“Nie chcę neofaszystów i nacjonalistów w przestrzeni publicznej”

Marsz Niepodległości w Warszawie w 2016 r.

Kiedy w lutym 2017 r. Jacek Międlar chciał wjechać do Wielkiej Brytanii, by wziąć udział w wiecu ultraprawicowej, nacjonalistycznej organizacji Britain First, został zatrzymany na lotnisku i odesłany do domu. “Zostałem zatrzymany przez żydowskie służby specjalne” – żalił się później swoim fanom. Za kilka dni do Polski zjadą przedstawiciele ruchów nacjonalistycznych z innych krajów, by wziąć udział w Marszu Niepodległości 11 listopada. Na polskich granicach nie będą w żaden sposób niepokojeni. To świadczy o nieudolności polskich władz, które nie potrafią porządnie zorganizować tak ważnego polskiego święta, oddając je we władanie ludziom ze społecznego marginesu.

Polska odzyskała niepodległość sto lat temu. O zbliżającej się rocznicy wiedzieliśmy wszyscy od dawna. Wszyscy poza najważniejszymi osobami w państwie, które zachowują się tak, jakby przypomniały sobie o tej dacie kilka dni wcześniej.

Marsz Niepodległości chodzi ulicami Warszawy od kilku lat. Z tej okazji zjeżdżają się do stolicy członkowie organizacji nacjonalistycznych, prawicowych, wznoszący często hasła pełne nienawiści skierowanej do wszystkich tych, którzy się czymkolwiek od nich różnią. Tymczasem, polskie władze, zamiast zająć się delegalizacją ONR i im podobnych grup, zasiadły z nimi do stołu, by porozmawiać o wspólnym pochodzie. Uznały tym samym, że warto z nimi rozmawiać i że mają sobie coś ciekawego do powiedzenia.

Jak informuje Gazeta Wyborcza, dzień przed marszem w Warszawie neofaszyści spotkają się na wspólnej konferencji. Wystąpić ma tam m.in. Nicola Piscopello z Włoch, którego organizacja CasaPound jest oskarżana o ataki na imigrantów i Żydów. W stolicy Polski ma też pojawić się Jonas Nilsson, członek Afrykanerskiego Ruchu Oporu, z którym sympatyzował Janusz Waluś, odsiadujący wyrok więzienia za zabójstwo na tle rasistowskim Chrisa Haniego. Jakby tego było mało, w Warszawie odbędzie się też koncert (jako impreza zamknięta), podczas którego będzie można usłyszeć taką pieśń: „Mein Kampf drogę nam wskazało, na której końcu czeka ład białego, aryjskiego człowieka”.

Gdzie w tym wszystkim chcieli się znaleźć przedstawiciele polskich władz? Dlaczego – zamiast prowadzić salonowe dyskusje z ONR – nie zdelegalizują tego typu organizacji? Dlaczego pozwalają im na przejmowanie naszego święta i decydowanie o tym, jak ono ma wyglądać?

Nie chcę neofaszystów i nacjonalistów w przestrzeni publicznej. Nie zgadzam się, by ich głos był tak poważnie traktowany. Nie podoba mi się, że przedstawiciele polskich władz prowadzą z nimi jakiekolwiek pertraktacje, bo tym samym legitymizują ich działalność. Jakby nie wiedzieli, że te grupy są niebezpieczne dla nas – zwykłych, normalnych ludzi, którzy 11 listopada chcą uczcić odzyskanie niepodległości swojego kraju.

Mój patriotyzm nie polega na wywieszaniu nienawistnych banerów, czy sianiu pogardy dla wszystkiego co inne. Mój patriotyzm to mówienie prawdy o naszej historii – w tym o jej ciemnych zakamarkach, to dbanie o wspólną przestrzeń, to otwartość i budowanie przyjaznego miejsca dla każdego, kto zechce w nim przebywać. Dlatego nie widzę punktów wspólnych z ONR, czy innymi nacjonalistycznymi organizacjami.

Chciałabym, aby władze mojego kraju też to dostrzegły. Szkoda, że nie w tym roku.

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!

About the Author

Katarzyna Grabowska
Dziennikarka zajmująca się historią i kulturą polskich Żydów. Redaktor naczelna Jewish.pl. Doktor historii. Autorka książki "Polak nierdzennie polski" (2020), redaktorka wspomnień Simche Polakiewicza "W cieniu Treblinki" (2023).