“Muzeum pomaga zacząć używać słowa Żyd – normalnie”

Piotr Wiślicki podczas konferencji prezentującej projekt "Żonkile" w muzeum Polin, 18.04.2017

O Stowarzyszeniu Żydowski Instytut Historyczny, muzeum Polin, ŻIH, współpracy z innymi organizacjami, byciu Żydem i Izraelu rozmawiamy z Piotrem Wiślickim, przewodniczącym zarządu SŻIH.

Katarzyna Markusz: Stowarzyszenie ŻIH zebrało środki na stworzenie wystawy stałej muzeum Polin.

Piotr Wiślicki: Nie tylko. Zebrało środki na wszelkie prace związane z zaprojektowaniem, wyprodukowaniem, zainstalowaniem wystawy stałej i to wszystko wykonało, zebrało fundusze także na zorganizowanie konkursu architektonicznego, przekazało zdobytą na ten cel działkę, na której zbudowane jest muzeum, wsparło kwotą 20 mln zł wszelkiego rodzaju programy muzealne do czasu jego otwarcia. Przykładem jest Wirtualny Sztetl, który był tworzony przez Stowarzyszenie. W sumie SŻIH zebrało ok. 165 mln zł na cele muzeum do dnia otwarcia.

Muzeum zostało otwarte, ale to nie koniec współpracy ze Stowarzyszeniem. W jaki sposób teraz wspieracie, pomagacie? Co robicie dalej?

To dopiero początek. Stowarzyszenie jest inicjatorem powstania muzeum i jednym z organizatorów – łącznie z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Miastem Stołecznym Warszawa.

Czy ta współpraca się dobrze układa?

Bardzo dobrze. Muzeum zostało z wielkim sukcesem otwarte i jest z wielkim rozmachem prowadzone.

Wciąż dostaje kolejne nagrody.

Jest ich już wiele i jesteśmy z tego powodu bardzo dumni. Jako organizatorzy działamy wspólnie, tak też podejmujemy decyzje, mamy wpływ na prowadzenie muzeum. Stowarzyszenie jest w dalszym ciągu czynne z punktu widzenia merytorycznego, organizacyjnego i finansowego. Współfinansujemy działanie muzeum i zbieramy pieniądze na jego kolejne programy. Muzeum jest znakomicie prowadzone, na czele z jego szefem, i zgromadziło znakomity zespół ludzi w różnym wieku i bardzo zaangażowanych.

Muzeum się rozwija, ale nie każde dziecko może przyjechać do Warszawy, by je zobaczyć. Ważne są również projekty prowadzone poza placówką, np. muzeum na kółkach. W jaki sposób wychodzicie do małych środowisk lokalnych?

Muzeum na kółkach działa nadal. Uczestniczyliśmy też, razem z Fundacją Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego, w programie „Przywróćmy Pamięć”. Wśród uczestników były różne osoby, w tym np.: klasa nastoletnich dziewcząt z zakładu karnego, które zaczęły się zajmować żydowską historią, związaną z miejscem gdzie się uczą i teraz mieszkają.
Komisja grantowa Stowarzyszenia przeznacza zebrane przez nas środki między innymi na projekty realizowane w małych środowiskach. Nagroda Polin również została przyznana lokalnym działaczom. To jest ważne, bo takie osoby mają zdecydowanie mniejsze przebicie i dużo mniejsze możliwości, niż w dużych miastach, ale są tak samo ważne. I tak samo ważne, jak muzeum Polin, są lokalne instytucje w mniejszych miejscowościach, chcące zajmować się historią Żydów polskich na swoich terenach..

Chcecie mieć wpływ na edukację w małych miejscowościach?

