Około dwóch tysięcy osób protestowało w sobotę wieczorem na placu Rabina w Tel Awiwie przeciwko – jak to nazywają – erozji demokracji pod przewodnictwem premiera Benjamina Netanjahu. Wszystko z powodu nowej umowy koalicyjnej, która uniemożliwia Knesetowi odwołanie premiera oraz blokuje uchwalanie nowych ustaw bez jego zgody.
Protesty odbywają się w Izraelu od kilku dni. Setki osób zbierają się, by sprzeciwić się temu, że Netanjahu w dalszym ciągu pozostanie premierem oraz skrytykować Niebiesko-Białą partię Benny Gantza, która do tego dopuściła. W Izraelu, mimo nakazu społecznej izolacji, od początku jednym z powodów, dla którego można wyjść z domu jest uczestnictwo w demonstracji. Organizatorzy muszą jednak zapewnić bezpieczeństwo, a uczestnicy zachować odpowiedni dystans między sobą.
W ubiegłym roku w Izraelu odbyły się dwukrotnie wybory parlamentarne. Ponieważ nie przyniosły one rozstrzygnięcia, głosowano po raz trzeci na początku marca 2020 r. Na 120 miejsc w Knesecie Likud kierowany przez Netanjahu zdobył 36 mandatów. Druga partia – Niebiesko-Biała – otrzymała 33 mandaty. Zjednoczona Lista partii arabskich uzyskała 15 miejsc w Knesecie, co jest jej historycznym sukcesem.
Izraelczycy liczyli na zmianę na stanowisku premiera. Dlatego jako pierwszy szansę na utworzenie rządu otrzymał Gantz. Ten jednak podpisał umowę koalicyjną z Netanjahu, która pozwala obecnemu premierowi dalej pełnić swoją funkcję. Protestujący czują się oszukani. Mówią, że umowa to zdeptanie praw podstawowych Izraela i niszczenie autorytetu Knesetu.
Wielu z protestujących nosi czarne flagi, które przypinają też do swoich domów i samochodów. Mają one być symbolem zagrożenia dla izraelskiej demokracji, jakie wynika z nieprzerwanych rządów Netanjahu.
Kilka tygodni temu premier został postawiony w stan oskarżenia w związku z zarzutami korupcyjnymi. Pozostając na stanowisku, wciąż będzie sprawował kontrolę nad wymiarem sprawiedliwości. Zgodnie z umową koalicyjną będzie miał prawo weta w sprawie nominacji prokuratorskich oraz wszystkich innych wyższych stanowisk publicznych przez co najmniej pierwsze sześć miesięcy trwania koalicji.
Były szef służby bezpieczeństwa Szin Bet, Carmi Gillon, powiedział demonstrującym, że Netanjahu “jest pierwszym i jedynym izraelskim premierem, który nigdy nie poniósł odpowiedzialności za swoje działania i decyzje”. Jego zdaniem umowa koalicyjna “niszczy Kneset, przekazując władzę rządowi złożonemu z 52 członków”.
W ramach umowy Kneset nie będzie mógł odwołać premiera. Nie będzie mógł też co najmniej przez sześć miesięcy uchwalać nowych praw, chyba że zgodzą się na to zarówno Gantz jak i Netanjahu.
Obecny premier jest często obwiniany przez lewicę za przyczynienie się do powstania atmosfery, która doprowadziła do zabójstwa premiera Icchaka Rabina w 1995 r. Netanjahu był wtedy liderem opozycji i dość ostro atakował Rabina. Na kilka tygodni przed zabójstwem Rabina Netanjahu brał udział w prawicowym wiecu politycznym w Jerozolimie, którego uczestnicy nazywali ówczesnego premiera “zdrajcą”, “mordercą” i “nazistą” za podpisanie porozumienia pokojowego z Palestyńczykami.
Obecnie ostra krytyka ze strony Bibiego płynie w stronę sędziów i wymiaru sprawiedliwości.
Umowę koalicyjną skrytykował też były partyjny współpracownik Gantza, Jair Lapid. “Mówi, że będzie walczyć od środka. Ale nie da się walczyć z korupcją od wewnątrz. Jeśli jesteś w środku, jesteś częścią tego systemu”.
Proces, w którym Netanjahu ma być sądzony za korupcję, miał się rozpocząć 17 marca. Z powodu pandemii termin został przełożony na 24 maja.
