym pozorem nie chce do naszego kraju wrócić. Nikt nie zastanawia się, skąd dokładnie pochodzi, czy nadal mówi po polsku i co zdarzyło się w jej życiu. My próbujemy pokazać, że nie można nie wrócić do miejsc, w których się dorastało. To tak, jakby nie akceptować siebie w swoim własnym domu – podkreśla Anna Przybyszewska-Drozd.

Zdecydowana większość amerykańskich Żydów, których przodkowie pochodzili z Polski, uważa, że wyjechali oni z naszego kraju z powodu pogromów. Często okazuje się, że nie jest to prawdą, a powodem wyjazdu była chęć zdobycia majątku lub… ucieczka przed długami.

Mama Matana Shefi wyjechała z warszawskiego Żoliborza do Izraela jako mała dziewczynka. Przez całe życie rozmawiali ze sobą – co naturalne – po hebrajsku. Od niedawna ich rozmowy telefoniczne toczą się po polsku. Matan studiował historię na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. Pamięta, jak dziadek na urodziny mamy śpiewał Mazurek Dąbrowskiego. Niedługo później dziadek zmarł, a Matan zapragnął lepiej poznać rodzinną historię. Cztery lata temu wraz z żoną przeprowadził się do Warszawy. Dwa tygodnie temu tu urodził się jego pierwszy syn. Matan uważa, że to symboliczny powrót do korzeni, bo jego rodzina mieszkała w stolicy Polski przez co najmniej 250 lat. I tylko on sam urodził się w Izraelu.

Nie wszyscy zgłaszający się do ŻIH szukają szczęśliwego zakończenia. Nie zawsze chcą spotkać się z odnalezionymi krewnymi. Niekiedy wystarczy im tylko informacja, że tacy są. Czasami dwie bliskie osoby uda się znaleźć przez przypadek. Tak było ze Ślesinem i plakatami teatralnymi. Krewni współtwórców lokalnego teatru amatorskiego przekazali do Działu Genealogii plakaty do zeskanowania. Po kilku miesiącach przyjechał do ŻIH ktoś, kto również miał przodków w tym mieście. Na tych plakatach znalazł nazwiska swego ojca i wujka. Okazało się, że obie rodziny mieszkały przed wojną w tym samym budynku i były ze sobą spokrewnione. Takie historie sprawiają, że praca historyków rodzinnych zwanych też genealogami przynosi szczególną satysfakcję.

Od czego zaczynają się rodzinne poszukiwania? Od wywiadu z osobą, która szuka przodków. Chodzi o to, by dowiedzieć się jak najwięcej i ustalić dokładnie, na czym zależy takiej osobie. Później przychodzi pora na pracę w archiwach. – Wszystko zależy od tej pierwszej rozmowy – wyjaśnia Marta Maćkowiak. – Czasami okazuje się, że informacje są błędne, bo rodzina pochodziła z Łodzi, a nie Warszawy, albo nazwisko zostało źle wpisane przez urzędników. Każdy ma zupełnie inną historię. Czasami z niewielkiej informacji udaje się odtworzyć bardzo dużo. Ale to oczywiście nie jest regułą.

Do Działu Genealogii trafiają też ludzie, którzy chcą potwierdzić, że na ich drzewie genealogicznym nie ma Żydów. Raz pojawił się pan, który podejrzewał, że jego babcia była Żydówką. Dlaczego? Bo ktoś go kiedyś wyzwał od Żydów. Zapewniał jednocześnie, że czytał „Mein Kampf” i rozumie Hitlera, któremu Żydzi zablokowali możliwość studiowania sztuki. Ulżyło mu, kiedy pracownicy ŻIH wyjaśnili, że jego babcia nie był Żydówką.

– Kiedyś zadzwonił człowiek, który na wstępie powiedział, że jest antysemitą – mówi Anna Przybyszewska-Drozd. – Koledzy powiedzieli mu, że ma żydowskie nazwisko i bardzo się tym martwił. Wyjaśniłam mu, że jego nazwisko jest raczej niemieckie. Przyniosło mu to dużą ulgę.

Są też tacy ludzie, którzy wiedzą o żydowskich przodkach, ale kiedy udaje się odnaleźć żyjących krewnych w Izraelu lub USA, rezygnują z kontaktu. Pojawiają się tam różne emocje – od szczęścia, poprzez płacz, do złości. Są też tacy, którzy chcą być Żydami, chociaż ich drzewa genealogiczne na to nie wskazują. To dlatego, że nie czują się pewnie w swoim środowisku. – Wojna unicestwiła ludzi i ich kulturę, zostawiając potężną lukę – podkreśla Anna Przybyszewska Drozd. – Nagle okazało się, że w Polsce jest jednorodne społeczeństwo, które tęskni do wielokulturowości.

Każda z rodzinnych historii jest inna. Łączy je to, że wydarzyły się w Polsce i ślady po nich pieczołowicie odtwarzają Anna, Marta, Matan i Noam w niewielkim pokoju przy Tłomackiem 3/5 w Warszawie.

Katarzyna Markusz



About the Author

Katarzyna Markusz
Dziennikarka od 2001 roku, zajmująca się historią i kulturą polskich Żydów, prowadząca badania dotyczące społeczności żydowskiej w Sokołowie Podlaskim. Redaktor naczelna Jewish.pl.