Budowanie mostów otwartością i szczerością

Zaczęło się od zdjęć. Chciałam wiedzieć, co znajdowało się kiedyś w miejscu, w którym dzisiaj mieszkam. Szukałam archiwalnych fotografii, odkrywałam rodzinne albumy. Przyglądałam się budynkom – oknom, kominom, wykończeniu – sklepom i mieszkaniom. Przyglądałam się ludziom, którzy spoglądali na mnie z tych zdjęć.

Zaprowadziło mnie to do odkrycia Ksiąg Pamięci, czyli pamiątkowych kronik miejskich spisywanych przez Żydów, którzy przeżyli wojnę. Umieszczali tam swoje wspomnienia, artykuły prasowe, fragmenty ocalałych ksiąg oraz zdjęcia. Wiele polskich miast ma swoją Księgę Pamięci. To niezwykle ciekawe relacje, spisane w jidysz lub po hebrajsku. Dlatego trudne do odczytania dla współczesnych mieszkańców tych miejsc.

Wymazana przeszłość

Kolejnym odkryciem było dla mnie to, że przed wojną ok. 60 procent mieszkańców mojego miasta stanowili Żydzi. Aż tyle? Zawsze myślałam o nich, jak o „mniejszości”, a tu okazuje się, że stanowili większość. W pobliskim Kosowie nawet przytłaczającą, bo aż 90 procent populacji. To mnie dziwiło, bo po tak dużej grupie powinno przecież coś pozostać – liczne pamiątki, dokumenty, jakieś elementy w przestrzeni miejskiej. Tymczasem, jeśli chodzimy po Sokołowie Podlaskim bez przewodnika, niczego nie będziemy w stanie dostrzec. Żydowska przeszłość, kilkusetletnia obecność, została wymazana.

Na początku nie wiedziałam nic. Najpierw szukałam informacji w sieci. Potem odkryłam, że można je też znaleźć w archiwach. Przeszukiwałam stare dokumenty nieco po omacku, bez żadnego przewodnika czy mentora, który wskazałby mi drogę. Czytałam książki profesjonalnych historyków, by zobaczyć skąd czerpią swoją wiedzę. Skupiałam się na przypisach (czasami bardziej niż na głównej treści), by zobaczyć co w jakich archiwach się znajduje. Idąc tym tropem, sama dokonywałam kolejnych odkryć.

Projekty tłumaczeniowe

Na początku każdej archiwalnej teczki jest metryczka, a na niej nazwiska osób, które zaglądały do tych dokumentów przed nami. Cieszyłam się jak dziecko, kiedy brałam do rąk teczkę, gdzie poza nazwiskami pracowników archiwum nie było żadnych innych. Byłam wtedy pierwszą osobą, która przeglądała te akta nie po to, by sprawdzić ich stan, czy ponumerować strony, ale po to, by dzięki nim poznać przeszłość.

Zbierałam kopie tych dokumentów latami. Ciągle czułam, że wiem za mało. Moim marzeniem było przetłumaczenie na polski Ksiąg Pamięci. Alfabetu hebrajskiego nauczyłam się szybko. Zaczęłam odczytywać jidyszowe podpisy pod zdjęciami. To było jak wejście do tajemniczego ogrodu, który nagle zaczął odkrywać przede mną swoje tajemnice. Wiedziałam, że sama nie będę w stanie nauczyć się jidysz tak dobrze, by tłumaczyć książki. Założyłam fundację, zaczęłam zbierać fundusze, pisać wnioski o granty. Więcej próśb zostało odrzuconych niż przyjętych. Największym wsparciem okazało się Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny, które co roku wspiera projekty tłumaczeniowe.

Od początku wiedziałam, że chcę te treści dać ludziom za darmo. W przeszłości sama nie zawsze mogłam pozwolić sobie na zakup nowych książek (dziś robię to wręcz nałogowo). Dlatego chciałam, by tę historię mógł przeczytać każdy. W dobie pandemii okazało się, że to świetne rozwiązanie – działając w sieci, dajemy ludziom dostęp do historii i wartościowej literatury. Dzięki współpracy ze znakomitą tłumaczką, Agatą Reibach, przełożyliśmy już cztery książki wspomnieniowe oraz obszerne fragmenty 750-stronicowej Księgi Pamięci napisanej przez wielu autorów.

