Paziński: “Niepotrzebnie niepokoiliśmy zmarłych, bez sensu drążyliśmy nicość”

Uroczystości upamiętniające w Jedwabnem, 10.07.2017

Wszystko wskazuje na to, że nie będzie powtórnych wykopków w Jedwabnem, których bezdusznie domagał się IPN.

Wyznam, że mi ulżyło. Uczestniczyłem w pracach ekshumacyjnych późną wiosną 2001 roku. Do dziś śni mi się czasem tamten widok: rozgrzebana dziura w mokrej ziemi, gruba warstwa popiołu, w niej kawałki popalonych, zwęglonych kości, obrączki, klucze do domów, strzępy wyprażonego papieru z dającymi się jeszcze odczytać hebrajskimi literami z ksiąg religijnych (papier z braku tlenu pali się gorzej niż ludzkie ciało, jest mniej podatny na rozkład, dlatego przeżywa człowieka nawet w ziemi), potłuczona statua Lenina, którą wrzucono do dołu wraz z ofiarami, głębiej całe szkielety z połamanymi żebrami, rozbita czaszka, strzaskana miednica, trzewik na stopie sterczącej samotnie z piachu. Pojedyncze kości dzieci, ledwie zachowane, fragmenty piszczeli, gruz kostny, trochę drewna ze stodoły, jakieś biedne blaszane naczynie. Niewiele. I jeszcze prochy przesiewane na sicie, zostawiają na rękach szary, tłustawy pył.

Jedna dziura na łące pod lasem. Przy polnej drodze. W leszczynach i maliniaku naprzeciw resztki bidnych macew z otoczaków. I wysokie pokrzywy – pokrzywa, mawiają archeolodzy, lubi masowe groby. Więc na cmentarzu też pewnie kolejne doły, nie tylko ten pod stodołą. Ale już lepiej nie sprawdzać, niech tamte kości przyroda pochłonie ze szczętem.

Teśmy ruszyli i choć byłem tylko obserwatorem, mam dotąd poczucie winy. Nie wiem, czy wolno nam było to robić. Chyba nie. Tak czy siak dokopaliśmy się do całych szkieletów i tyle tego było. Niemiec żaden się nie pojawił, polski sąsiad też żaden nie przyszedł, a spalone trupy nie zdradziły nam tajemnicy swojej gwałtownej śmierci. Niepotrzebnie niepokoiliśmy zmarłych, bez sensu drążyliśmy nicość.

Potem wystarczyło wszystko na powrót zagrzebać. Ziemia do ziemi, proch do prochu. Na to białe całuny – a właściwie kilka naprędce kupionych w Ikei wielkich prześcieradeł, takich, na których wyśpi się cała rodzina. Gdyby komuś zamarzyło się kopać w tym miejscu, może na nie natrafi, o ile nie zamieniły się w proch. Na to jeszcze jedna warstwa ziemi. Kadisz. I myśl, że skoro ich tam kiedyś wrzucono, to niech już leżą w spokoju, ich spokój jest ważniejszy od naszych teraźniejszych sporów. Dziś też tak myślę.

Piotr Paziński