Opowieści z głębi nocy w Sanoku

Marcin Fedorowicz, Ośrodek "Brama Grodzka - Teatr NN"

22 stycznia w sanockiej galerii BWA w ramach Międzynarodowego Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu wystąpił Teatr NN w składzie: Witold Dąbrowski (narrator), Marian Pędzisz (altówka) i Stanisław Błach (kontrabas). Widzowie mieli okazję uczestniczyć w spektaklu, czy raczej zdarzeniu teatralnym, zatytułowanym „Opowieści z nocy”, w reżyserii Tomasza Pietrasiewicza, z muzyką Roberta Brzozowskiego.

W ciemności słychać szum zmieszanych ze sobą słów. Powoli wyodrębniamy z niego fragmenty nagrań ze świadkami historii. – Ona się tak bała – wspomina z przejęciem kobieta. Dopiero po chwili blade światło ledwie rozprasza mrok, muzyka i słowo użyczają ciała przeszłości. Na scenie stoją trzy postaci zanurzone w półmroku, poza tym instrumenty, statywy do nut i tekstów, i nic poza tym.

„Opowieści z nocy” to teatr ogołocony ze sztafażu przedmiotów, rekwizytów i pełnego ekspresji aktorstwa, teatr niczego nie udający. Bo jak inaczej mówić o Zagładzie? Jak opowiadać o mieście, którego już nie ma, i do którego nie ma też powrotu? Pamięć to jedyne miejsce, gdzie żyją drobiny tamtego świata rozbite na kawałki jak lustro. Takie, jak ta historia o chłopcu prowadzonym na egzekucję, który w jednej chwili osiwiał – ocalona przez jedną zaledwie, indywidualną pamięć, jest cennym skarbem, śladem, który trzeba zachować i powielić, zanim ostatecznie zatrze się i zmiesza we wspólnej niepamięci.

Podobnych historii jest osiem. Ich status jest niepewny, pochodzą często z drugiej ręki, stanowią przekazywane dziedzictwo. Motyle rysowane przez dzieci na ścianach więzienia, niebieska poduszka pozostawiona na zawsze w depozycie u sąsiadów, dziecięca piosenka. Pośród przywołanych historii jest także ta, o mężczyźnie, który siedząc w ciemnej kryjówce myślał, że nie ma już dnia, że jest tylko noc.

Marcin Fedorowicz, Ośrodek “Brama Grodzka – Teatr NN”

Granica między faktem, a znaczeniem zaciera się. Każda historia, choć pozbawiona ornamentów, surowa, staje się metaforą i tym samym prowadzi nas ku głębokiej prawdzie tamtych dni i doświadczeń. Słuchanie tych strzępków historii zobowiązuje, a nawet przynagla do pamiętania. Sam akt słuchania jest aktem ocalenia. To ostatni moment. Widzowie stają się tym samym częścią tego misterium. Powtarzające się, wyśpiewywane przez aktora, wezwanie, czy lament – Lublin, majne hailige sztetl! – to chwila, kiedy ujawniają się emocje, a słowa przestają być jedynie obiektywną, surową relacją. W tym wezwaniu na moment ujawnia się to, co prywatne, osobiste, coś intymnego, jak płacz, albo żal. Napięcie między ruchem przy instrumentach, a „zamrożonym”, powstrzymanym niemal bez-ruchem aktora daje poczucie intensywnej, zagęszczonej obecności. Oryginalna muzyka, stanowiąca dialog z żydowską tradycją, lamentacyjna lub niepokojąca, nadaje rytm czytanym i wypowiadanym słowom.

Na koniec ciemność znów zagarnia wszystko. Szum zmieszanych ze sobą głosów i pojedyncze urywki wspomnień świadków zamykają sytuację spotkania z przeszłością.

Podobno opowieści w spektaklu miało być siedem – jak siedem ramion menory – tłumaczył po spektaklu Witold Dąbrowski. A jednak zostało ich osiem. Żadnej nie można było usunąć. Jeśli szukać znaczenia w żydowskiej tradycji przychodzi na myśl chanukija. A więc także cud chanukowy. Kto wie, co w kontekście tych trudnych i dramatycznych historii może być cudem? Czy pamięć, która pozwala nam przekroczyć nasze tu i teraz? Bo choć nas tam nie było, niczego nie mogliśmy zrobić i niczego już nie naprawimy, możemy pamiętać.

Wieczór dopełniła krótka opowieść na podstawie prozy I. B. Singera zatytułowana „Ole i Trufa. Opowieść o dwóch liściach” – piękna baśń tchnąca nadzieją, że wszystko, czego dziś nie rozumiemy, czego się obawiamy, dopełni się i stanie czytelne, zrozumiałe… w swoim czasie.

Wydarzeniom w sanockim BWA patronował Marszałek Województwa Podkarpackiego, Władysław Ortyl, a współorganizował Urząd Miasta Sanoka i Miejska Biblioteka Publiczna.

Joanna Sarnecka