Zajęliśmy się nie tylko Sokołowem. Kilka lat temu, po wydaniu „Dalej jest noc”, w pobliskim Węgrowie lokalni politycy i działacze zorganizowali debatę, której przesłaniem był sprzeciw wobec publikacji Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Mówiono dużo o tym, jak dobre były relacje żydowsko-polskie. Jeden z samorządowców wspomniał wówczas, że należy przetłumaczyć Księgę Pamięci Węgrowa, bo tam te znakomite relacje są opisane. Mijały kolejne miesiące, a za tłumaczenie węgrowskiej księgi nikt się nie brał. Postanowiłam zrobić to ja. Tłumaczka Regina Gromacka przełożyła z hebrajskiego kilka obszernych rozdziałów. I znów wszystko trafiło do sieci – każdy może przeczytać tę historię za darmo.

Coś zrobić z historią

Wspomnienia sokołowskich lub węgrowskich Żydów nie zawsze są miłe dla ucha współczesnych mieszkańców. Zastanawiam się czasami nad tym dlaczego tak jest. Nie umiem w sobie odnaleźć takiej plemiennej potrzeby obrony „dobrego imienia” wszystkich Polaków. Nie czuję w sobie winy za zbrodnie innych ludzi, którzy tak się akurat składa mieli takie samo obywatelstwo co ja. Nie mam więc żadnego problemu z przyznaniem, że przed wojną antysemityzm był w naszych okolicach ogromnym problemem, a w czasie wojny część mieszkańców zachowała się niegodnie, wydając lub zabijając Żydów. Nie sądzę, by ktokolwiek z potomków sokołowskich Żydów miał o tę przeszłość pretensje do mnie, czy innych mieszkańców miasta. Nie było nas tu wtedy i nie ponosimy za to odpowiedzialności.

Ale jesteśmy tu dziś i teraz możemy coś zrobić z tą historią. Możemy ją opowiedzieć – szczerze i wprost.

Kiedy oprowadzałam po mieście potomków sokołowskich Żydów, zdarzało się, że ktoś wyglądał przez okno i krzykiem zabraniał fotografowania swojego domu. „To jest moje! Moje! Zabraniam robić zdjęcia!”. Kiedy z ocalonym z Holokaustu Aaronem Elsterem poszłam w okolicę, w której kiedyś mieszkał, z jednego z domów wyszedł starszy mężczyzna, który kazał nam się stamtąd wynosić. „Ale ja tu kiedyś mieszkałem” – powiedział po polsku Aaron. „A co mnie to obchodzi” – odburknął sokołowianin.

To przykłady bezpodstawnego strachu o swoje domostwa. Strachu umiejętnie podsycanego przez niektórych polityków, którzy na antysemickiej nucie zdobywają kolejne punkty procentowe w sondażach. Podtrzymywanie tego mitu nie służy niczemu dobremu.

Za to ja mam przekonanie, że robię coś dobrego. Dzięki internetowi odnalazłam (lub oni mnie odnaleźli) potomków sokołowskich Żydów. Mamy grupę na FB, wymieniamy się mailami. Czasami ktoś znajdzie w domowym archiwum kartkę, list, relację. Dzielimy się tym ze sobą. Bywa, że są to dokumenty napisane po polsku, częściej w jidysz. Tłumaczymy więc kolejne strony, dodając je do wirtualnego archiwum.

Kiedy tylko jest taka szansa, staram się zorganizować spotkanie w lokalnej szkole. Na jednym z nich potomkowie Buczego Rubinsztejna, który mieszkał przy ul. Długiej i prowadził interesy z kupcami w wielu polskich miastach, śpiewali z dziećmi polskie i hebrajskie piosenki. Była to okazja do rozmowy, poznania siebie nawzajem, przełamania stereotypów, zbudowania mostów. Bo tego nie da się zrobić siłą, a otwartością i szczerością. I było to jedno z najpiękniejszych wydarzeń, jakiego doświadczyłam w tej pracy.

Jeżeli chcecie mi pomóc, możecie wesprzeć tłumaczenie Księgi Pamięci Sokołowa https://pomagam.pl/sokolowpodlaski lub przekazać darowizną na konto Fundacji Gszarim: 43 1140 2004 0000 3102 7667 7296 (mBank)

Katarzyna Markusz

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!

About the Author

Katarzyna Markusz
Dziennikarka zajmująca się historią i kulturą polskich Żydów. Redaktor naczelna Jewish.pl.