“Nigdy się nie dowiem, jak skonał mój ojciec”. Księga Pamięci Węgrowa

WęgrówWęgrów - zdjęcie z Księgi Pamięci

W książce “Dalej jest noc” znajduje się rozdział poświęcony miasteczku Węgrów, którego połowę przedwojennych mieszkańców stanowili Żydzi. Większość z nich została zamordowana w pobliskiej Treblince. Przeżyli nieliczni. To oni spisali swoje wspomnienia w Księdze Pamięci opublikowanej w 1960 r. w Tel Awiwie.

Składa się ona z dwóch części – pierwszej w języku hebrajskim i drugiej w jidysz. Prezentujemy poniżej krótki fragment tej księgi, natomiast całość dotychczas wykonanego przez nas tłumaczenia można znaleźć na stronie https://wegrow.jewish.pl/ gdzie zachęcamy również do wsparcia tego projektu https://pomagam.pl/wegrow

Księga Pamięci Węgrowa, s. 62-63

R. Mandelbaum (Buenos Aires)

W kryjówce

Ja, nasz 65-letni ojciec i starsza siostra ukrywaliśmy się – przez półtora roku – u pewnego chłopa niedaleko Węgrowa.

Na strychu obory leżeliśmy w zimie i w lecie, cierpiąc z powodu głodu i przeraźliwego zimna. Przez pierwsze trzy miesiące chłopu udało się wyciągnąć z nas cały majątek, a kiedy nic już nie mieliśmy – kazał nam iść precz. Dzień w dzień nas ponaglali: „Wynoście się stąd, jak długo będziecie się tak ukrywać. Tylu Żydów [już] wykończyli, a wy chcecie dalej żyć?!” Nie było dnia, żeby nam nie opowiadali, że znów zabito jakichś Żydów, bo tu i tam odkryto ich kryjówki, i przy okazji pytali: „A wy jak długo zamierzacie u nas zostać? Idźcie sobie do lasu!”.

W ten sposób znęcali się nad nami przez cały czas; jedzenia od nich nie dostawaliśmy. Jedyny powód, dla którego nas stamtąd nie wyrzucili, był taki, że został nam jeszcze dom, który obiecaliśmy na nich przepisać, gdy tylko będzie można to zrobić. Pokornie obiecywaliśmy, że niczego im nie zbraknie, o ile nadal będą nas ukrywać.

Pewnego ranka chłop przyprowadził nam jeszcze dwoje ludzi, mężczyznę i kobietę, którzy uciekli z obozu. Latem ukrywali się w lesie, a na zimę przychodzili do tego chłopa, który za duże pieniądze przyprowadził ich do nas.

Kiedy Niemcy zaczęli bardzo skrupulatnie szukać żydowskich kryjówek, chłop kazał nam wynieść się na parę dni do lasu, dopóki sytuacja się nie uspokoi. Błagania mojego ojca, żeby przetrzymali nas przynajmniej do maja, na nic się zdały. Nie mając innego wyjścia, musieliśmy stamtąd odejść – bez odzieży i butów – pomimo wielkiego mrozu.

25 stycznia 1944 roku, w przeraźliwie ciemną i zimną noc, wyszliśmy stamtąd, powłócząc nogami, wyczerpani fizycznie – dosłownie skóra i kości.

Z trudem dawaliśmy sobie radę. Podpierałem ojca, trzymając go jak małe dziecko. Szedł, powłócząc nogami, nie miał już siły chodzić, ciągnął się niemal na czworakach. Tak człapaliśmy przez całą noc. Kiedy dotarliśmy do lasu, usiedliśmy, żeby odpocząć.

Zaczynało świtać, a my byliśmy wszyscy przemarznięci do szpiku kości i mokrzy od śniegu; tuliliśmy się do siebie, żeby się rozgrzać. Ojciec położył umęczoną głowę na moich kolanach, z oczu popłynęły mu łzy. Serce mi pękało, ale nie byłem w stanie go uratować. Tylko on nam pozostał z całej rodziny, mieliśmy nadzieję, że wytrwa z nami do końca wojny i razem dożyjemy lepszych dni. Ale oto kona na naszych oczach. Smutek i ból były ogromne – lecz w żaden sposób nie mogliśmy mu pomóc. Każdy z nas wziął z sobą kawałek chleba, ale głód jakby w nas zamarł, stłumiony innymi emocjami.

Tymczasem robiło się coraz zimniej, po odpoczynku odczuwaliśmy jeszcze większy chłód. Ojciec zwraca się do nas z płaczem: czuje zbliżający się koniec i obawia się, że jego ciało zostanie porzucone na pastwę dzikich zwierząt.

