Grabowski: Byłoby szalenie smutno, gdyby Polska stała się krajem, od którego zaczyna się negacja świadectw Zagłady

"Dalej jest noc", wyd. Centrum Badań nad Zagładą Żydów

„Pisząc o Zagładzie od wielu lat jestem świadom tego, że opisywanie najciemniejszych stron polsko-żydowskiej historii nie wzbudza w wielu polskich czytelnikach entuzjazmu. Natomiast nie byłem przygotowany na to, że sprzeciw ten przyjmie formę zwykłego negacjonizmu” – pisze prof. Jan Grabowski.

W 1991 r. w Stanach Zjednoczonych ukazała się książka Szragi Fajwela Bielawskiego pt. “Last Jew from Wegrow”. Polskie tłumaczenie, (“Ostatni Żyd z Węgrowa”) ukazało się – w mojej redakcji – w 2015 r.

Bielawski był przed wojną kupcem w Węgrowie, małym miasteczku położonym 70 km na północny wschód od Warszawy. Był to typowy sztetl, w którym Żydzi stanowili ponad połowę ludności.

Od połowy lat trzydziestych – widząc zagęszczającą się atmosferę antysemicką – Bielawski zaczął zapobiegliwie odkładać oszczędności w złotych monetach, na czarną godzinę. Już niebawem miały stać się warunkiem przetrwania autora i jego rodziny.

Książka Bielawskiego jest gęstym zapisem zagłady Żydów Węgrowa widzianej przez pryzmat tragedii rodziny Bielawskich oraz ich znajomych.

Nie jest to praca historyczna: jest to pełne bólu świadectwo jednego z najtragiczniejszych okresów w historii ludzkości, małego wycinka Zagłady.

We wspomnieniach Bielawskiego w sposób dramatyczny opisano nie tylko okrucieństwa Niemców lecz również bestialstwa ludności polskiej Węgrowa i okolic, ludności która – jak pisze Bielawski – ochoczo i na różne sposoby – włączyła się w niemiecki plan wyniszczenia.

Widać wyraźnie, że dla Bielawskiego zdrada, denuncjacja, rabunek i mord dokonywane przez sąsiadów, do niedawna kolegów, znajomych, wspólników i klientów były szczególnie trudne do zrozumienia i wręcz niemożliwe do zniesienia.

Z tego punktu widzenia świadectwo Bielawskiego nie jest zresztą wyjątkowe; podobne reakcje widać w setkach relacji żydowskich z terenów okupowanej Polski.

Tyle o samej książce – zainteresowanych odsyłam do lektury wstrząsających wspomnień Bielawskiego.

Kilka tygodni temu ukazała się dwutomowa praca “Dalej jest noc”, w skład której wszedł rozdział (mojego pióra) poświęcony Żydom Węgrowa.

W studium wielokrotnie odwołuję się do relacji Bielawskiego, który o rozgrywającej się tragedii wiedział wiele i którą obserwował z bliska.

Pisząc o Zagładzie od wielu lat jestem świadom tego, że opisywanie najciemniejszych stron polsko-żydowskiej historii nie wzbudza w wielu polskich czytelnikach entuzjazmu. Natomiast nie byłem przygotowany na to, że sprzeciw ten przyjmie formę zwykłego negacjonizmu.

Przekonałem się o tym czytając obszerny wywiad z panem Radosławem Jóźwiakiem, nauczycielem historii w I liceum im. Mickiewicza z Węgrowa, który to wywiad ukazał się w prawicowym tygodniku “Sieci”.

Węgrowski historyk zabrał też głos w ogólnokrajowej telewizji państwowej oraz 8 maja 2018 r. w debacie zorganizowanej w Węgrowie pod auspicjami pani wicemarszałek Senatu Marii Koc, ze współudziałem dr. Mateusza Szpytmy, wiceprezesa IPN.

Nie mówimy więc o prywatnych poglądach węgrowskiego nauczyciela, lecz o wizji Zagłady opatrzonej imprimatur najwyższych władz państwowych. Czas się więc przyjrzeć temu, czego dowiedzieć się dziś mogą z lokalnych oraz ogólnokrajowych mediów Polscy czytelnicy i słuchacze o wadze żydowskiego świadectwa Zagłady.

