Skrajna prawica demonstruje w USA. Jedna osoba zginęła

Jedna osoba zginęła, gdy samochód wjechał w demonstrację, będącą sprzeciwem wobec pochodu skrajnej prawicy w Charlottesville. Nacjonaliści mieli ze sobą nazistowskie flagi, unosili ręce na wzór hitlerowskiego pozdrowienia oraz wykrzykiwali antyżydowskie hasła.

W Charlottesville w sobotę zebrało się około 500 prawicowych ekstremistów. Protestowali przeciwko planom urzędu miasta dotyczącym usunięcia pomnika generała Roberta Lee, dowódcy wojsk Konfederacji w czasie wojny secesyjnej. Po przegranej wojnie odebrano mu obywatelstwo USA, które Kongres przywrócił dopiero w 1975 r.

Marsz skrajnej prawicy spotkał się z kontrdemonstracją. Obie strony zaczęły rzucać w siebie m.in. plastikowymi butelkami. Gubernator Wirginii ogłosił stan wyjątkowy. Policja prosiła członków prawicowej demonstracji o zmianę miejsca jej odbywania. W efekcie rozproszyli się oni po różnych częściach miasta. Wtedy w grupę kontr-demonstrantów wjechał rozpędzony samochód.

Na miejscu zginęła 32-letnia Heather Heyer, działaczka amerykańskiej partii lewicowej. Rannych zostało kilkanaście osób.

O morderstwo drugiego stopnia oskarżono 20-letniego Jamesa Alexa Fieldsa Jr. Jego matka wiedziała, że syn wybiera się na marsz, ale nie znała charakteru wydarzenia. O całej sprawie dowiedziała się od dziennikarzy.

Uczestnicy prawicowego marszu mieli transparenty z hasłami: „Żydowskie media upadną”, „Żydzi to dzieci szatana”, „Goje wiedzą”.

Prezydent Donald Trump potępił zamieszki, krytykując przemoc „po obu stronach”.

W niedzielę Ivanka Trump napisała na Twitterze: „W społeczeństwie nie powinno być miejsca na rasizm, białą supremację i neonazizm. Musimy być razem jako Amerykanie – i być jednym zjednoczonym krajem”.