Stefania Grodzieńska. Jej życiem rządził los

Stefania Grodzieńska, fot. Studio Foto Forbert, zbiory NAC

„Prouszi Panstwa. Zobaczycie pewną młodą osobę. Od was zależy, czy za parę minut opuści tę scenę najszczęśliwsza, czy najnieszczęśliwsza dziewczyna w Warszawie. Jej sztuka zasługuje na to, żeby przyniosła jej szczęście… Ale może to tylko moje zdanie…” tak zapowiadał pierwszy solowy występ Stefanii Grodzieńskiej Fryderyk Járosy – legendarny konferansjer i dyrektor artystyczny wielu warszawskich teatrzyków. Działo się to przy okazji premiery rewii wiosennej teatru „Cyrulik Warszawski”.

Parafrazując słowa samej Grodzieńskiej, pisanie o niej jest rzeczą bardzo trudną i skomplikowaną. Dlaczego? Ponieważ jej wyjątkowy życiorys, ukrywane, zastrzeżone do publikacji pośmiertnej szczegóły życia, a nade wszystko przygody i zdarzenia jakie ją spotykały są tak barwne, że momentami wręcz niewiarygodne. Krążyła kiedyś opowieść o medalionie, który odziedziczyła po dziadku. W trakcie wojny ginął, znikał, wreszcie został znaleziony przez Jerzego Jurandota, kilka dni po kotle w straconym dla uciekinierów mieszkaniu. Mimo wcześniejszej niejednokrotnej pewnie wizyty szabrowników, leżał gdzieś na podłodze pośród podartych dokumentów.

Stefania Grodzieńska wielokrotnie podkreślała, że jej życiem rządził los, ona jedynie poddawała się jego sile. To jego działaniem tłumaczyła kolejne swoje aktywności zawodowe. Na wybór ścieżki życiowej miały też wpływ małoletnie przeżycia.

Jako kilkuletnia dziewczynka często, wraz z matką i ojczymem brała udział w przedstawieniach. Dziecięcy umysł zapamiętał te wydarzenia jako ideał harmonii łączącej tekst, muzykę, scenografię i wykonawstwo. Wspomnienia jej wczesnego dzieciństwa łączą się z Łodzią, miastem, w którym mieszkała u babci. Uczęszczała do szkoły baletowej, w tajemnicy przed nauczycielami i dyrekcją, występowała w Teatrze Miejskim na Cegielnianej. Kreowała wówczas rolę aniołka w inscenizacji „Jasia i Małgosi” w porankach dziecięcych.

Niestety, wyrzucona z hukiem z gimnazjum przeniosła się do Warszawy, gdzie znów wstąpiła do szkoły baletowej. W tamtym czasie dawała lekcje tańca amatorkom jako asystentka profesorów. Zaczęła też występować w teatrzykach rewiowych jako część zespołu baletowego, młodziutka tancerka bez doświadczenia, ale także bez większego znaczenia nazywana była wtedy piplają. W swoich wspomnieniach podkreślała, że tańczyła w różnych zespołach, w tym i ambitnych, jak na przykład u Adwentowicza w Teatrze Kameralnym. Niestety, prestiż nie przekładał się na finanse, tancerki cierpiały biedę i niejednokrotnie musiały dorabiać. Grodzieńska wyspecjalizowała się w dżemperkach – małych bluzeczkach z krótkimi rękawami, z szydełkowej koronki. W międzyczasie stała się modelką Domu Mody Herse.

Przełom przyszedł w 1937 roku, wówczas rozpoczął się czas prób do rewii „Słońce w Cyruliku”, a w jej życiu prywatnym nastał Jerzy Jurandot, wschodząca gwiazda na literackim firmamencie.

Końcówka lat 30. kojarzona jest również z debiutem autorskim Grodzieńskiej. Popełniła skecz „Scena małżeńska”, który grała wielokrotnie po wojnie, na niezliczonych imprezach estradowych.

Wiosną 1939 roku rusza wraz trupą Járosy’ego w tournée po Polsce. Ten moment można potraktować jako swoiste pożegnanie z czasami Dwudziestolecia, z bliskimi ludźmi, zwyczajami, humorem, dowcipem, stylem życia, bezpowrotnie zabranym później przez wojnę. W tamtym znamiennym roku datuje się też debiut konferansjerski Stefanii Grodzieńskiej. Jego rozkwit planowany w programach kabaretowych przewidzianych na rok następny, z wiadomych przyczyn nie doszedł do skutku.

Wybucha wojna. Późną jesienią 1939 roku ojciec Grodzieńskiej, obywatel szwajcarski miał możliwość wyciągnięcia jej z kraju ogarniętego wojną, odmówiła z kilku względów, głównie (jak sama wspominała), by nie zostawić tu Jerzego Jurandota.