Otóż, jak twierdzi węgrowski historyk – Bielawski kłamie. Na dowód tego przytacza cały szereg przykładów mających świadczyć o całkowitym braku wiarygodności żydowskiego świadka. Jak twierdzi Jóźwiak, Bielawski (idę po kolei) pisze:

1. o ciężarówkach, na które w dniu likwidacji getta miano ładować Żydów. “Ile musiałoby być owych ciężarówek, aby ich załadunek trwał przez cały dzień?” – dziwi się węgrowski historyk “Według moich obliczeń co najmniej 200, przy założeniu, że na jednej zmieści się ok. 40 osób”. No a tyle ciężarówek przecież w Węgrowie wówczas nie było.

2. Bielawskiemu myli się kierunek wywózki,

3. błędnie identyfikuje ojca jednego ze swoich sąsiadów,

4. myli się pisząc o tym, że ktoś się ukrywał na trzecim piętrze domu, bo na rynku węgrowskim dom mają dwa piętra,

5. nie ma racji pisząc o “piecach Treblinki” bo – na jesieni 1942 r – ofiary Treblinki jeszcze zakopywano, a nie palono.

Ale tego nie dość: Bielawski konfabuluje na całego, bo

6. pisze o bracie Polaka, u którego się ukrywał, a tymczasem ów już przed wojną wyjechał za Ocean,

7. Bielawski “fałszuje” wiek ukrywającej się obok dziewczynki żydowskiej,

8. no i kłamie pisząc o tym, jak to z własnej kryjówki rzekomo widział chłopów, którzy sprzedają kaczki i gęsi. Tymczasem, jak tłumaczy Jóźwiak – parę dni wcześniej niemiecki starosta wydał przecież zakaz handlu drobiem, więc niczego takiego Bielawski nie mógł widzieć.

9. Co więcej – ze swojej kryjówki Bielawski nie mógł widzieć deportacji Żydów, bo “przed jego strychem była duża hala, która zasłaniała mu widok większości obszaru rynku”.

Można w tym miejscu wspomnieć, że tego rodzaju negowanie świadectwa ocalałych Żydów było na porządku dziennym w latach czterdziestych, w powojennych sądach.

W Markowej na Podkarpaciu, Jakub Einhorn, świadek mordów dokonanych przez miejscową ludność na żydowskich sąsiadach, dowiedział się w sądzie, że “nie mógł tego wszystkiego zobaczyć z kurnika, w którym się ukrywał”.

Podobnie działo się w 1948 r. w Sądzie Okręgowym w Siedlcach, gdzie zasiedli oskarżeni o mordy strażacy z Węgrowa. W opinii polskiego sędziego: “świadek Chana Zelizer w chwili obserwowania opisywanych przez nią [wydarzeń] była osobą bardzo młodą, bo zaledwie 14 lat mającą dziewczynką, i znajdowała się w stanie silnego napięcia uczuciowego, wywołanego grożącym jej stale niebezpieczeństwem ujawnienia, a co zatem idzie i niechybnej śmierci, a w tych warunkach nie mogła ona czynić normalnych i obiektywnych spostrzeżeń co do obserwowanych przez nią wypadków i dlatego może się mylić zarówno co do rodzaju i przebiegu tych wypadków, [jak] i znaczenia osób udział w nich biorących”.

Oczywiście, gdyby mordowani Żydzi byli w stanie zachować odpowiedni dystans do rozgrywających się wokół nich wydarzeń, to stanowisko polskich sądowników na pewno uległo by zmianie.

Podobnie rzecz się miała z innym żydowskim świadkiem, którego “stan psychiczny uniemożliwiał chłodną i rzeczową ocenę sytuacji” – jak zakonkludował sędzia. To właśnie w sądzie w Siedlcach podczas rozprawy głównej niezbicie udowodniono – przy pomocy specjalnie skonstruowanej makiety – że żydowski świadek miał “pole widzenia bardzo ograniczone…

Sąd uznał wobec tego, że zeznanie świadka Szejnberga, subiektywnie prawdziwe, jednak obiektywnie może nie być prawdziwe i nie odpowiadać rzeczywistości”.

Negowanie współudziału Polaków w działaniach eksterminacyjnych okupanta było czymś na porządku dziennym w polskich sądach po wojnie. Ale to, że ten typ negacjonizmu powraca w niezmienionej formie 70 lat później, powinno być dla nas wszystkich przeraźliwie ostrym dzwonkiem alarmowym.

Podsumowując te (oraz szereg innych) zarzutów węgrowski historyk Radosław Jóźwiak twierdzi, że opis zagłady Żydów Węgrowa pióra Bielawskiego nie jest wiarygodny, że opis samej kryjówki autora nie trzyma się kupy oraz , że z relacji złożonej przez Bielawskiego bezpośrednio po wojnie wynika, że był on w Węgrowie jedynie na początku wojny, a o samej Zagładzie nie ma nic do powiedzenia.

