Czy można obejrzeć “Orlęta. Grodno’39” bez uszczerbku na zdrowiu?

Film “Orlęta. Grodno’39” wszedł na ekrany w ubiegły piątek. Na wieść o tym wydarzeniu w redakcji Jewish.pl zapanował wielki rwetes i pełne podniecenia zamieszanie. Po burzliwych wewnątrz-redakcyjnych naradach ustalono, że na seans zostanie wydelegowany nasz kolega Hans-Jürgen Abrahamer z działu historii kultury i kultury historii. Z wyasygnowanych przez Redakcję środków zakupiono dla Abrahamera bilet ulgowy przysługujący seniorom, obligując go zarazem do jak najrychlejszego nadesłania raportu-recenzji. Oto i on.

NOTA RECENZYJNA Z FILMU “ORLĘTA. GRODNO’39”.

Najpierw garść faktów: wojska sowieckie zaatakowały Grodno 20 września 1939 roku. Miasto, bronione przez skąpe siły polskie, stawiało opór prawie trzy dni. W trakcie walk obrońcy zabili i zranili kilkuset żołnierzy sowieckich oraz zniszczyli wiele czołgów wroga. Pomimo bohaterskiej obrony, Sowieci rozbili polskie siły i ostatecznie zajęli miasto 22 września 1939 r. Tyle fakty.

W pamięci polskiej i żydowskiej te wydarzenia zapisały się w diametralnie odmienny sposób. Dla Polaków obrona Grodna to przede wszystkim popis bohaterstwa, polska Samosierra, gdzie skazani na klęskę obrońcy biją się z przeważającymi siłami bezwzględnego wroga, a równocześnie muszą stawić czoła własnej “piątej kolumnie”, czyli skomunizowanym Żydom i Białorusinom, którzy zdradziecko strzelają Polakom w plecy. W polskich relacjach i pamiętnikach czytamy o “żydowskiej zdradzie”, Żydach nakierowujących sowieckich artylerzystów i tankistów na cele, czy też strzelających z okien do polskich żołnierzy i policjantów.

W relacjach żydowskich walka o Grodno wygląda zgoła inaczej: polskie wojsko, policjanci i cywile, powodowani nienawiścią do Żydów, wierząc w pogłoski o “Żydokomunie”, zaczęli mordować bezbronnych ludzi. W mieście zapanowała atmosfera pogromowa, a Polacy zamordowali około trzydziestu Żydów (liczby wahają się od 25 do 31). We współczesnym wydarzeniom liście mieszkanki Grodna Feigli Broide do syna, czytamy, że sowieci wyratowali Żydów z rąk “polskich chuliganów” i że gdyby Armia Czerwona wkroczyła do Grodna “choć o jeden dzień później, to żaden Żyd by nie ocalał”.

Yehuda Bauer, wybitny historyk izraelski pisze: “w Grodnie, sporym mieście, w którym przed wojną mieszkało 25 tys. Żydów, około trzydziestu Żydów zostało zamordowanych przed wkroczeniem Sowietów”. W „Pinkas haKehillot”, czyli w encyklopedii wspólnot żydowskich, również znaleźć można opis pogromu w Grodnie i w okolicach. Mowa tam jest o gangach złożonych z polskich cywilów, policjantów i innych pogromszczyków. W celu obrony swoich domów Żydzi (i Białorusini) stworzyć mieli własne oddziały samoobrony, które wielokrotnie starły się z Polakami, w tym z polskim wojskiem.

Cóż, można by mnożyć cytaty i przywołania, ale nie ulega wątpliwości, że pamięć dramatycznych wydarzeń w Grodnie we wrześniu 1939 r. w przekazach polskich i żydowskich dzieli przepaść. Dotyczą one jakby innego Grodna, a opowiedziane przez nie historie mają ze sobą niewiele wspólnego. Próba przedstawienia tego niezwykle skomplikowanego czasu i miejsca wymagałaby z całą pewnością wyjścia poza jedną “etniczną” ścieżkę narracyjną….