Tak, bardzo nad tym pracujemy. Ja mam trochę bzika na punkcie małych, lokalnych środowisk. Tym ludziom trzeba przypominać, że tam mieszkali Żydzi, tworząc wspólną historię. Tam wciąż jest mnóstwo pamiątek żydowskich – skrawek listu, zdjęcia, wspomnienia starszych mieszkańców, potłuczone macewy, budynek, w którym była mykwa itp. Po wojnie, a szczególnie po 1968 r., historia Żydów została wymazana z kart książek historii oraz – co gorsza – z umysłów ludzi. Została nikła wiedza, folklorystyczny antysemityzm i figurki Żydów z grosikiem zamiast serca. Rola takich organizacji jak nasza polega na aktywowaniu małych środowisk, by zaczynały przywracać pamięć, to, co zostało wymazane.

Jak na to patrzą władze lokalne?

Czy w dniach upamiętnienia ofiar Holokaustu lub w czasie rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim gdziekolwiek w tych małych miejscowościach o tym się mówi? W bardzo niewielu. Ale my, środowiska żydowskie, nie możemy się poddawać. Czasami ktoś do mnie dzwoni i mówi, że jakiś cmentarz jest zaniedbany. W Polsce są tysiące cmentarzy. Ale kto ma o nie dbać?

Żydów jest mało.

Nie ma prawie wcale. Na skalę Polski to bardzo mała garstka ludzi. Często mnie pytają, kto to jest Żyd.

A kto to jest Żyd?

Dla mnie? Ja mam jednoznaczną opinię. Bardzo ważne jest, by mieć kroplę krwi żydowskiej. Ale druga cecha jest ważniejsza – to ktoś, kto chce stanąć i powiedzieć „jestem Żydem”.

A jak mieszka w małej miejscowości, to się boi.

Chodzi o to, że on przed sobą chce to powiedzieć. Oczywiście, że się boi. Ja sam przez 35 lat się bałem.

W Warszawie? Bał się Pan?

Bałem się do momentu, aż zapisałem się do Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie.

A Pana dzieci dzisiaj się boją?

Nie. Inne czasy, inne środowisko, inny przekaz rodzinny. Moi rodzice się o nas bali. Nauczyli mnie, że o tym się nie mówi. Czasami ludzie pytają mnie, dlaczego to muzeum jest takie ważne. Wtedy odpowiadam, że ono pomaga ludziom w różnym wieku, nie-Żydom, zacząć używać słowa Żyd normalnie. Słowo Żyd dziś w Polsce może znaczyć mnóstwo rzeczy. Może to być bardzo pejoratywne określenie, może być epitetem. Znowu inni ludzie boją się używać tego słowa wobec Żydów, aby ich nie urazić. Mówią „Izraelici”. A przecież „Czy Ty jesteś Żydem?” to jest normalne pytanie.

W jaki sposób stowarzyszenie współpracuje z innymi organizacjami żydowskimi?

Współpracuje z bardzo wieloma organizacjami żydowskimi, ale przede wszystkim z ŻIH i Polin. Stowarzyszenie ma dwoje, tak samo ważnych, dzieci. Muzeum Historii Żydów Polskich i Żydowski Instytut Historyczny.

Te instytucje nie mają punktów spornych?

Nie konkurują ze sobą. Punkty sporne mają, tak jak każde organizacje o podobnym działaniu i tematyce. Ale ja stoję na stanowisku, że trzeba rozmawiać trzeba komunikować. Dzięki komunikacji między ŻIH, a Muzeum, wszystko wychodzi. Działamy coraz szerzej, coraz lepiej. Razem robimy wspólne programy – Stowarzyszenie, ŻIH i Muzeum.

ŻIH ze Stowarzyszeniem pracuje teraz nad programem „Archiwum ważniejsze niż życie”. To wieloletni program działań upamiętniający Archiwum Ringelbluma i grupę Oneg Szabat. Jego celem jest upamiętnienie, udostępnienie i upowszechnienie zbiorów Archiwum w Polsce i za granicą. Wiodącą rolę ma Instytut, a my jesteśmy partnerem w programie i szukamy finansowania. Archiwum jest dla nas, dla Żydów, sprawą pierwszoplanową. Są fundusze na wydanie wszystkich tomów archiwum. Teraz trzeba znaleźć finansowanie na tłumaczenie tych dokumentów na język angielski.

