Zapomniane ofiary mordu w Szczeglacinie

Szczeglacin

Szczeglacin to mała miejscowość położona po zachodniej stronie Bugu, na granicy województwa mazowieckiego i podlaskiego, 30 km na wschód od Siedlec. W roku 1940 w Szczeglacinie Niemcy założyli Julag, czyli Judenlager, obóz pracy przymusowej dla Żydów. Większość Żydów pracujących w obozie pochodziła z gett skonsolidowanego powiatu Sokolow-Wengrow (Sokołów – Węgrów), czyli z najbliższej okolicy. Ich zadaniem była praca przy regulacji niewielkiej rzeczki Kołodziejki, która niedaleko stamtąd wpada do Bugu. Warunki pracy w obozie były straszne, tak że przynajmniej stu Żydów zginęło na skutek wycieńczenia lub z rąk wartowników-oprawców. Pochowano ich w masowych grobach, których dokładnego położenia już nikt z mieszkańców okolicznych wiosek dziś nie jest w stanie wskazać.

22 września 1942 r. Niemcy oraz ich miejscowi pomocnicy przystąpili do likwidacji gett na terenie powiatu sokołowskiego. Dla wielu Żydów, patrzących na krwawe akcje likwidacyjne ich miasteczek, Julag w Szczeglacinie jawił się jako ostatnia nadzieja na przetrwanie, miejsce gdzie Żydom nadal wolno jest żyć. Ci, którzy rzeczywiście przedarli się do obozu, mieli przekonać się o własnej pomyłce już niebawem.

Sznapse Grinberg, Żyd z Sokołowa, pracował w wiosce niedaleko Szczeglacina. W zeznaniu złożonym zaraz po wojnie przed Żydowską Komisją Historyczną, mówił: “Ludzie wiedząc, że przebywanie w getcie zgodnie z rozkazami Niemców oznacza śmierć, zaczęli się ukrywać na polach i w lasach. Setki Żydów zostało wówczas zamordowanych przez Polaków. Podczas akcji ukrywałem się w naszym domu. […] Podnieśliśmy druty odgradzające getto i uciekliśmy na pola. W naszym kierunku leciały kule. Dotarłem do gospodarstwa, w którym pracowało już 28 Żydów. Była to wieś Bartków oddalona 6 km od dużego obozu w Szczeglacinie, gdzie przebywało 600 Żydów. […] Następnego dnia uciekłem do Bartkowa, gdzie przebywała moja żona i dzieci, szwagier i szwagierka. Tam pracowaliśmy do 26.XI.1942. Chcieliśmy tam zostać tak długo, jak było to możliwe. Jeszcze 26.XI.1942 w Szczeglacinie przeprowadzono rzeź Żydów”.

Josek Kopyto, inny Żyd z Sokołowa, miał więcej do powiedzenia na temat losu Żydów z Julagu w Szczeglacinie. W swojej niezwykle szczegółowej i ciekawej relacji (również złożonej przez Żydowską Komisją Historyczną) mówił: “mój były wspólnik Rubin Rozenberg był w obozie pracy w Szczeglacinie. Było tam jeszcze 800 Żydów”. Rozenberg przesłał do Joska Kopyto list, w którym namawiał go do przeniesienia się do obozu, w którym – jak sądził – były lepsze szanse na przetrwanie. Kopyto nie usłuchał i już niebawem dowiedział się od znajomej Polki: “Panie Kopyto, dużo taksówek z Niemcami pojechało w kierunku Szczeglacina. Po pewnym czasie wrócił Władek, któremu dałem list dla Rubina Rozenberga. Powiedział mi, że ledwo zdążył dać list przy bramie obozu, gdy nadjechali Niemcy na taksówkach i zaatakowali Żydów w Szczeglacinie. Władek, słysząc jęk i strzały ukrył się pod szeroką sosną w gaju i wszystko obserwował. Była godzina 9-9.30. Widział jak drągami bili Żydów, jak kazali im kopać doły. Potem zobaczył, że Niemcy odjeżdżają. Pojechał na rowerze od strony dołu. Widział jak ziemia się ruszała, ale Żydów już nie widział. Dowiedziałem się od innych Żydów, że Szczeglacin został wykończony. Było tam 800 Żydów, przeważnie z Sokołowa”.

Szczeglacin, w tym miejscu Niemcy zamordowali grupę Żydów, jednak dokładne miejsce ich pochówku nie jest oznaczone