Tego dnia w lesie odbywało się polowanie, słyszeliśmy wystrzały. Nazajutrz postanowiliśmy wrócić do tamtego chłopa. Ale ojciec już nie dawał rady iść. Moja siostra i ja chcieliśmy go nieść na rękach, byliśmy jednak zbyt wyczerpani, podobnie jak on, i już nie zdołaliśmy go udźwignąć. Ojciec prosił i błagał: „Idźcie sami, ratujcie swoje młode życie; doczekajcie śmierci Hitlera i krwawo pomścijcie całą naszą straconą rodzinę”. Ucałowaliśmy go ostatni raz i poszliśmy.

Moje serce obróciło się w kamień; myślami byłem przy ojcu, dręczyło mnie sumienie. Może nie powinienem był słuchać jego próśb i z nim zostać. Jak można porzucić człowieka samego w lesie, w dodatku własnego ojca?! Próbowałem zawrócić po niego, ale nie znalazłem drogi. Nigdy się nie dowiem, jak skonał mój ojciec.

Szliśmy dalej, potykając się i upadając. Z trudem dotarliśmy do chałupy tamtego chłopa, ale już bez naszego ojca.

Tamtej tułaczki po lesie i naszego powrotu stamtąd nigdy nie zapomnę.

Dr Hillel Seidman (Zajdman)

„Dobrzy sąsiedzi” – jak drapieżne bestie

(Z „Dziennika z warszawskiego getta”)

…Polacy biorą udział… w mordowaniu Żydów. Cena żydowskiej głowy: ćwierć kilo cukru! Z miast na prowincji dochodzą hiobowe wieści oraz wezwania do buntu i zemsty.

Poniedziałek, 30 listopada 1942 r.:

Dziś byłem na ulicy Niskiej. Tam znajduje się biuro Werterpassung. Jest to instytucja zorganizowanej grabieży żydowskiego mienia. Hitlerowcy gromadzą mienie deportowanych Żydów i tych, którzy [jeszcze] pozostali, i wysyłają do Niemiec. Do zbierania rzeczy zatrudniają Żydów, wielu z nich jest z Warszawy, inni niedawno przybyli z pobliskich miejscowości. Chodzę od jednego do drugiego, zagajając rozmowę z Żydami z małych miasteczek, żeby dowiedzieć się, co się dzieje w ich okolicy. Mój przyjaciel Jehuda Lejb Orlean też prosił mnie o pozyskanie od nich informacji, zwłaszcza o miasteczku Węgrów, gdzie przebywała jego żona i pięcioro dzieci. Spotykam Żyda z Węgrowa, jedynego, który przeżył ze swojej rodziny i społeczności, a on mi opowiada:

– W [dzień przed – przyp.red.] Jom Kipur, który przypadł 21 września, przybyła do miasta banda SS i nakazali wszystkim Żydom, bez względu na wiek i płeć, zgromadzić się na rynku. A kiedy wszyscy się zeszli, hitlerowcy wymordowali na miejscu starych i chorych, którzy nie byli w stanie chodzić, albo zabrali ich na żydowski cmentarz i tam pozabijali. Resztę Żydów wypędzili z miasta.

– Dokąd?

– Nie wiadomo. W to samo miejsce, gdzie wywożą wszystkich Żydów – brzmiała odpowiedź.

– A nie dało się gdzieś ukryć? – zdziwiłem się.

– O tak, niedużymi grupkami Żydzi pochowali się w piwnicach, na strychach, w lesie. Ale wtedy Niemcy ogłosili, że za każdego znalezionego Żyda dadzą ćwierć kilo cukru. I Polacy chrześcijanie – dzieci i dorośli – od razu rzucili się do przeszukiwania wszystkich dziur i szczelin, żeby znaleźć ukrywających się Żydów. Gdy znaleźli Żyda, wyciągali go siłą z kryjówki, a jeśli stawiał opór, to go dotkliwie bili i wydawali hitlerowcom. Nie pomagały żadne błagania ani łapówka: goje nie znali litości. Wyniuchali kryjówkę dwunastoletniego żydowskiego chłopca ukrywającego się na strychu. „Parszywcy” otoczyli dom, obrzucili kamieniami, poszczuli wściekłymi psami – potem usiłowali podpalić dom, aż wreszcie zmusili żydowskiego chłopca do zejścia. A gdy wreszcie zszedł, zawlekli go wiwatując na niemiecki posterunek, na oczach chrześcijańskiej ludności. Żaden Polak nie kiwnął palcem w obronie tego nieszczęsnego chłopca. Niemcy zaprowadzili chłopca na żydowski cmentarz i tam go zamordowali na oczach polskich gapiów, którzy przyszli nacieszyć oczy inkwizycyjnym przedstawieniem.

W miasteczku Węgrów nie przetrwał ani jeden Żyd. Także tych, którzy ukrywali się w lasach, chłopi wydali hitlerowcom.

(„Ha-Boker”, 26 września 1945 r.)

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!