Tutaj na moment pojawi się dygresja dotycząca rodziców Grodzieńskiej. Wspomniany ojciec, docent prawa na genewskim uniwersytecie spotkał się z córką raz, gdy miała 17 lat. Matka, która opuściła ojca będąc w ciąży, wyjeżdża ze Szwajcarii. Ponownie wychodzi za mąż. Na początku towarzyszą im dzieci, które wkrótce trafiają jednak do Łodzi, na wychowanie do dziadków, a matka podróżuje wciąż z nowym mężem. Stefania deklaruje brak żalu do matki, uważając ją za czarującą, łagodną, pełną radości i umiłowania życia istotę, która w czasie swego niedługiego, a naznaczonego trudami życia była i krawcową, i modystką, urzędniczką, przewodniczką muzealną w Paryżu, tłumaczką z pięciu języków.

Wracając do Warszawy czasów października 1939 roku. W tym czasie Jurandotowie mieszkali z rodzicami Jerzego, jego młodszą siostrą, nie mając grosza przy duszy. Koleje ich okupacyjnych losów to ciąg szczęśliwych splotów okoliczności, dobrych ludzi, serdecznych przedwojennych współpracowników, którzy nie zostawili ich w potrzebie. To czas łapanek, ukrywania się, przemilczanych lat. Stefania Grodzieńska zastrzegła, by nie publikować za jej życia utworów, które powstały między 1940 a 1942 roku.

W tych latach przebywali oni w getcie warszawskim, gdzie Jurandot za zgodą tajnych władz Związku Artystów Scen Polskich organizował występy. Na początku muzyczno-taneczne w Melody Place, później w Teatrze Femina, w którym występowała też Stefania Grodzieńska. Grano tam przede wszystkim komedie i przedstawienia satyryczne (między innymi niezwykłą „Miłość szuka mieszkania”). Dzięki zaangażowaniu przyjaciół przedostali się na aryjską stronę przed Wielką Akcją.

Jurandotowie ukrywali się u Państwa Kijkowskich w Gołąbkach, tam też powstały wspomnienia Jerzego i zbiór wierszy Stefanii pod tytułem „Dzieci getta”. Przetrwały one w szklanym słoju zakopanym w ogrodzie. To wstrząsające świadectwo nieludzkich czasów oparte o wyjątkowy zmysł obserwacyjny satyryka i empatię pisarza porusza do głębi. Na wydanie czekało ponad 70 lat, w 2014 roku doczekało się publikacji pod tytułem „Miasto skazanych”. Wiersze „Dzieci getta” ukazały się w 1947 roku pod pseudonimem Stefania Ney. Wstęp doń napisała sama Maria Dąbrowska. Wiersze te były hołdem dla najmłodszych ofiar wojny, którym nie było dane doczekać jej końca.

W 1944 roku Grodzieńska trafia do Lublina, gdzie została pierwszą spikerką Polskiego Radia. Odnalazł ją tam Jurandot, zabrał do Łodzi, gdzie współorganizował Teatr Syrena, którego debiut przypadł już na rok 1945. Po wojnie Grodzieńska pisała felietony do „Szpilek”, „Przekroju” (cykl „Z pamiętnika uprzejmej”), tworzyła monologi i skecze między innymi dla Hanki Bielickiej, Ireny Kwiatkowskiej czy Kaliny Jędrusik. Pracowała w Polskim Radio, redakcji rozrywki Telewizji Polskiej. Popełniła powieść („Wspomnienia chałturzystki”), książki wspomnieniowe i biograficzne (m. in. „Już nic nie muszę”, „Nie ma się z czego śmiać”, „Urodził go Niebieski Ptak”). Była też współautorką scenariuszy filmowych („Deszczowy lipiec” czy „Sprawy do załatwienia”).

Ostatnie lata spędziła w Domu Artystów Weteranów Scen Polskich w Skolimowie, pochowana u boku męża na Powązkach Wojskowych. Wśród wielu jej odznaczeń najmocniej świecą mi zarówno Mistrzyni Mowy Polskiej z 2001 roku (ach to inwencja językowa: bisowicz, paniusiowatość, wyjczyni), jak i Hiacynt za zasługi na rzecz tolerancji Fundacji Równości.

Słusznie określana była mianem pierwszej damy polskiego humoru. Tworzyła utwory wysublimowane, pełne klasy, taktu, kultury, często naznaczone groteską i pure nonsensem. Miała znakomity dar autoironii, przewrotności i wiecznie młodzieńczego poczucia humoru, które nijak nie pozwoliło zamknąć jej w sztywnych ramach określeń i zaszufladkowań. Była pisarką, satyryczką, aktorką estradową i teatralną, onegdaj tancerką i konferansjerką, nade wszystko zawsze pozostawała sobą – Stefanią Grodzieńską.

Katarzyna Batarowska

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!