W dalszej części wywiadu węgrowski nauczyciel wypowiada się bardzo krytycznie na mój temat, ale to co p. Jóźwiak sądzi o Grabowskim nie jest dla nikogo specjalnie istotne.

Ważna jest próba zdezawuowania Szragi Bielawskiego, jednego z ważnych świadków Zagłady. Ważne jest usiłowanie poddania w wątpliwość wagi relacji ocalałych Żydów – bo o metodzie tutaj mowa. Bo w podobny sposób można poddać w wątpliwość wszystkie właściwie relacje ocalałych z Zagłady.

A tu już harce węgrowskiego historyka oraz patronujących mu polityków się kończą, gdyż w tym miejscu wchodzimy na teren negacji Holokaustu (o czym więcej za chwilę).

W pewnym miejscu węgrowski historyk mówi: “Nie wierzę w ani jedno słowo jego relacji z likwidacji getta”. Przejdźmy więc do szybkiej analizy zarzutów postawionych Bielawskiemu. Jako że autor relacji zmarł już dość dawno temu i nie jest w stanie sam się bronić, pozwolę sobie wystąpić jako amicus curiae.

Pierwsze – i najważniejsze – pytanie, na które węgrowski historyk nie udziela odpowiedzi (a którego prowadzący wywiad dziennikarz Jacek Karnowski nie zadaje) brzmi – dlaczego?!

Dlaczego ocalały z Zagłady Żyd miałby kłamać i fabrykować historię w taki sposób, aby odmalować Polaków w jak najczarniejszych barwach?

Dla przeciętnego antysemity odpowiedź jest jasna: to na pewno “żydowska niewdzięczność”, być może nienawiść do Polaków.

Ale dla reszty z nas te niezwykle proste argumenty mogą się okazać niewystarczające.

Po drugie, zestawmy to, co mówi Bielawski o stosunku polskiej ludności Węgrowa do eksterminacji Żydów, z tym, co wiemy z innych źródeł.

Czy rzeczywiście Bielawski mówi co innego niż inni żydowscy i polscy świadkowie wydarzeń? Czy to, co pisze, jest jakąś wyjątkową wersją, nieprawdopodobną, odbiegającą od tego, co wiadomo z innych źródeł? Chyba jednak nie.

Polski świadek Roman Ajchel mówił o tym, jak to w węgrowskim getcie polscy strażacy schwytali grupę Żydów: „I brali od żydków pieniądze, a potem przyprowadzali żandarmów wiedząc, gdzie się żydzi ukrywają”. Inny polski świadek widział, jak polski strażak prowadził “dwie żydówki i jednego żydka, których złapał w nieznanym mi miejscu. Ci żydzi błagali go, całując go po rękach, żeby ich puścił. Ja natomiast, idąc koło kilka metrów za Ajchlem, obserwując go, co on z Żydami zrobi, on natomiast skręcił z nimi w kierunku miejskiej targowicy, w ul. Kominiarską. W tym momencie nadszedł żandarm z dwoma policjantami, którzy wracali z żydowskiego cmentarza. Ajchel Wacław oddał tych żydów żandarmowi, a on ich na miejscu rozstrzelał”.

Fakt uczestnictwa ochotniczej straży pożarnej w mordowaniu Żydów powiatu węgrowskiego odnotowała nawet centralna prasa podziemna. Wespół ze strażakami Żydów mordowała polska policja “granatowa”, a liczni polscy obywatele Węgrowa donosili funkcjonariuszom o ukrywających się ofiarach.

O uczestnictwie Polaków w likwidacji węgrowskiego getta mówiła ocalała z Zagłady Chana Zalizer, a także Moszek Góra, Chil Szejnberg oraz komisaryczny burmistrz Okulus.

Pisał burmistrz Okulus o swoich współobywatelach: “Poszli ochotniczo do tej roboty, aby zdzierać z trupów odzież i obuwie. Spodziewano się i pieniędzy. Nawet złote koronki z zębów ściągano różnymi narzędziami. Z tego powodu nazwano ich w Węgrowie ‘dentystami’”. Według burmistrza Okulusa, ludność miasta w tych tragicznych godzinach podzieliła się na trzy „prawie wrogie” grupy:

• „Grupa pierwsza, najliczniejsza, nie tylko okazywała Żydom współczucie, ale pospieszyła z pomocą w postaci ukrywania ich i dostarczania żywności, choć groziło to śmiercią.