Z samej masakry, zachowały się – jak widać – wyłącznie relacje polskich świadków. Niektóre zebrała Marta Wójcik w artykule “A ziemia się jeszcze ruszała”, który ukazał się jedenaście lat temu w piśmie Zagłada Żydów (ZZ, tom 6, 2010, s. 179-193). Ludwik Woźniak w dniu masakry był jeszcze dzieckiem: “Byłem u siostry Ireny w Szczeglacinie i nagle usłyszałem szum, że przyjechali Niemcy i biją Żydów. Mordują, zabijają Żydów. Więc zrobiła się we wsi panika, no bo tak było, rozbój, że Żydów biją. I ja z ciekawości poszedłem tam na to miejsce, gdzie biją Żydów, ale że nie można było wejść na ten plac, gdzie mordowali, to była stodoła Stanisława Kosmali, zaraz przy rzeczce, i wszedłem do tej stodoły. W tej stodole ktoś jeszcze siedział ze mną, tak mi się zdaje. A że tam deski rzadko były poprzybijane, to ja przez szpary wszystko widziałem, a odległość była około pięćdziesiąt metrów. Stały baraki, prawdopodobnie dwa baraki i od baraków jakieś około trzydzieści metrów były wykopane dwa okrągłe, głębokie doły. I te Żydy szły gęsiego jeden za drugim w odległości około jednego metra do tych dołów, z baraków. A przy dole stał Niemiec z taką, o, pałką, a z drugiej strony drugi. Takie pale mieli w rękach, z jednej strony cieńsze, a z drugiej grubsze. Jak Żyd dochodził, to on buch! w łeb go tą pałką i on w dół wpadał. Jak ten pałkę podnosił do góry, to w tym czasie drugi buch! I tak na przemian młócili. Buch! buch! i do dołu, i do dołu. Nawet tak było, że niektóry żywcem skoczył w ten dół. Żeby choć nie dostać, skoczyć w ten dół, bo wiedział, że pałką w łeb dostanie. I żywcem nawet skakali. Jak już wszystkich wybili, jeden, drugi dół, to posypali czymś białym; widziałem, jak to się kurzyło, wznosiło się do góry. Nie wiem, czy to był chlor, czy to było wapno. A nie, najpierw maszynowym karabinem po tych dołach pojeździł i tym białym czymś zsypali i zawalili ziemią. Bardzo szybko to robili i w samochody, i pojechali w stronę Drohiczyna. A ja z tej stodoły wybiegłem i poleciałem tam na miejsce, że tam może jeszcze coś znajdę po tych Żydach. Jako dziecięcy umysł, zobaczę, co tam jeszcze słychać, czy żywi jeszcze…”.

Według Woźniaka, przynajmniej dwóm Żydom udało wykopać się i uciec z masowego grobu. Stukali do drzwi miejscowych domów, szukając pomocy. Potem poszli do lasu i zniknęli bez śladu. Jeżeli nawet któryś z nich przeżył, to w archiwach nie zachowała się żadna relacja na ten temat.

Inny polski świadek przypominał sobie: “Z tego domu widziałem wszystko. Najpierw mężczyźni kopali doły, później Niemcy przyprowadzili nad te doły kobiety i dzieci i kazali im skakać, a jako że nie chcieli skakać, uderzali je długimi pałami. Niektóre z nich, chcąc uniknąć ciosów, skakały do tego dołu »dobrowolnie«. Gdy dół był już pełny, któryś z Niemców podszedł do niego z karabinem maszynowym i pociągnął serią. Zaraz potem w dole uspokoiło się. Następnie mężczyźni zasypywali swoje żony i dzieci. Zaraz potem musieli kopać doły dla siebie samych i jeden nieduży dodatkowo.

Gdy doły były już gotowe, kazano podejść do nich mężczyznom i wszystko powtórzyło się dokładnie tak samo. Właściwie była różnica, ponieważ tym razem grabarzami byli policjanci żydowscy. Gdy doły zostały już zawalone, przyszła kolej na policjantów. Kazano im podejść do dołów i sytuacja się powtórzyła! Policjantów przysypali będący na służbie u Niemców Ukraińcy. Wkrótce potem oddziały niemieckie odjechały, bo było po wszystkim. Wszystkie zabudowania getta zostały. Niektórzy ludzie, w tym także ja, chodzili szukać złota”…

Szczeglacin; rzeka Kołodziejka

Przyjechałem do Szczeglacina wczesnym popołudniem. Wioska rozmiarami nie zmieniła się zapewne od 1942 r. Tu i ówdzie widać skromne domki, a niektóre walące się drewniane chaty na pewno pamiętają lata wojny. Tuż obok płynie malownicza, wijąca się wśród zielonych łąk i pól rzeczka Kołodziejka, nad którą – nie tak w końcu dawno – ginęły setki żydowskich niewolników. Przy wjeździe do wioski, przy jednej ze starych chat, spotkałem starszą panią, z którą wdałem się w rozmowę. Była zbyt młoda by pamiętać likwidację obozu, ale świetnie znała tę historię z opowiadań ojca. Pokazała mi pobliskie pole, na którym stały baraki obozowe i gdzie wykopano doły, w których znalazło śmierć ośmiuset Żydów z Sokołowa i okolicy.

Miejsce tej strasznej zbrodni znajduje się dosłownie tuż za ostatnimi zabudowaniami wsi. Ku mojemu zdziwieniu przynajmniej część tego terenu jest dziś polem uprawnym. Po tragedii nie pozostał dziś nawet ślad. Nie znajdziemy tam ani kamienia, ani tablicy, nic. Na dobrą sprawę, nie wiemy nawet czy masakra nastąpiła w końcu października, czy w końcu listopada 1942 r. Nie wiemy czy Niemcy ekshumowali i spalili część zwłok przed końcem wojny, czy też nie. Szczycimy się, że jesteśmy społeczeństwem pamiętającym, otaczającym nasze ofiary pamięcią. Czy naprawdę? Czy osiemset ofiar masowego mordu w Szczeglacinie nie zasługuje choćby na jedno westchnienie? Czy te ofiary nie były też “naszymi” ofiarami? Czy ofiary nie zasługują na pamięć bez względu na to do jakiego stopnia są “nasze”?

Jan Grabowski

Newsletter

Wpisz poniżej swój e-mail, a nie przegapisz najważniejszych artykułów!