Idziemy w dobrym kierunku. Chcemy współpracować z każdą instytucją żydowską. Przy dyrektorze Muzeum powstała z inicjatywy Stowarzyszenia rada złożona z przedstawicieli kilkunastu organizacji żydowskich. Chcemy, jako stowarzyszenie, być w tym środowisku, a mnie wybrano na przewodniczącego tego komitetu i jestem z tego niezmiernie dumny.

Te organizacje często się ze sobą kłócą?

Często.

O co?

Bardzo często o nic ważnego. Tak samo jak inne organizacje, jak inni ludzie. Czasami kłócą się o poważne sprawy. Czasami niektóre organizacje nie potrafią zachować odpowiedniego poziomu. I czasami czują się atakowane, chociaż nie mają do tego powodu i zaczynają bezsensu się bronić przez atak.

A my – i ja osobiście – uważamy, że tylko rozmowa, tylko komunikacja między tymi orgnizacjami, mogą rozwiązać większość problemów i tylko wspólne działania i chęci mogą dać pozytywne rozwiązania

Czy w Polsce jest antysemityzm?

Czy jest antysemityzm? Oczywiście. Czy jest większy niż gdzie indziej? Nie. Nie wyobrażam sobie warszawskiego Festiwalu Singera, albo krakowskiego Festiwalu Kultury Żydowskiej w takiej wspaniałej otoczce, jaką mamy, w Amsterdamie, Paryżu lub w Londynie. Pewnie czołgi trzeba by ustawić dla bezpieczeństwa.

Czy boję się, że ktoś mi narysuje gwiazdę Dawida na drzwiach? Nie boję się. Czy mogą to zrobić? Mogą. Czy o dzieci się boję? Do niedawna nie bałem się wcale, teraz wśród narastających nurtów nacjonalistycznych jest inaczej. Zaczynam się obawiać. Mam pretensje do rządzących, że nie robią nic przeciwko tym antysemickim ruchom.

Tolerują.

Jeszcze gorzej niż tolerują. Po prostu ich to kompletnie nie interesuje. Żaden z rządzących nie powie, że to prowadzi tylko do piekła. W Niemczech w późnych latach 20. też się tak zaczęło.

Myśli Pan, że będzie coraz gorzej, czy to wyhamuje w pewnym momencie?

Wyhamować może tylko wtedy, kiedy znajdzie się ktoś z rządzących, kto zacznie to hamować. To, że my, jako organizacje żydowskie, protestujemy, że zgłaszamy sprawy do prokuratury, to niewiele zmienia. Władze powinny powiedzieć, że to jest złe, że to droga do piekła.

Takim przyjacielem Żydów był chyba Lech Kaczyński?

Był człowiekiem bardzo otwartym na wszystkie sprawy żydowskie, na kulturę żydowską, na spotkania z Żydami. To on popierał powstanie Muzeum. To jest tak, że dziś, jako mała społeczność, lepiej się czujemy, gdy wiemy, że ktoś może nas wziąć w obronę.

Nie myślał Pan o tym, żeby wyjechać do Izraela?

Nie. Uważam Polskę za mój kraj, za kraj moich dziadków, pradziadków, prapradziadków. Spędzili tu całe swoje życie. Jestem związany z Polską. Czuję się Żydem polskim. Natomiast jestem szczęśliwy, że istnieje Izrael. To ciekawe, że niewiele osób z Izraela dało darowizny na powstanie Muzeum. I nie ma nic w tym dziwnego. Uważam, że to my mamy dać darowiznę na cele Izraela. To oni tego potrzebują, a nie my. Izrael to gwarant mojego bezpieczeństwa. Nie byłoby Holokaustu, gdyby wówczas istniał Izrael.

Rozmawiała Katarzyna Markusz



About the Author

Katarzyna Markusz

Dziennikarka od 2001 roku, zajmująca się historią i kulturą polskich Żydów, prowadząca badania dotyczące społeczności żydowskiej w Sokołowie Podlaskim. Redaktor naczelna Jewish.pl.