Nikomu nie muszę udowadniać, że jestem Żydówką!

Drugie pokolenie ma głos: Małgorzata Zajda

Rodowita krakowianka, rocznik 1948, przedstawicielka tzw. drugiego pokolenia, z wykształcenia rusycystka, przez ponad 30 lat pracowała w szkolnictwie specjalnym, od kilku lat aktywnie zaangażowana w życie żydowskie, kierowniczka Klubu Seniora w JCC Kraków.

Jestesmy2

Od wielu lat jest pani kierowniczką Klubu Seniora w JCC Kraków.

Właściwie to od 2008 roku, jednak jego historia jest znacznie dłuższa. Kilka lat wcześniej założyła go moja przyjaciółka, nieżyjąca już Wanda Gołębiowska i po jej przedwczesnej śmierci zaproponowano mi koordynowanie klubu. Jego siedziba mieściła się początkowo w Muzeum Galicja, a następnie w budynku przy ulicy Estery 6. Wraz z otwarciem JCC jego siedziba mieści się już przy ulicy Miodowej 24.

Wanda była dla mnie szczególnie bliską osobą. To dzięki jej namowom aktywnie zaangażowałam się w życie żydowskie, jednak początkowo miało ono bardzo luźny charakter, czysto towarzyski. Takim pierwszym krokiem, który wykonałam, było zapisanie się do TSKŻu w 1994 roku. Często spotykałyśmy się tam z Wandą, nieraz rozmawiałyśmy na tematy żydowskie, na temat przyszłości naszych synów.

Od kiedy znała się Pani z Wandą?

Z Wandą znałyśmy się zasadniczo od wczesnej młodości. Znajomość z nią zawdzięczałam naszym rodzicom. Przyjaźnić zaczęłyśmy się dopiero w latach 90.

Kim byli Pani rodzice?

Ze strony ojca wywodzę się ze znanej rodziny żydowskiej. Protoplastą rodu był Salomon Jakób Kleinberger, o którym posiadam informację z zachowanych dokumentów i dostępnego w Internecie drzewa genealogicznego mojej rodziny. O większości faktów na temat swojej rodziny dowiedziałam się dopiero niedawno, a to dzięki mozolnej pracy, którą wykonał mój syn, przeszukując i opracowując wiele zachowanych w archiwach dokumentów. Ojciec nie opowiadał mi wiele na swój temat. A ja sama nie wykazywałam wówczas takiego zainteresowania i nie prosiłam, aby tata opowiadał mi o swojej rodzinie. Niestety, teraz tego bardzo żałuję.

Mój ojciec, Oskar, urodził się 10 sierpnia 1900 roku w Krakowie. Był synem Zygmunta vel Samuela Zeinwela Kleinbergera (ur. 1857) i Klary z domu Korngold (ur. 1872 w Żabnie). Dziadek był ajentem w Hotelu Grant, natomiast babcia bieliźniarką. Oprócz mojego ojca mieli jeszcze trójkę dzieci: Herminę (ur. 1893), Szymona (ur. 1894) i Alfreda (ur. 1902). Z tego, co udało się niedawno ustalić, to dziadkowie wzięli ślub w 1892 roku w synagodze Kupa. Sami należeli jednak do warstwy Żydów zasymilowanych, dla których najważniejsze było wykształcenie swoich dzieci i zapewnienie im dobrych warunków życia. Wszyscy mieszkali w kamienicy przy ulicy Długiej 53.

Ojciec ukończył III Państwowe Gimnazjum im. Jana III Sobieskiego, a w 1921 roku po zdaniu matury podjął studia prawnicze w Uniwersytecie Jagiellońskim. Przed wojną doktoryzował się i prowadził już praktykę adwokacką. Niestety nie znam wielu szczegółów na temat jego wojennych losów, gdyż kiedy zaczęło mnie to interesować, to ojciec umierał i nie chciałam mu przysparzać przykrych wspomnień. Ja miałam jednak ten przywilej, że wcześniej jednak mi coś przekazał.

Co dokładnie udało się Pani zrekonstruować na temat wojennych losów rodziny?