• Drugą grupą były elementy faszyzujące, które choć nie współdziałały z wrogiem, wyrażały aprobatę i okazywały zadowolenie”.

• Natomiast trzecia grupa węgrowian włączyła się bezpośrednio w niemieckie działania eksterminacyjne.

Pochodzący z Węgrowa malarz Jerzy Tchórzewski pisał o likwidacji getta: “Dzień dogasał. Kilka minut po odejściu żandarmów zaczęły się ostrożnie wychylać zza okolicznych domów sylwety jakichś postaci. Upewniwszy się, że w pobliżu nie ma żywej duszy, podchodziły do zamordowanych (raczej skradały się ostrożnie), a następnie z cyrkową zręcznością rozbierały ich do naga. Z czego? Z tych łachmanów? Z wszystkiego.

Te hieny to były przypuszczalnie małżeńskie pary. On, samiec, podnosił trupa, jakimś doprawdy cyrkowo zręcznym kopniakiem podrzucał w górę, ona – samica – błyskawicznie w tym momencie ściągała z trupa koszulę, kalesony, itp. Po jakimś czasie kupa szmat i łachmanów zamieniła się w bielejący trupio kopiec martwych, gołych ciał. Następnie przyjechały wozy ze strażakami uzbrojonymi w widły. Były to zwykłe wozy, nie zaś strażackie. Chłopcy w sympatycznych mundurach – obrońcy życia i mienia ludzkiego przed piekłem ognia, nakłuwali widłami trupy i rzucali je na wozy”.

W dniu likwidacji węgrowskiego getta Sewek Fiszman widział jak pędzono na żydowski cmentarz, na śmierć, jego sąsiadkę, niejaką Małkę: „Polacy wołali: ‘oddaj nam swoje buty!’. A ona na to: ‘nie chcecie poczekać, aż mnie zabiją?’; na to Niemiec kazał jej zdjąć buty. No to ona spoliczkowała Niemca i zabili ją koło pompy. I wtedy Niemiec powiedział do Polaków — ‘teraz weźcie sobie jej buty’”.

To tylko garść przykładów i cytatów, które można mnożyć, a która pozwalają nam osadzić relację Bielawskiego we właściwym jej kontekście historycznym. A z tego kontekstu wynika niezbicie i ponad wszelką wątpliwość, że część ludności Węgrowa (i innych miasteczek i wiosek powiatu węgrowskiego) włączyła się w niemieckie działania eksterminacyjne.

Czy Bielawski przedstawia wobec tego jakąś oderwaną od rzeczywistości wersję wydarzeń? Na pewno nie. Dla historyka relacje Żydów ocalałych z Zagłady są źródłem szczególnej wagi. Przede wszystkim dlatego, że spisali je ludzie świadomi wyjątkowej odpowiedzialności za każde słowo. Ludzie, którzy wiedzieli, że na ich oczach dokonała się największa zbrodnia w dziejach ludzkości i że ich obowiązkiem jest danie świadectwa prawdzie.

To na ich oczach dokonała się Zagłada całego narodu polskich Żydów – a wiązał się z tym obowiązek świadczenia. Co wcale nie znaczy, że w relacjach żydowskich nie ma błędów.

Ciężarówki mogą im się mylić z wozami, a trzecie piętro – z drugim. Nie mają też często pojęcia, ani o tym, jak wyglądała sytuacja na odległych frontach (choć mogą o tym wspominać), ani o tym, czym różnił się mundur SS-mana od munduru własowca, czy też nie wiedzą – co też wytyka węgrowski historyk – kim był Eichmann.

Natomiast to, kto ich mordował, kto w tym pomagał i jakie przy tym padały słowa – tu o pomyłkę było bardzo trudno. A już najtrudniej było o pomyłkę w identyfikacji własnych sąsiadów, ludzi z którymi żyło się całe życie przez ścianę przez podwórko, przez ulicę, a którzy ochoczo włączyli się w akcje eksterminacyjną.

W pewnym miejscu p. Jóźwiak wspomina relację złożoną przez Bielawskiego tuż po wojnie, w 1945. W relacji tej nie ma – oskarżycielskim tonem kontynuuje węgrowski nauczyciel – ani słowa o likwidacji getta i o tym wszystkim co Bielawski opisuje w swoich późniejszych wspomnieniach.