A teraz czas na film. Według reżysera Krzysztofa Łukasiewicza: “Z jednej strony jest to film o dojrzewaniu, a jednocześnie walce z wykluczeniem. Z drugiej jest to też film o sile polskości”. Przyjrzyjmy się więc najpierw temu dojrzewaniu i wykluczeniu. Bohaterem filmu jest (dość niespodziewanie dla nieuświadomionego widza) Leon Rotman, dwunastoletni chłopiec z mocno asymilującej się rodziny żydowskiej. Mały Leoś podkochuje się w ślicznej Ewelinie, koleżance z klasy, córce sanacyjnego pułkownika, co stanowi dodatkowy bodziec w młodzieńczym pędzie ku polskości. A na tym odcinku sprawy nie wyglądają ani łatwo ani prosto, a reżyser Łukasiewicz zdaje się wręcz dryfować na pozycje ideologicznie niesłuszne, bliskie pedagogice wstydu. Na ulicach Grodna pojawiają się bowiem bojówki polskich faszystów, w jasnych koszulach z zielonymi opaskami na rękawach. Bojówki te nie tylko że ścierają się z bojówkami komunistycznymi opanowanymi przez Żydów, ale wręcz grożą pobiciem małemu Leosiowi, niewinnemu przecież dziecku. Można mieć jedynie nadzieję, że na takie bezecne insynuacje zareaguje dr. Jan Żaryn, dyrektor Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego czy też któryś z narodowo uświadomionych urzędników IPN rzuconych na odcinek walki o właściwą narrację historyczną. Dodam jeszcze, że co bardziej wyczulonych widzów może zdziwić widok pejsatego Żyda biegnącego na czele komunistycznej bojówki, ale nie należy się w końcu czepiać szczegółów.

W grodzieńskiej szkole anno domini 1939 też Leosiowi nie jest lekko, bo jego polski patriotyzm rozbija się o brak uświadomienia obywatelskiego nie tylko jego rówieśników, ale – o zgrozo – jego nauczycieli oraz samego dyrektora gimnazjum! Niepowodzeniem kończą się leosiowe próby wstąpienia do harcerstwa. Jeszcze gorzej chłopczyk przeżywa klęskę w staraniach o rolą Zbyszka z Bogdańca, którego chciał odgrywać w szkolnym przedstawieniu “Krzyżaków”. Co, Żyd ma grać Zbyszka?! Koniec świata!

Dzieło Sienkiewicza powraca w filmie jeszcze kilkakrotnie jako nośnik tej szczególnie głębokiej i szczerej formy polskości, która nie wszystkim jest dana. Jakub, starszy (zbudowany jak młody Apollo, ze wspaniałym sześciopakiem) brat Leosia trafia do ciurmy za komunizm. W trakcie przeszukania, w skromnym mieszkaniu Leosia, w pokoju Jakuba, szpicle znajdują opasły tom “Kapitału” Marksa. Już za chwilę na biurku, przed szefem łapsów, ląduje inny tomik znaleziony przez policję – ale tym razem są to właśnie “Krzyżacy”, których mały Leon uczy się na pamięć! Atmosfera przez chwilę się rozluźnia, a na twarz szpicla wypływa ojcowski uśmiech: przecież wiadomo, że droga do zatracenia wiedzie przez Marksa, a droga do jedności narodowej, przez Sienkiewicza.

No i wtedy (“wreszcie”! wielu widzów pewnie po cichu szepcze) wybucha wojna. Lecą niemieckie bomby, samoloty, jadą ułani na koniach, jadą tankietki, a na ulicach Grodna leje się krew. Widzom zainteresowanym scenami batalistycznymi oraz ogólnie widokiem płynącej krwi, radzę wejść na seans tak gdzieś po godzinie, wtedy dopiero zaczyna się coś dziać. Ułani wędrują, strzelce maszerują, raz widać ułana z odłupaną połową głowy, a innym razem możemy podziwiać wnętrzności żołnierza rozerwanego przez sowiecki pocisk. Jest też pół nagi trup przystojnej młodej kobiety. Wcześniej, znów cytuję reżysera Łukasiewicza, mowa była o “dojrzewaniu oraz o walce z wykluczeniem”. Teraz wreszcie zaczyna się film “o sile polskości”.