Po wybuchu wojny, ojciec uciekł wraz z wojskiem do Lwowa. Opowiadał, że przebywał w obozie Janowskim, skąd udało mu się uciec. Przez jakiś czas ukrywał się w lesie. Po powrocie do Krakowa starał się zataić swoją tożsamość, często zmieniał wygląd, aby nikt go nie rozpoznał, gdyż jako adwokat był osobą powszechnie znaną. Utrzymywał się z drobnego handlu, często musiał kombinować, jak przetrwać bezpiecznie kolejny dzień. Wspominał, że dzięki niewielkiej posturze i dobrej kondycji fizycznej, znacznie łatwiej było mu przetrwać wojnę. Co ciekawe, wiele dokumentów, które dzisiaj posiadamy, w tym na przykład akt obrzezania, udało się ojcu ukryć w skrytce w jednym z budynków przy placu Matejki. Po zakończeniu wojny odnalazł je nienaruszone.

Pewnego dnia ojciec został zatrzymany przez Gestapo i przewieziony do więzienia na Montelupich, jak to tata nazywał, na tzw. „rozwałkę”. Opowiadał, że wisiał „do góry nogami”. Mimo brutalnego przesłuchania, Niemcy nie odkryli żydowskiego pochodzenia mojego ojca. Siedząc w celi, poznał Piotra Kruszewskiego, który powiedział ojcu, że jeżeli uda mu się wydostać z więzienia, to może wykorzystać ukryte przez niego dokumenty na nazwisko Jan Jerzmanowski. Tak też zrobił. Po wojnie na ich podstawie po oficjalnie zmienił swoje personalia.

Jaki los spotkał rodziców i rodzeństwo ojca?

Rodzice ojca i siostra Hermina zginęli podczas wojny. Początkowo przebywali w getcie krakowskim. Po jego likwidacji zostali wysłani do obozu w Płaszowie, gdzie zginęli w 1943 roku. Na murze nowego cmentarza żydowskiego przy Miodowej znajduje się ufundowana przeze mnie tablica pamiątkowa, będąca zarazem ich symbolicznym grobem.

Młodszy brat ojca, Alfred, wraz z nim przedostał się z Wojskiem Polskim do Lwowa. Stamtąd został wywieziony w głąb Związku Radzieckiego, na tzw. Kołymę. Pobyt w obozie udało mu się w miarę bezpiecznie przetrwać dzięki swojemu zawodowi – był lekarzem stomatologiem. Kiedy szef obozu dostał zapalenia okostnej, to on zoperował mu szczękę za pomocą wykonanych przez siebie narzędzi. Do Polski wrócił już w 1945 roku w stopniu porucznika. Początkowo mieszkał w Krakowie, a następnie osiadł w Opolu, gdzie zmarł 14 maja 1975 roku.

A co z Szymonem?

Jego dokładnych losów nie udało mi się ustalić. Wiem jedynie, że w czasie I wojny światowej został powołany do armii i poległ na froncie.

Czy Pani matka też była Żydówką?

O tym, że moja mama jest pochodzenia żydowskiego, dowiedziałam się zupełnie niedawno. Zawsze to podejrzewałam, jednak sama mama prawdopodobnie o tym nigdy nie wiedziała. Wywodziła się z rodziny Witkowskich, która kilka pokoleń wcześniej przyjęła chrzest.

Jak wyglądało życie Pani ojca po wojnie?

Ojciec powrócił do praktyki adwokackiej. Początkowo mieszkał przy placu Kościelnym 8, a następnie w 1947 roku dostał mieszkanie w okazałej kamienicy przy ulicy Dunajewskiego 6. W 1945 roku zarejestrował się w Wojewódzkim Komitecie Żydowskim w Krakowie, szukał rodziny, miał nadzieję, że ktoś przeżył. Po dwóch latach, nie odnalazłszy poza bratem już nikogo z rodziny, zdecydował się na emigrację do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkała jego ciotka Tea Rosenberg – siostra matki. Mając już stosowne pozwolenia i wykupione bilety do portu w San Francisco, poznał przez zupełny przypadek moją mamę, która była wówczas sekretarką profesora Kazimierza Pasenkiewicza. A miało to miejsce w dzisiejszym budynku Urzędu Wojewódzkiego przy ulicy Basztowej 22. Mama była młodsza od ojca o 27 lat. To duża różnica, ale dla prawdziwej miłości niewielka przepaść. 12 kwietnia 1947 roku pobrali się. Mama postawiła ojcu jednak jeden warunek – nie wyjeżdżamy z Polski! Tata podporządkował się tej decyzji.