Warto więc na koniec kilka słów poświęcić i tej sprawie. Tuż po wojnie, w wyzwolonej Polsce, powstała Żydowska Komisja Historyczna. Jej celem było utrwalenie tego, co można było usłyszeć od ocalałych z zagłady Żydów. Dziś te relacje (a mamy ich kilka tysięcy) znane są historykom Holokaustu jako “relacje 301″ – od nazwy zespołu archiwalnego przechowywanego w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie.

Z reguły są to krótkie bądź bardzo krótkie świadectwa (jedna lub parę stroniczek) złożone “na gorąco” przed członkami Komisji. Ocalali z Zagłady najczęściej mówili o własnych przejściach bądź też o losach lokalnej wspólnoty żydowskiej. Świadectwo Bielawskiego – kilkanaście zdań – należy do tej drugiej grupy. O własnych losach w tej króciutkiej relacji nawet nie wspomina.

Własna tragedia nie jest dla Bielawskiego najwyraźniej istotna, jemu chodzi o zarysowanie zagłady żydowskiego Węgrowa.

A ta dokonała się 22 września 1942 r. To, co nastąpiło potem – a co jest treścią jego późniejszych wspomnień – to tylko epilog, wyłapywanie niedobitków.

Natomiast w jednym z ostatnich zdań tej krótkiej relacji Bielawski mówi: “Komisarz Neumann wydał ogłoszenie do ludności polskiej, że kto wyda ukrywającego się Żyda, otrzyma premię w postaci 2 kg cukru. Polacy masowo wydawali Żydów w ręce Gestapo”.

Fragment ten węgrowski historyk taktownie przemilczał, a szkoda, gdyż i w tym zdaniu Bielawski się myli. Otóż Polacy z Węgrowa nie wydawali Żydów w ręce Gestapo, z tej prostej przyczyny, że najbliższa placówka Gestapo znajdowała się dopiero w Sokołowie Podlaskim.

Natomiast panią marszałek Senatu Marię Koc, pana dr. Mateusza Szpytmę z IPN-u oraz p. Radosława Jóźwiaka śpieszę zapewnić, że Polacy z Węgrowa wydawali Żydów w ręce Ordnungspolizei (czyli żandarmerii) oraz polskiej policji “granatowej”.

Co w niczym nie umniejsza wiarygodności żydowskiego świadka Zagłady jakim był Szraga Fajwel Bielawski. Gdyby ktoś sądził, że mitotwórcza działalność węgrowskich historyków i ich politycznych opiekunów na tym się skończyła, to byłby w błędzie. W ostatnim numerze “Tygodnika Siedleckiego” – z 30 maja 2018 – na pierwszej stronie znajdujemy artykuł “Ostatni Żyd z Węgrowa kłamał!”. Jest to dalszy ciąg “rewelacji” na temat Bielawskiego. Tym razem węgrowska amatorska ekipa śledczo-historyczna wybrała się z wizją lokalną do kryjówki, w której miał się rzekomo ukrywać Bielawski. Kryjówka wygląda – jak twierdzi miejscowy nauczyciel historii – inaczej niż w opisie Bielawskiego.

Wniosek jest prosty: jeżeli żydowski ocaleniec kłamie w opisie kryjówki, to pewnie też kłamie i w opisie zachowań Polaków podczas likwidacji getta! A dlaczego kłamie? Bo się pewnie zachowywał nielojalnie wobec innych Żydów, a Polacy mogli być świadkami jego nagannego zachowania – i to stąd właśnie miałaby płynąć niechęć Bielawskiego do polskich sąsiadów.

Trudno o bardziej absurdalną próbę zdezawuowania żydowskiego świadka Zagłady, ale w Polsce AD 2018 nie takie rzeczy się zdarzają.

***

Badacze, historycy, od dłuższego czasu zastanawiają się nad przyszłością świadectw złożonych przez Żydów ocalałych z Zagłady. Wielu z nas bierze udział w dyskusjach poświęconych temu, co stanie się z chwilą, kiedy ostatni z żydowskich świadków zamilkną i nie będą już w stanie świadczyć o tym co się wówczas wydarzyło. Już teraz trwają próby ochrony świadectw przed przeinaczeniami, przed negowaniem, przed ich wyrywaniem z kontekstu. To, co dziś widzimy i o czym czytamy w polskich mediach, powinno być dla nas wszystkich sygnałem ostrzegawczym.

Byłoby szalenie smutno, gdyby Polska stała się krajem, od którego zaczyna się negacja świadectw Zagłady.

Jan Grabowski

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Oko Press. Publikujemy go za zgodą autora, prof. Jana Grabowskiego.