O książce “Tatuażysta z Auschwitz”

Jestem skonfundowana.

Literatura obozowa to trudny temat, który niejednego powiódł na manowce. Samo krytyczne (nie krytykanckie) podejście do sprawy może budzić u czytelników podejrzenie, że działanie takie podszyte jest złymi chęciami czy uprzedzeniami. Niestety.

Kiedy jednak trafia się książka tak jednoznacznie zła jak “Tatuażysta z Auschwitz”, trudno o jakąkolwiek taryfę ulgową.

Przywołuję w pamięci wszystkie te książki obozowe, które wywarły na mnie największe wrażenie, które uważam za wartościowe. Są pośród nich: “Dymy nad Birkenau” Seweryny Szmaglewskiej, “Medaliony” Zofii Nałkowskiej, “Proszę państwa do gazu” Tadeusza Borowskiego, “Farby wodne” Lidii Ostałowskiej czy “Los utracony” Imre Kertésza. To tylko kilka tych, które przyszły mi do głowy jako pierwsze. Sam temat, wielokrotnie przerabiany i przywoływany w literaturze, wymaga od twórcy nie lada talentu, taktu, wiedzy, wyczucia. Inaczej łatwo paść ofiarą groteskowości formy i głębokiego sceptycyzmu ze strony odbiorcy.

Wszystkie te warunki literackiej klapy spełnia wspomniany “Tatuażysta”. Zresztą, określenie ‘literacki’ jest nadużyciem i niezasłużonym wywyższeniem dla tej hm… pozycji książkowej.

Aż nie wiem od czego zacząć.

Może od formy literackiej, która jest po trosze wspomnieniem, innym razem opowiadaniem spisanym i uzupełnianym przez wizje biografki bohaterów, momentami zaś wydaje się być marnym scenariuszem filmowym, który literacko poległ już na starcie, a kompletnego upadku doznał w dialogach.

Warsztatowo, fabularnie, technicznie książka zawodzi. Momentami przypomina tani romans (nieznośny w formie i treści), innym razem naszpikowana jest ta opowieść spornymi kwestiami (jak choćby sprawa penicyliny rzekomo dostarczonej w obozie więźniarce chorej na tyfus – czy lek nie zaczął być stosowany do leczenia tej właśnie choroby dopiero po wojnie?).

Mam też kilka innych wątpliwości co do prawdziwości niektórych fragmentów, szczególnie wyimek dotyczący relacji intymnej między kierownikiem obozu a więźniarką. Czy możliwe były ich długotrwałe stosunki bez widma najwyższej kary, wiszącej nad obojgiem?

Mogę tak sobie gdybać w nieskończoność uważając, że “Tatuażysta z Auschwitz” to flagowy przykład odautorskiego braku przygotowania dokumentalnego, rzeczowego, ignorancja w zakresie wiedzy o obozowej codzienności, koślawość języka, marny warsztat.

Ubogi, suchy styl początkowo wydawał mi się na miejscu i sprawiał wrażenie celowej kreacji. Szybko jednak okazało się, że to braki warsztatowe. Nie będę przytaczać przykładów, wystarczy sięgnąć po książkę. Uporczywe powtórzenia, drewniane dialogi czy tani sentymentalizm oto najważniejsze cechy “Tatuażysty”.

Zarys charakterologiczny postaci nie istnieje tutaj wcale, próżno więc szukać uzasadnienia postępowania bohaterów, w tym głównego, który jawi się jako bardzo obrotny i skoncentrowany na przeżyciu człowiek. Mimo całego zaparcia i swoich działań nie wydaje się, by nagiął się on etycznie czy moralnie, by zapewnić sobie przeżycie. Wszystko dobre, co mu się przytrafiło, było raczej wynikiem szczęścia czy prawych obozowych strażników. Jakoś trudno mi uwierzyć w to człowieczeństwo pośród moralnych szakali.

Pojawia się więc pytanie na ile opowieść jest wyrazem naiwności autorki, przebiegłości spowiadającego się głównego bohatera czy przemyślanym działaniem mającym na celu stworzenie odrealnionej rzeczywistości?

Bohaterem książki jest Lale Sokołow (Ludwik Eisenberg), który postanowił podzielić się swoją historią z Heather Morris po śmierci żony, Gity.

Starszy pan (bez mała ponad 80-letni) wspomina czas spędzony w obozie koncentracyjnym. Skupia się na miłości do dziewczyny, którą poznał podczas tatuowania na jej przedramieniu numeru obozowego. Późniejsze jego działania mają na celu zapewnienie zarówno jej (Gicie) i sobie przeżycia wojennego/obozowego koszmaru.

Być może książka spisana przez samego Sokołowa prezentowała by się bardziej prawdziwie, znośnie. Do tego rodzaju literatury niezbędne jest przecież zaangażowanie emocjonalne, związek z bohaterami, pamięć i związane z nią konkretne uczucia, odczucia, doświadczenia.

W tej wersji książki odnoszę wrażenie jakby autorka nazbyt uległa ekscytacji i entuzjazmowi, że wymyśliła świetny temat. Rozgorączkowanie i fascynacja nie pozostawiły już miejsca dla rzeczowości i taktownej, właściwej oprawy, jaka konieczna jest dla opowieści tego typu, dla historii o tak wielkim ciężarze gatunkowym.

Pisząc o Zagładzie nie można nie rozumieć powagi sytuacji, brzemienia historii, za którą stoją miliony umarłych.

Dziwię się, że ta książka w ogóle znalazła wydawcę.

Co ja tam jednak wiem. Na listach bestsellerów jednej z sieci handlowych “Tatuażysta” jest wciąż w czołówce, a triumfy święcą hurtowo tworzone niby-kryminały i celebryckie wynurzenia.

Infantylizacja świata ma się znakomicie.

Jesteśmy zgubieni.

“Tatuażysta z Auschwitz” to naprawdę zła książka.

Nie polecam.

“Tatuażysta z Auschwitz”, Heather Morris, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018

Katarzyna Batarowska