“Dusząca samotność w związku” – o filmie “Historia małżeńska”

Mój przyjaciel mawia, że dwa najgorsze słowa na literę “r” to: remont i rozwód. Bywa, że oba te wyrazy z siebie wynikają, częściej występują jednak oddzielnie. Na szczęście.

“Historia małżeńska” pokazuje jak straszny jest rozwód. Choć, w wersji Baumbacha jest to raczej tragikomedia.

Po 10 latach związku Charlie i Nicole, duet w życiu i na scenie (on – awangardowy reżyser teatralny, ona – jego muza i ulubiona aktorka) postanawiają się rozwieść. W toku filmowej narracji poznajemy ich motywacje, źródła tej trudnej decyzji.

Reżyser w bardzo otwarty i odarty z większych aluzji sposób pokazuje widzom relacje małżonków, ich kolejne kroki na drodze ku rozstaniu.

Jest tutaj kilka scen – punktów zwrotnych, które załamują dość linearną konstrukcję, a tym samym poruszają czułe tony w widzu. Dzięki nim trudno jest opowiedzieć się po którejkolwiek ze stron, żadna z nich nie jest jednoznaczna, każda ma swoje, równie ważne, co druga, racje. W efekcie, widz przestaje być arbitrem, staje się umęczonym uczestnikiem dramatu, który chce finału, zresztą wiadomego.

Bohaterowie, o dość spokojnym i tolerancyjnym usposobieniu postanawiają rozstać się ugodowo i bezboleśnie. Wszystko zmienia się jednak, gdy do akcji wkraczają zaangażowani przez nich prawnicy. Od tej pory wszystkie chwyty dozwolone. Amerykański system prawny zostaje ukazany jako arena do niszczenia współmałżonka. Ten, kto ugra więcej przy rozwodzie jest bardziej pogromcą niż negocjatorem. Laura Dern w roli pełnomocniczki Nicole daje popis umiejętności: ekspresywna, pełnowymiarowa, wyrazista przelewa na klientkę swoje emocje i doświadczenia, prąc do wygranej za wszelką cenę. Orężem w tej walce staje się bowiem także syn pary, początkowo chroniony przed rozwodowym złem, z czasem włączony w bezpardonową batalię między prawnikami.

Krwiożercze postaci prawników (obok wspomnianej Laury Dern pojawia się Ray Liotta – prawdziwy drapieżnik z sali sądowej) wybornie odbijają się na tle umiarkowanych, często zagubionych bohaterów, którzy poprzez swoich reprezentantów próbują osiągnąć dominację, dać upust ambicjom i zapędom. Bez względu na wszystko.

I tak dwoje dobrych ludzi (tak nastawia nas już na początku filmu reżyser, pokazując laurki, które musieli wystawić sobie na spotkanie z terapeutą) uzewnętrzniają naraz swoje mroczne oblicza. Dużą zasługę w powodzeniu całej tej utkanej na emocjach i uczuciach fabule mają odtwórcy głównych ról – Scarlett Johansson – jak dla mnie zbyt rozedrgana, mimo to dobrze skonstruowana postać, a także fenomenalny Adam Driver – doskonały w tej roli. Z jednej strony zagubiony, samotny w swym dramacie mąż i ojciec, z drugiej despotyczny wizjoner teatralny, który doskonale wie, jak poradzić sobie z aktorami i całym technicznym bałaganem.

Baumbach nie pozwala swoim aktorom na szarżowanie, dzięki czemu unika śmieszności czy jarmarczności. Osadzeni w stonowaniu (poza skrzącymi się od emocji prawnikami) główni bohaterowie są dobrą przeciwwagą dla tych pierwszych.

Reżyser, bardzo słusznie zresztą, włącza w fabułę elementy komediowe, które nie raz ratują od pompatyczności i przeciągłego szarpania emocji widza. Te drobne oddechy są konieczne do uznania filmu za obraz nieprzeciętny, pokazujący jak dusząca i beznadziejna jest samotność w związku, jak trudna i wyboista jest droga do znalezienia lekarstwa na tę udrękę.

“Historia małżeńska” (Marriage story), reż. Noah Baumbach, scenariusz: Noah Baumbach, w rolach głównych Scarlett Johansson, Adam Driver, polska premiera: 29.11.2019 r.; film jest dostępny na platformie Netflix

Katarzyna Batarowska