Owocem tej miłości…

Tak, tak. Byłam ja. Urodziłam się rok po ślubie, 14 lipca. Brat, Maciek, urodził się w 1950 roku.

Ojciec Żyd, matka katoliczka. Jak te dwie tradycje zostały pogodzone w Waszym domu?

Ojciec nigdy nie wykazywał się wielką religijnością, a tym bardziej już po wojnie, kiedy to zerwał całkowicie swoje związki z religią żydowską. Za jego zgodą, ja wraz z bratem zostaliśmy ochrzczeni, jednak nasza religijność była dość płytka i polegała bardziej na przestrzeganiu zwyczajów
niż wielkiej duchowości. Za sprawą matki obchodziliśmy w domu wszystkie święta religijne, jednak ojciec w nich nie uczestniczył lub był ich biernym uczestnikiem. Dawał dość jasno do zrozumienia, że chce być jak najdalej od religii, czy to judaizmu, czy chrześcijaństwa. Nie było w tym jednak żadnej pogardy, po prostu chęć bycia neutralnym.

Ojciec po wojnie był w tzw. „szafie”. Nie lubił afiszować się ze swoim żydowskim pochodzeniem, a w szczególności bał się o nas. Stąd zapewne ta jego zgoda na nasz chrzest. Po utracie rodziny i ciężkich latach wojny byliśmy dla niego wielkim darem, który należało chronić za wszelką cenę.

Czyli dom był nieżydowski?

Nie nazywałabym tego tak. Dom był bardzo żydowski, jednak nie pod względem religijnym, a pod względem towarzyskim. Rodzice utrzymywali kontakt z wieloma Żydami, często również mocno zasymilowanymi jak ojciec. Wielu z nich łączyła także tzw. „wspólnota losów”.

W naszym mieszkaniu ojciec prowadził także kancelarię adwokacką. Wielu Żydów było jego klientami. Przychodzili także inni adwokaci, wśród których było wielu Żydów. Mamę nazywano mecenasową Kleinbergerową, a nie Jerzmanowską. Więc jak widać dom był niezwykle żydowski.

A co z Panią i bratem?

Zawsze wiedzieliśmy, że ojciec był Żydem. Jako dziecko nie do końca rozumiałam, co miałoby to dokładnie znaczyć. Miałam wrażenie, że dzięki temu jestem lepsza, czułam się jakby dzięki temu nobilitowana. To takie dziwne uczucie. Dzisiaj tego już nie mam, ale wtedy jako dziecko odczuwałam to bardzo mocno. Może także wpływ miała na to dobra sytuacja materialna rodziny, dobre środowisko, wśród którego się otaczaliśmy. Nie wiem.

Byliśmy z bratem bardzo zwariowanymi dziećmi. Ojciec starał się w nas zaszczepić wszystko co najlepsze – poezja, fortepian, język francuski – my jednak woleliśmy rozrabiać i bawić się na trzepaku…

A w szkole koledzy wiedzieli, że jest Pani Żydówką?

Sądzę, że nie, gdyż nigdy nie padła jakakolwiek antysemicka odzywka w moim kierunku. Dzieci niestety bywają okrutne, stąd jakby wiedzieli, pewnie nieraz wyzywaliby mnie od Żydówek. Nauczyciele jednak wiedzieli, gdyż znali moich rodziców. Z ich strony także nigdy nie doświadczyłam nic złego, na co miałoby wpływ moje pochodzenie.

Co jest także warte odnotowania, kiedy chodziłam do szkoły, żydostwo w ogóle mnie nie interesowało. Zresztą tak naprawdę nie wiedziałam, z czym to się je. Nie znałam tradycji, religii. Nie zdawałam sobie sprawy z bogactwa tej kultury i tak naprawdę z jej unicestwienia w Polsce. Nigdy nie chodziłam na Kazimierz. Wręcz nie wolno było mi tam chodzić. Moja wiedza wówczas była bardzo niewielka.

