Muzyka ponad podziałami

Jego pierwszą płytą z muzyką rap był krążek… Lionela Richie. Dziś rzadko słucha muzyki, koncentrując się na tworzeniu własnych piosenek. Chociaż jest bardzo popularny, nie chodzi w towarzystwie ochroniarzy. Matisyahu, chasyd łączący w swojej twórczości hip hop, reggae i beatbox, wystąpił w synagodze Nożyków.

Zanim Matisyahu pojawił się w Warszawie dał koncert na Life Festival w Oświęcimiu. – Ten występ to było coś niezwykłego, mistycznego – przyznał podczas spotkania z dziennikarzami i członkami społeczności żydowskiej w synagodze Nożyków. – Miałem głębokie przeświadczenie, że moim przeznaczeniem było zagrać w Oświęcimiu. Gdy wykonywałem tam Szma Israel myślałem o tym, aby tego nie zepsuć, nie pomylić się. Czułem, jakby to była w pewnym sensie ofiara złożona Bogu ze względu na ludzkie dusze, które wciąż tam są.

Matisyahu nie ogląda serwisów informacyjnych, nie śledzi aktualnych wydarzeń. – Nie mam telewizora, nie kupuję codziennie prasy. Jeżeli już coś czytam, to staram się wybierać takie rzeczy, które będą miały dla mnie znaczenie, wzmocnią mnie. Poza tym jestem bardzo zajęty i mam na to mało czasu. Czasami brakuje go nawet na odpoczynek – wyjaśnia, udając, że właśnie zasypia. Tego typu żarty zdarzają mu się często. Między nim a ludźmi, z którymi się spotyka nie ma żadnego dystansu. Matisyahu podczas rozmowy nie jest gwiazdą, a raczej dawno nie widzianym znajomym, który przyszedł napić się piwa i porozmawiać. Nie towarzyszą mu ochroniarze, nie protestuje, gdy kolejna osoba prosi go o zdjęcie. – Tylko proszę powiedzieć, żeby teraz już nie przychodzili – prosi Ephraim, jego przyjaciel, z którym artysta odpoczywał na ławce obok synagogi. To jedna z niewielu szans na krótką chwilę wytchnienia podczas napiętej trasy koncertowej. Jutro Matisyahu będzie już w Izraelu. – Kocham Izrael. To dom narodu żydowskiego, wyjątkowe miejsce.

Jednak w swoich utworach nie porusza tematów politycznych, ani tym bardziej konfliktu izraelsko-palestyńskiego. – Jest wiele osób znacznie bardziej kompetentnych ode mnie, aby o tym mówić. Ja jestem muzykiem i uważam, że muzyka może być ponad tymi wszystkimi politycznymi podziałami.

Muzyka zawsze była częścią jego życia. Pewnego dnia poprosił ojca, aby kupił mu płytę z muzyką rap. Gdy poszli do sklepu sprzedawca zaproponował im krążek… Lionela Richie. – W ten sposób Richie stał się moją pierwszą inspiracją – żartuje. – Kiedy byłem młodszy chodziłem do barów karaoke i śpiewałem piosenki, zmieniając ich słowa. Myślę więc, że gdybym dziś miał zaczynać karierę bez problemu poradziłbym sobie w programie typu “Mam talent”.
Teraz Matisyahu oczywiście tworzy muzykę, ale rzadko słucha innych wykonawców. Nie ma muzyków, ani płyt, którymi by się inspirował. – Gdy byłem młody słuchałem dużo muzyki, bo to pomagało mi poczuć się lepiej. Teraz staram się to dobre samopoczucie znaleźć w samym sobie, wspomagając się modlitwą. Raczej wyrażam się przez muzykę, niż koncentruję na konkretnych wykonawcach.

W jego utworach nie brakuje elementów muzyki reggae. Ciekawe są również reakcje fanów takiej muzyki na jego twórczość. – Zanim jeszcze rozpocząłem karierę znalazłem się pewnego razu w klubie karaoke, gdzie było wielu rastafarian. Wyszedłem na scenę i zacząłem śpiewać. Wtedy podeszła do mnie dziewczyna, która zapytała, co ja właściwie wiem o rasta. Na to, siedzący w pobliżu starszy mężczyzna, również rastafarianin, stwierdził, że powinna raczej zapytać, co wiem o królu Dawidzie. Filozofia rastafariańska wywodzi się przecież z judaizmu.

Religia jest dla Matisyahu niezwykle ważna. Słychać to w jego muzyce. – Już jako nastolatek wierzyłem w Boga. Wiedziałem, że jest nad nami jakaś wyższa siła. Miałem różne problemy, z którymi wiedziałem, że sam nie dam rady się zmagać. Rozmawiałem z Bogiem. Miałem różne plany na przyszłość, ale poszukiwałem też czegoś duchowego. Odnalazłem to w religii, w judaizmie.

Mimo to Matisyahu nie jest członkiem żadnej społeczności żydowskiej. Mieszka w Nowym Jorku, w dzielnicy Crown Heights zamieszkałej przez chasydów Lubawicz. Restrykcyjne zasady, którymi kieruje się w swoim życiu nie stanowią dla niego problemu. – Czasy, w których żyjemy nie są bardziej szalone niż kiedyś. Staram się nie skupiać na tym co dzieje się dookoła.

Teksty religijne również znajdują odzwierciedlenie w jego twórczości. Dlatego żadnej ze swoich piosenek nie uważa za bardziej lub mniej ważną. – Piszę o rzeczach, które są dla mnie istotne – wyjaśnia.

– Matisyahu to jedna z najbardziej normalnych osób jakie znam – zapewnia rabin Michael Schurich. – Nie tylko ze słów jego piosenek płynie nauka, ale i ze sposobu postępowania. To bardzo skromny człowiek. Kiedy jechaliśmy pociągiem, nie pozwolił, żeby ktoś nosił jego bagaż. Robił to sam.

Podczas koncertu w synagodze Nożyków muzykowi towarzyszył jedynie grający na gitarze D. P. Holmes. Trudno było jednak nie odnieść wrażenia, że bierze się udział w czymś wyjątkowym. “One day” w wykonaniu Matisyahu nabrał tu nowego znaczenia. Utwór niosący nadzieję na lepsze jutro i świat żyjący w pokoju zabrzmiał w miejscu, które w czasie wojny służyło Niemcom jako stajnia i magazyn paszy. – Nie grałem w wielu synagogach. Na temat tej rozmawiałem przed koncertem z rabinem. Oczywiście, jest to dla mnie wyjątkowe miejsce. Koncert staje się bardzo intymnym wydarzeniem.

Artysta nie tylko koncertuje, ale już pracuje nad kolejną płytą. Pisze nowe utwory i ma nadzieję, że krążek będzie mógł ukazać się w 2012 r. Warszawski koncert Matisyahu przyciągnął wielu fanów jego talentu. – Szkoda, że nie jest bardziej popularny w Polsce – powiedział mi dziennikarz Newsweeka.

Tekst i Foto: Katarzyna Markusz