Minęło dziesięć lat od pierwszego brazylijskiego wydania „Dziennika upadku” Michela Lauba. Wtedy ta książka miała przejść prawie niezauważalnie, będąc tylko swego rodzaju rozliczeniem z własną przeszłością, na które niewielu zwróci uwagę. Stało się jednak inaczej. I nawet dziś, kiedy po tylu latach ukazuje się polskie wydanie „Dziennik upadku”, jest nadal aktualne. Tym samym stanowiąc niejako potwierdzenie na usuwanie ze zbiorowej pamięci tematu Zagłady, co prowadzić może tylko do powtórzenia wydarzeń z drugiej wojny światowej.
Na książkę Michela Lauba składają się trzy dzienniki opowiadające losy trzech pokoleń – dziadka, niemieckiego Żyda i brazylijskiego emigranta, więźnia obozu w Auschwitz; ojca dźwigającego ciężar Zagłady i wynikających z tego konsekwencji oraz syna uwikłanego w przeszłość ich obydwu. Uważny czytelnik dostrzeże w tych starciach opowieść o relacjach ojców i synów oraz walkę z własnymi słabościami.
Przede wszystkim jednak uderzający u Lauba jest ciężar wydarzeń zaprzeszłych, ciągle jednak żywych w rodzinnych relacjach, choć okrytych zasłoną tajemnicy. I to właśnie potrzeba ich odsłony i identyfikacji stała się przyczynkiem do książki. Po to, aby zamknięta przez pokolenia historia ujrzała światło dzienne. W wywiadzie z Michałem Nogasiem Laub przyznaje, że „Ojciec milczał, niczego nie mogłem się od niego dowiedzieć”. Docierając więc do dzienników dziadka podejmuje próbę ich interpretacji. W swoim pisaniu kieruje się chęcią naprawienia błędów, jakie spowodowała ta nieprawdopodobna tajemnica rodzinna i nieświadoma – taką ma nadzieję autor – ignorancja przeszłości.
Kanwą opowieści są starcia między chrześcijanami a Żydami wynikające z przeżyć dziecięcych lat najmłodszego bohatera, których ten doświadcza już w szkole. To podczas urodzin obchodzonych na kształt bar micwy jeden z kolegów, a zarazem jeden z niewielu gojów w żydowskiej szkole, zostaje brutalnie potraktowany przez grupę chłopców z klasy. „Wyrżnął plecami o podłogę” napisze bohater Lauba, czując się współwinnym. Tamto zdarzenie, choć zrodziło kilkuletnią przyjaźń, odbija się echem w jego dorosłym życiu, stając się zarzewiem do wyciągania dawnych krzywd i budowania kolejnych. Jak awantura z ojcem dotycząca zmiany szkoły, czy alkoholizm dorosłego już bohatera Dziennika.
Wreszcie, choć może od tego należałoby zacząć, jest jeszcze w „Dzienniku upadku” bohater niemy – pamięć, której Laub przywraca głos. Bo na ocaleniu tej zależy jemu najbardziej. Przywrócenie do pamięci wydarzeń wojny staje się obsesją zarówno bohatera „Dziennika upadku”, jak i jego Autora, o czym ten drugi wspomina w wywiadach. W książce próbuje odpowiedzieć na stawiane przez pamięć pytania i jednocześnie dociec prawdy ukrytej w tajemnicach, niezapisanych – być może wyciętych – notatkach dziadka, a w konsekwencji w przyszłych wydarzeniach.
W swoich zapiskach z upadku (cokolwiek on znaczy – czy może ten rzeczywisty upadek nastoletniego chłopca, upadek powiązań rodzinnych, a co za tym idzie historii i przeszłości, a może wreszcie ten upadek post factum, czyli powodowany traumą dziedziczoną?) narrator obwinia przeszłość o swój alkoholizm, traktując go trochę jako lepsze wyjście od tego, które wybrał jego dziadek. Z drugiej strony pragnie odciąć się od powiązań wszystkich niepowodzeń w życiu z pobytem dziadka w Auschwitz, tym samym odrzucając odpowiedzialność i pamięć indywidualną.
Czytelnika najbardziej powinien zainteresować upadek pamięci, ten dotyczący moralnego obowiązku, jakim jest pamięć o Zagładzie, a który zdarza się światu coraz częściej. To najważniejsze przesłanie książki Michela Lauba, który sam mówi, że „za trzy albo cztery pokolenia nazwa Auschwitz będzie tak samo mało znana w świecie, jak dziś Majdanek, Sobibór, Bełżec”.
Czytając strzępki życiorysu Lauba i wywiady z nim z łatwością można dostrzec ich odzwierciedlenie w książce. Jest zatem „Dziennik upadku” połączeniem wątków autobiograficznych z fikcją literacką, w której Autor nadał tylko inne tory zdarzeń swoim bohaterom, często – jak sam przyznaje – łącząc kilka życiorysów w jeden. Przede wszystkim jednak powinniśmy „Dziennik upadku” odczytywać jako świadectwo pamięci o Zagładzie.
W tym ostatnim przypadku książka jest wołaniem i literackim obrazem o tym jak było, który mówi, że nie wracając do przeszłości zapomnimy o niej, sprawiając, że obraz wyblaknie, rozmyją się w naszych oczach czerwień krwi i szarość głodu. Po co Laub to robi? Trochę dla siebie, ale przede wszystkim po to, aby przeszłość nie wróciła. Bo tylko pamięć może ocalić ludzkość przed powrotem do błędu, jakim była wojna, a świadomość uchronić od nienawiści.
Posługując się rożnymi formami literackimi Laub sprzęga świat rzeczywisty z wymyślonym, odnotowując na kartach „Dziennika upadku” i dzienników nieobecnych, tak różnych w formie, emocjach i treści zdarzenia prawdziwe i nieistniejące, które dały początek historii. Zapiski o dziadku, zapiski o tacie, z których wyłania się autor dziennika i jego przepełniony traumą syn są swoistą iskrą, która rzuca światło na skrywane przez lata tajemnice. Wreszcie zapiski o sobie, które obnażają wątłą świadomość przeszłości głównego bohatera, a jednocześnie są jego kierunkowskazem, który sobie nadaje do jej odkrycia.
„Jestem, kim jestem” zanotuje po latach, dalej pytając siebie czy jest sens mówić w pisanej przez siebie historii o Auschwitz (co kolejny raz pozwoli czytelnikowi dostrzec w nim alter ego Lauba). Te wątpliwości właściwie pojawiają się od początku książki Michela Lauba. Jego bohater wiele razy zada sobie pytanie, czy to ma sens, jeśli tyle już powiedziano, napisano i pokazano. Z drugiej strony białe plamy w dzienniku dziadka i w przeszłości bohatera staną się bodźcem do opowiedzenia historii.
I podobnie, jak w powyższym tekście, tak i w książce miesza się fikcja z rzeczywistością, jednak zadaniem obydwu jest zwrócenie uwagi na niepamięć, która z taką łatwością przychodzi, i przychodzić będzie kolejnym pokoleniom.
Monika Mellerowska
źródło cytatów: Dziennik upadku, Michel Laub, tłumaczenie Wojciech Charchalis, Wydawnictwo Pauza, Warszawa, 2020; Z niejednej półki, Michał Nogaś, Wydawnictwo Agora, Warszawa, 2020.

