“Wiedziałem, że mój los leży w ich rękach”. Rodzina, która pomogła Żydowi w Sokołowie Podlaskim

Ulica Lipowa w Sokołowie Podlaskim. Naprzeciw budynku, w którym znajdowało się niemieckie starostwo nie stoi już drewniany dom Rogozińskich

Simche Poliakewicz uciekł z obozu w Treblince. W Sokołowie Podlaskim znalazł schronienie u pochodzącej z poznańskiego rodziny Rogozińskich.

Dom Rogozińskich znajdował się na ul. Lipowej naprzeciwko niemieckiego starostwa. Była to drewniana chałupa z zapadniętymi oknami, składająca się z dwóch mieszkań. “Z lewej strony przez werandę wchodziło się do gospodarza, drzwiami po prawej stronie do polskiej rodziny Rogozińskich. Wszystkie moje myśli skupiły się na tym właśnie małym domku pod numerem dwunastym. Mój dalszy los postanowiłem zawierzyć ludziom, który mieszkali w jego prawej części” – wspominał po wojnie Poliakewicz.

Akurat tego dnia (12 października 1942 r.) Rogozińscy mieli gości. Poliakewicz postanowił więc schować się w chlewie, by nie zwracać na siebie uwagi. Tam znalazła go Rogozińska. “Gdy urywanymi zdaniami opowiedziałem jej moją historię, zdumiona chłopka poszła do domu a mnie kazała zaczekać w stodole aż wróci. Za chwilę wróciła z synem Florianem. Zaprowadzili mnie do ciemnego kąta na tyłach stodoły, gdzie ułożone było drewno i kazali czekać, aż sąsiedzi pójdą. Siedząc tak, dręczyły mnie różne myśli. Wiedziałem, że rodzina musi najpierw naradzić się, co ze mną zrobić. Były dwa wyjścia. Albo udzielą mi pomocy, ale każą odejść, szukać szczęścia na polach i w lasach. A może jednak coś dla mnie zrobią? Wiedziałem, że mój los leży w ich rękach” – pisał później Poliakewicz.

Rogozińscy zdecydowali, że będą ukrywać zbiega z Treblinki. Pani domu przygotował mu posłanie w chlewie, dała palto do okrycia. Pierwszej nocy Poliakewiczowi śniła się żona i czteromiesięczna córka, które zginęły z Treblince. Następnego dnia Rogozińska zabrała go do domu, gdzie rodzina przygotowała dla niego kryjówkę za ścianą.

Panią domu odwiedziła tego dnia znajoma.

“Kobiety zaczęły wypytywać się o rodzinę i znajomych. Gdy zeszło na wiadomości z miasteczka, gość powiedział, że dziś rozpoczyna się wielka wyprzedaż rzeczy po Żydach.

– Ale – dodała – tylko dla chłopów, którzy dostali pozwolenie na wejście do getta, bo punktualnie dostarczali kontyngenty zboża.

Dokładnie wiedziała, jak wyprzedaż ma przebiegać, bo także jej mąż dostał od starosty pozwolenie.

– Trzeba mieć szczęście – dodała z poważną miną. – Nie ma samowoli. Już w getcie dostaje się razem z innymi ludźmi przydzielony dom. Gdy trafią się dobrzy sąsiedzi, podzielą się z tobą sprawiedliwie, jak nie, to kto pierwszy złapie dobry towar, ten lepszy. Poza tym – powiedziała – trzeba mieć szczęście, żeby dostać w przydziale mieszkanie bogatych Żydów.

Opowiedziała też o chłopach, którzy takowe mieli, bo przydzielono im dom żydowskiego lekarza Holcera, w którym mieszkali też dwaj starsi felczerzy [Aaron] Wąs i [Abram] Figowy.

– Takie szczęście mieli! – opowiadała z zazdrością. – Całe wozy napakowali drogą pościelą, ubraniami, bielizną i meblami zupełnie jeszcze nowiutkimi. Ludzie mówią, – dodała po cichu – że w żydowskich mieszkaniach trzeba dobrze szukać, bo Żydzi mieli dużo pieniędzy, które ukryli przez Niemcami sądząc, że przeżyją wojnę. Słyszałam też, – mówiła tym samym tonem – że Żydzi ukrywali swoje pieniądze w nogach stołów i krzeseł, a nawet w drzwiach wejściowych. Byli tacy, co znaleźli już złoto i pieniądze i pościel, a nawet drogie futrzane płaszcze”.

Córka Rogozińskiej odpowiedziała, że nie założyłaby sukienki po zamordowanej Żydówce. “Przecież to nie są żydowskie rzeczy. To nasze rzeczy. Wszystko, co Żydzi na sobie nosili, ich cały majątek, który posiadali, był za nasze pieniądze. To wszystko z nas” – odpowiedziała na to znajoma.

Starszy syn Rogozińskich, Florian, miał koleżankę, która pracowała w starostwie. Od niej dostał kenkartę dla Poliakewicza, który w domu swoich znajomych nie mógł długo zostać. Wszyscy obawiali reakcji Niemców na ukrywanie Żyda. Zdjęcie do dokumentów Poliakewicz zrobił, podając się za Stanisława Górskiego, u miejscowego fotografa Jana Pędicha. Brakujące pieczęcie do dokumentów pomógł wyrobić Piotrowski, który w swoim domu ukrywał Żyda o nazwisku Jastrząb (zgodnie z nowymi dokumentami był Janem Janickim z Kałuszyna).

Ostatecznie w kenkarcie wpisano nazwisko Stanisław Frybel. Tak nazywał się jeden z pracowników Józefa Rogozińskiego, który nie wrócił z frontu. Poliakewicz postanowił wyjechać do Warszawy. U Rogozińskich spędził osiem dni. Wojnę przeżył. Zmarł w 1988 r. w Izraelu. Jest m.in. autorem książki “A tog in Treblinke” wydanej w 1948 r. w serii “Dos pojlisze jidntum” w Buenos Aires oraz “In szotn fun Treblinke”, wydanej w Tel Awiwie w 1957 r.

Tę historię znamy dzięki tłumaczeniu z jidysz książki “Dzień w Treblince”. Zachęcamy do wsparcia kolejnych tłumaczeń na stronie https://pomagam.pl/sokolowpodlaski

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!

About the Author

Katarzyna Markusz
Dziennikarka zajmująca się historią i kulturą polskich Żydów. Redaktor naczelna Jewish.pl.