Przychodzi rok 1968…

Niestety. Ojciec chorował już od kilku lat na raka. Kiedy rozpętała się antysemicka nagonka, leżał umierający w szpitalu. Często do niego przychodziłam, czytałam mu Dziennik Polski. Bardzo się cieszył ze zwycięstwa „naszych”, ale i był bardzo zaniepokojony całą sytuacją w kraju. Bał się o mamę, mnie i brata. Przeczuwał, że możemy mieć problemy z jego powodu.

Tata zmarł 5 sierpnia. W ostatniej chwili przed śmiercią zdążył wezwać księdza i poprosił o katolicki pogrzeb. Zrobił to nie dlatego, że nagle przed śmiercią się nawrócił, ale dla naszego dobra, gdyż bał się, że przez jego żydowskie pochodzenie możemy mieć problemy, a kto przecież będzie nas bronił, jak jego zabraknie? Tak jak sobie życzył, tak i też zrobiono. Pochówek odbył się na cmentarzu Rakowickim, był ksiądz, msza pogrzebowa. To był dla mnie bardzo duży szok i przeżycie. Ojciec potrafił poświęcić dla nas wszystko, aby nie stała się nam żadna krzywda. Był bardzo dobrym człowiekiem.

Niestety grób ojca był kilkakrotnie dewastowany. Prawdopodobnie ze względu na jego tzw. „wysokopartyjność”. Jednak ojciec był bardzo przyzwoitym adwokatem. Często bronił bezpodstawnie oskarżanych członków Armii Krajowej. Nigdy nie chciał zrobić nikomu krzywdy.

Chciała Pani wyjechać wówczas z Polski?

Kiedy zaczęły się wyjazdy moich kolegów z Polski, rozważałam możliwość emigracji do Szwecji. Od tej decyzji odepchnęła mnie świadomość pozostawienia w Polsce mamy i babci.

Jak potoczyło się Pani życie w kolejnych latach?

Po zdaniu matury, poszłam na studia. Ukończyłam rusycystykę w Państwowej Wyższej Szkole Pedagogicznej, jednak nigdy nie pracowałam w swoim wyuczonym zawodzie. Po 30 latach pracy jako pedagog w szkole dla dzieci głuchoniemych, przeszłam na emeryturę.

W 1973 roku wzięłam ślub. Wraz z mężem nie zdecydowaliśmy się na ślub kościelny, więc odbył się on tylko w Urzędzie Stanu Cywilnego. W 1975 roku urodziłam mojego jedynego syna – Michała.

Jak wyglądało wówczas Pani zainteresowanie żydostwem?

W tamtym czasie byłam zasadniczo obojętna religijnie, swoje zainteresowanie żydostwem realizowałam poprzez czytanie książek o tematyce wojennej. Tak tłumiłam obecną we mnie traumę wojenną. Pierwszą tego typu książkę, którą przeczytałam, były „Dymy nad Birkenau” Seweryny Szmaglewskiej.

Kim Pani jest dzisiaj?

Jak wspomniałam wcześniej, lata 90. i przyjaźń z Wandą Gołębiowską spowodowały mój powrót do żydostwa. Dzisiaj jestem zadeklarowaną Żydówką, jestem członkinią Gminy Wyznaniowej Żydowskiej, staram się regularnie chodzić do synagogi. Nie potrafię się modlić, jednak dla mnie obecność w synagodze jest możliwością bycia wśród swoich, możliwością poczucia wspólnoty. Ta atmosfera bardzo podnosi mnie na duchu, czuję wtedy wielkie wzruszenie. Będąc w synagodze Kupa często wyobrażam sobie, jak moi dziadkowie brali kiedyś w niej ślub. To coś niesamowitego.

Będąc Żydówką nie mam zamiaru odcinać się od innych ludzi. Szanuję każdego, bez względu na poglądy, religię czy narodowość, gdyż różnorodność bardzo mnie wzbogaca.

W tej chwili bycie Żydówką dla mnie jest tak naturalne jak fakt, że Słońce świeci, a deszcz pada. Jednak nie demonstruję na siłę tego, kim jestem, także nie muszę tego udowadniać nikomu na siłę. Bo jestem Żydówką. I koniec!

Z Małgorzatą Zajdą rozmawiał Sławomir Pastuszka

Wywiad ukazał się w “Jesteśmy” Biuletynie krakowskiej społeczności żydowskiej, nr 14, listopad 2015
Dziękujemy za możliwość przedruku.