Leoś nie ma wątpliwości, gdzie jest jego miejsce: pomimo dzielących go kwestii rasowych i etnicznych, dzielnie pomaga polskim żołnierzom i ochotnikom w walce z napierającymi azjatyckimi hordami. Nie on jeden. Jest też ubogi żydowski zegarmistrz, Szmulik, który naprawia polskim żołnierzom zepsute działo typu Bofors, dobrodusznie wywodząc, że musi bronić Grodna, bo “jak wejdą Sowieci, to ukradną wszystkie zegarki i co on będzie wówczas reperować”. To taki gorszy patriotyzm, motywowany interesem własnym, ale – jak wszyscy wiemy – od Żydów przecież zbyt wiele w tej materii oczekiwać nie można. Matka Leosia też staje we wspólnym froncie polsko-żydowskiej solidarności i pomaga uciec pięknej Ewelinie przed lubieżnym sowieckim żołdakiem, obleśnie oblizującym wargi na widok polskiej piękności.

Polscy obrońcy (wraz z małym Leosiem) odpierają kolejne ataki Rosjan na miasto. We wspólnym boju można zapomnieć o pojedynczych wypadkach żydowsko-białoruskiej zdrady, kiedy to Jakub Rotman i jego wspólnicy z tej samej jaczejki, zdradziecko strzelają do polskich żołnierzy. To przecież margines! W tym samym czasie Leoś utrwala braterstwo broni z lekko antysemickim nauczycielem oraz równie antysemickim dyrektorem szkoły. Wszyscy w końcu teraz walczymy o naszą wspólną Ojczyznę!

Ale koniec nadciąga nieuchronnie. Sowieckie hordy zbliżają się jak las Birnam, a nasi już nie mają sił. Chciałoby się zawołać: “Obok Orła znak Pogoni, Poszli nasi w bój bez broni. Hu ha, hu ha! Krew gra, duch gra!”. Leoś podaje polskim żołnierzom butelki z benzyną, a na koniec sam ciska je na wrogie tanki. A potem ucieka krętymi uliczkami przed ścigającymi go krasnoarmiejcami. Niespodziewanie wpada na straszną scenę egzekucji: w przejściu wiszą rzędem Żydzi powieszeni przez sowieckich żołdaków. Na pierwszym planie widać biednego chałaciarza, dyndającego w rytm potrącających go sowieckich żołnierzy przechodzących mimo. Wszystko to filmuje kamera sowieckiego propagandysty, który zawiesza na piersiach powieszonych Żydów plakietki z napisem “Strzelałem polskim żołnierzom w plecy”. Wszystko staje się jasne: to nie Polacy powiesili Żydów, lecz perfidni i okrutni Sowieci, którzy chcieli tą okropną zbrodnią obciążyć naszych szlachetnych obrońców! Jak się okazuje, w Grodnie, przed wkroczeniem Sowietów, nie doszło wiec do żadnego pogromu! Wszystkie żydowskie świadectwa, żydowska encyklopedia Pinkas haKehillot, po prostu się mylą! Winni są Sowieci! Tutaj już reżyser Łukasiewicz śmiało wkroczył na drogę historii alternatywnej natchniętej duchem spiskowej teorii dziejów.

W ostatniej scenie filmu widzimy Leosia, któremu łzy toczą się po policzkach gdy stoi pod murem wraz ze swoimi polskimi braćmi i patrzy na sowiecki pluton egzekucyjny ładujący karabiny. Zginą razem, a polska i żydowska krew złożone wespół na ołtarzu Ojczyzny dadzą świadectwo miłości obu narodów zjednoczonych w obronie wspólnej Sprawy. Amen. Napisy końcowe.

Reasumując: przed wyjściem do kina zażyłem pigułkę Loristy oraz Nebiletu. Oba lekarstwa znakomicie obniżają ciśnienie, co pomogło mi przeżyć oglądanie filmu fabularnego “Orlęta. Grodno’39” bez uszczerbku na zdrowiu. Od kilku lat władze informują nas, że Polska musi wstać z kolan, musi przemówić własnym głosem, musi skończyć z edukacją wstydu. Właśnie wstała, przemówiła i skończyła – o czym donosi Wasz korespondent.

Hans-Jürgen Abrahamer

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!